Grudzień. 5 klasa podstawówki, prezentowanie grup kolędniczych. Dziewczyna przebrana za Maryję miała Jezusa (lalkę). Poprosiła Józefa, aby potrzymał to dziecko. Wtedy Józef powiedział coś, czego nie zapomnę:
– Co? Już wolę alimenty płacić.
Nauczycielce niby nie wypada, ale dopadł mnie dziki atak śmiechu :')
Martwi mnie mój związek. Martwi mnie moje podejście do niego. Związałam się z mężczyzną, który zachowuje się tak, że prawie wszystko koleżanki mi go zazdroszczą. Jest inteligentny, dowcipny. Kupuje kwiaty, pomaga, wspiera. Jak jedzie do sklepu, mogę bez obaw założyć, że kupi co potrzebne. Sam pomyśli, że kończy się mleko, jajka, cokolwiek. Kwiatki przesadzi, swoją część sprzątania wykona, czasem coś ugotuje, czasem coś naprawi. Ma jakieś wady, jak wszyscy, ale generalnie pozytywnie wyróżnia się na tle innych facetów. Przez 95% czasu. Ale raz na jakiś czas ma humor. I wtedy mu odbija. Przychodzi do mnie, wydaje jakieś polecenie i jeśli nie wykonam go od razu i tak jak on sobie życzy, to włącza mu się agresor. To dziwne, bo większość czasu nie ma problemu z tym, że mu się przeciwstawiam lub z czymś nie zgadzam. Najpierw próbuje mnie zmusić do podjęcia wymaganego działania, a gdy to się nie udaje, zaczynają się wyzwiska, czasem zaczyna rozwalać sprzęty domowe. I martwi mnie, że ja już mam takie „zdarza się, przynajmniej pracuje nad sobą, bo wyzywa mniej”. I nawet się nie wkurzam na to. Jedyne co mnie nadal wkurza, to to, że zdarza się mu czymś we mnie rzucić. Nie jest to nic na tyle ciężkiego, żeby zrobić mi jakąś szczególną krzywdę, ale liczy się fakt rzucenia we mnie. Kłócę się z nim wtedy, on przeprasza przez kilka dni, aż w końcu odpuszczam.
Kiedyś sobie mówiłam, że jeśli facet kiedykolwiek zaatakuje mnie fizycznie, to odejdę. A nie odchodzę. Nie mam jaj skończyć tego miesiąc przed ślubem. I z jednej strony on naprawdę nad sobą pracuje (agresja werbalna na pewnym etapie była codziennie, teraz zdarza się dużo rzadziej), a z drugiej mam ogromny żal. Do niego, że to robi i do mnie, ale na to pozwalam. A jeszcze potem on mówi, że on jest winny tej sytuacji, ale gdybym go nie drażniła, to by nie wybuchł. A mogłam po prostu nieco inaczej sformułować moje odpowiedzi, to by nie było problemu, np. „nie chcę o tym teraz rozmawiać” jest złe, ale „porozmawiamy o tym później” jest dobre (przynajmniej w danej awanturze). Jest mi źle. Pozwalam na to, jestem słaba. I czuję, że daję sobą manipulować.
Zastanawiam się, czy to jest normalne, że mój chłopak czasami woli „sam się obsłużyć” niż zrobić to ze mną. Trochę mnie to boli, że on czasami wybiera to zrobić w pojedynkę niż pobawić się razem. Czy ktoś inny też tak ma?
Znów samotny sylwester, mimo 37 lat chyba tylko trzy razy byłem na takiej imprezie. Z jednej strony rzadko piję, więc mnie popijawy nie cieszą, z drugiej nie umiem zagadywać do innych, pustkę w głowie. Jako introwertykowi (sam się tak określam) dobrze mi samemu, ale brak drugiego człowieka, przyjaciela, kolegi, koleżanki, dziewczyny mnie już przerasta, nie mam sił dalej walczyć, i tak wiem, że nikogo nie spotkam i nikt mnie nie zaakceptuje. Myślę, że macie lepiej albo i gorzej, każdy jest inny. Ludzie się poznają, jak się spotykają, a ja wolę tego unikać, mam wrażenie, że większość jest fałszywa, źle życzy innym, knuje itp. Gdzie się podziały dawne czasy, gdzie wszystko było beztroskie?
Kilka miesięcy temu poznałem kobietę, jakbyśmy byli dla siebie stworzeniu, nie sądziłem, że w wieku 40 lat przeżyję coś takiego.
Problemem jest różnica wieku, wynosi 14 lat. Ona ma 26.
Na ten moment nie przeszkadza nam to, mam trochę świra na punkcie dbania o siebie, więc wyglądam sporo młodziej. Ale biologii się nie oszuka, gdy ona będzie mieć 65 lat, gdzie ludzie są zazwyczaj dość sprawni, ja będę miał 79, o ile dożyję.
Wtedy to nie będzie związek, a raczej opieka.
Dużo myślę o tym, czy to po prostu nie za duża różnica wieku.
Zawsze chciałem iść do szkoły muzycznej i nauczyć grać się na perkusji, jednak rodzice byli przeciwni, bo przecież to trzeba dużo pracy, a mi się na pewno odwidzi, a to kosztuje i tak dalej...
Mnie się nie odwidziało. Skończyłem studia, poszedłem do pracy, oszczędzałem pieniądze, kupiłem gary, oczywiście zewsząd słyszałem, że jestem już za stary, żeby uczyć się grać i w ogóle szkoda czasu i pieniędzy.
Właśnie dostałem swoją kopię albumu, na którym nagrałem perkusję. Brzmi jak piekło. Taki dumny z siebie nigdy chyba nie byłem.
Rok 2013, piąta klasa podstawówki, początek października.
Na lekcjach języka polskiego przerabiałam „Sposób na Alcybiadesa” Edmunda Niziurskiego. Moim zadaniem domowym było zrobienie krótkiej notatki na temat autora. Starannie je odrobiłam. Na następnej lekcji nauczyciel poprosił kogoś o przeczytanie zadania. Wszystko dobrze, tylko jedna rzecz mi się nie zgadzała. Nie podano daty śmierci, a byłam pewna, że widziałam ją na Wikipedii. Wzburzona pominięciem tak istotnego faktu powiedziałam, że nie została podana data śmierci. Nauczyciel popatrzył na mnie zdziwiony i odpowiedział, że on wcale nie umarł. Bardzo mnie to zaintrygowało i zaczęła się między nami dyskusja, czy Niziurski żyje, czy też nie. Ostatecznie uległam, bo nie będę przecież się kłócić z nauczycielem.
Osłupiałam tego samego dnia wieczorem, kiedy oglądałam z rodzicami wiadomości i została podana informacja, że w dniu dzisiejszym zmarł autor „Sposobu na Alcybiadesa”.
Na następnej lekcji nauczyciel zszokowany spytał mnie, skąd wiedziałam, że Niziurski nie żyje, skoro wtedy jeszcze żył. Stwierdził, że to ja go zabiłam i nie wie jakimi mocami władam, ale jest to podejrzane :D
Piąta lub szósta klasa podstawówki, nie pamiętam już dokładnie. Ale sytuacji nie zapomnę! WF i skok przez kozła. Była nas spora grupa, siedzieliśmy na podłodze jeden obok drugiego. Nauczyciel wybrał jedną z dziewczyn, aby zaprezentowała, jak wygląda skok. Danusia rozbiegła się, wybiła i kozła nie przeskoczyła. Wylądowała na nim okrakiem i zastygła. Minęła dłuższa chwila w kompletnej ciszy. Danusia i wuefista wydawali się zaskoczeni i zniesmaczeni jednocześnie... Gdy zorientowaliśmy się, że dziewczyna po prostu zsikała się na kozła, nikt już nie chciał skakać. I do końca edukacji w tej szkole kozioł stał ukryty w kącie sali, nikt go nie ruszał...
Mam paniczny strach przed rozmawianiem. Staram się jak najmniej odzywać, czy to w obecności obcych osób czy przyjaciół. A to wszystko dlatego, że w pierwszej klasie liceum pani od polskiego powiedziała do mnie te słowa: „Najpierw idź do logopedy, a później odzywaj się na moich lekcjach. Kaleczysz język polski”.
Tylko dlatego, że nie umiem wymawiać literki „R” i mówię ją bardziej jak „L”.
Pewnej soboty śpię sobie smacznie, jest koło 7 gdy nagle moi rodzice wpadają mi do pokoju. Krzyczą: „Wstawaj, twój chłopak przyszedł, pobudka, nie będzie długo czekał, zbieraj się”. No to ja półprzytomna wstaję, biegiem narzucam jakieś pierwsze lepsze ciuchy, lecę pod prysznic. Stoję pod prysznicem, gdy nagle nasuwa mi się na myśl jedna, bardzo istotna dla całej tej sytuacji sprawa, a mianowicie, kur*a, ja nie mam chłopaka...
Kocham was, mamo i tato.
Dodaj anonimowe wyznanie