Ciężko jest być normalnym, ale biednym człowiekiem. Wiecie, takim, który stara się jak może, pracuje, oszczędza, a i tak ledwo wiąże koniec z końcem przez pecha w życiu.
Jeśli nie jesteś zapijaczonym żulem, matką piątki dzieci i nie mieszkasz w złej dzielnicy, jeśli jesteś trzeźwą, młodą kobietą, którą stać na internet i jesteś normalnie ubrana, nie masz jakby prawa do tego, żeby mieć problemy, żeby potrzebować pomocy. A niestety człowiekowi czasami świat wali się w najmniej oczekiwanym momencie. Pół biedy, jeśli masz rodzinę. A jeśli nie masz? Ciężko jest pójść do znajomych i wyciągać rękę. Zwłaszcza jeśli pochodzi się z takiego środowiska z ludźmi bez problemów :(
Pozdrawiam wigilijnie z pustego mieszkania, znad bułki z margaryną.
PS Nie wiem, czy się żalę, wiem, że z tego wyjdę, jestem fighterem, ale smutno tak trochę...
Dzisiaj w moim korpo poruszenie, od rana awaria całego systemu, nic się nie da zrobić, a deadline'y cisną mocno. Dział techniczny postawiony na nogi, walczy, żeby ogarnąć ten burdel. Ja (obsługa klienta) staram się, jak mogę, ale klientów przybywa. Przychodzi jakaś szycha z dużym zamówieniem, a ja nie mam jak go obsłużyć, bo inny dział ma opóźnienia. Patrzę przez ramię – manager pokazuje mi, żebym grał na czas, no to ja zaproponowałem klientowi kawę. Zgodził się, próbuję zagaić, żeby przełamać ciszę, ale gość mnie ignoruje i w ciszy popija naszą zajebistą arabicę. Ja czekam na babki z innego działu, słyszę tylko, jak manager wydziera mordę, żeby się pośpieszyły. W końcu jest produkt, pakuję cztery BigMaki i dwa McFlurry w torbę, dorzucam dwie puszki coli i podaję klientowi. Bałem się, że pójdzie na skargę do szefa, ale na szczęście darmowa kawa chyba go uspokoiła i wyszedł bez słowa. Chwilę potem technicy ogarnęli tę awarię dystrybutora do coli i wszystko wróciło do normy.
Uff, co za dzień, nienawidzę pracy w korpo.
Zawsze z moim mężem pragnęliśmy dziecka. Staraliśmy się o nie przez trzy lata. Za każdym razem, gdy zachodziłam w ciążę, to roniłam w pierwszym trymestrze. Gdy w końcu się udało utrzymać ciążę przez pierwsze trzy miesiące, byliśmy przeszczęśliwi. Niestety, nie trwało to długo... W szóstym miesiącu straciłam córeczkę i przeżyłam załamanie nerwowe. A mój mąż niedługo potem rozwiódł się ze mną, bo nie chce mieć „jałowej” żony...
W paczce naszych znajomych jakiś czas temu pojawił się on, Dariusz. Dość groźnie wyglądający, bo wysoki i bardzo dobrze zbudowany, z twarzą ukrytą za bujną brodą. Bardzo szybko się zaaklimatyzował, okazało się, że świetnie się dogaduje z każdym z nas.
Kiedyś nie mógł pojawić się na spotkaniu i, jak to zazwyczaj bywa, dało się w pewnym momencie usłyszeć: „Daro jest spoko, ale...”. Okazało się, że wszyscy mamy podobne spostrzeżenia: otóż Darek kompletnie nie dbał o swoją brodę. Można było ją wręcz nazwać „brodziskiem” – wyobraźcie to sobie, przystojna męska twarz schowana za takim niehigienicznym i zaniedbanym buszem. Chcieliśmy zarządzić interwencję, jednak nie do końca wiedzieliśmy, jak poruszyć ten temat, nikt z nas nie chciał otwarcie mu powiedzieć „Stary, ogarnij to brodzisko, bo jest obleśne”. Uzgodniliśmy, że ja, jako jedyna wolna kobieta w naszej paczce, poderwę Darka i „od środka” rozpracuję temat. I udało się! W prezentach kupowałam mu vouchery do barbera i zestawy do pielęgnacji brody, bardzo się w to wkręcił i teraz wygląda naprawdę świetnie.
A ja? No cóż, podobał mi się, odkąd go poznałam, ale nie sądziłam, że mogę być w jego typie. Jesteśmy razem do dziś i planujemy ślub, więc koniec końców każdy skorzystał na naszym braku odwagi i tym małym podstępie :)
Moi rodzice są tak oszczędni, że do tej pory trzymają goździki z datą przydatności do spożycia do 09.1996 roku (lub 1990, dokładnie nie widać, bo ostatnia cyfra jest wyblakła), bo przydaje im się tylko kilka sztuk raz w roku na święta, do kompotu z suszu.
Zanim paczka się skończy, minie jeszcze jakieś 20 lat.
Historia jak tysiąc innych. Pijany ojciec, który pod wpływem alko robi awantury. Bidy nawet nie ma czym klepać. Chleb z pomidorem to był rarytas. I ja, któremu się wydawało, że życie mimo wszystko jest piękne, że sobie poradzę, bo od dziecka nauczony pracować, wierzyłem, że ciężką pracą można osiągnąć wszystko.
W wieku 17 lat wystartowałem w dorosłe życie. Nawet dobrze szło, to nic, że praca ciężka i nieraz nawet 14 godzin dziennie. Hajs się zgadzał, stara rudera zaczynała przypominać dom, ojciec parę razy postawiony do pionu też trochę zbastował. I kiedy wydawało się, że wszystko jednak będzie dobrze, życie jak zwykle powiedziało: taki trampek.
Miałem 21 lat, diagnoza: białaczka. I znów skraj nędzy i rozpaczy. Po paru latach znów wychodzę na prostą, jednak już nie mam tej wiary, że wszystko będzie dobrze. Teraz mam pewność, że jeszcze nie raz dostanę kopa, i to z najmniej spodziewanej strony.
Ot, taka historia, jak pozbyłem się złudzeń.
Wyznam wam szczerze, że odkąd zostałam matką, siedzę w kiblu dłużej, niż potrzebuję, żeby chwilę pobyć sama...
Od ponad 10 lat dobrze nam się współpracuje. Często widujemy się biurowych korytarzach, dobrze bawimy się na firmowych imprezach. Czasem zdarzają się żarty o podtekście erotycznym, jednak nigdy do niczego nie doszło. I nigdy nie dojdzie. Ona mężatka od zawsze, ja wieloletni singiel z wyboru. Nie mam problemu z kobietami, okazji do dobrego niezobowiązującego seksu nie brakuje.
Któregoś dnia zaszła mnie od tyłu przy firmowej mikrofali i chciała zaskoczyć, więc objęła.
I zrobiła to w taki sposób, jak chyba nigdy wcześniej żadna inna kobieta. Tyle było w tym energii, że poczułem się aż nieswojo. Zbyt dobrze.
Chyba brakuje mi prawdziwej kobiety, miłości.
Na Mikołaja dostałam od chłopaka bransoletkę znanej marki i ostatnio chciałam dokupić do niej przywieszkę, akurat przed pracą (ciuchy i kurtka byle jaka, wiadomo, jak to do pracy, a nie na eleganckie wyjście). Wchodzę do jubilera, a pani sprzedająca z niesmaczną miną mierzy mnie od góry do dołu z grymasem na twarzy. Poczułam się, jakbym była gorsza i nie pasowała do takiego sklepu, a wiadomo, że nie powinno się oceniać ubioru, tylko stan konta, bo może nie byłam dobrze ubrana, ale pieniądze i chęci kupna miałam. Przykre.
Nienawidzę świąt. Uważam, że są żenujące, toksyczne i sztuczne. Jedna wielka afera, stres i niespełnione wymagania, by potem odegrać teatrzyk opłatkowy i złożyć nieszczere życzenia, udając, że przed chwilą wcale się sobie nie skakało do gardeł? Skręca mnie na samą myśl o świętach. Wręcz uważam, że one nikomu szczerze nie sprawiają radości, a każdy po prostu ignoruje swoje odczucia „by było miło”.
Dodaj anonimowe wyznanie