Znajomy znajomego (ale na oczy widziałam) zainspirował się gifem/filmikiem z popularnej strony z memami i postanowił nastraszyć swoją narzeczoną pod prysznicem, bo, cyt.: „Ona się tak ZAJE***CIE złości!!!” . Na spotkaniu, na którym to słyszałam, panowie wyjątkowo nakręcali się reakcjami kobiet na drastyczne przebudzenia – straszna maska ułożona naprzeciwko twarzy, straszenie za pomocą bardzo głośnych dźwięków, strzałów, rzekomego wyrzucenia dzieci w dziwne miejsca itd. Moje zdanie zostało całkowicie olane, „bo to takie śmieszne/baby są głupie/dobrze jej tak”. Przyznam, że po tym, co usłyszałam, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek ograniczyłam zarówno spotkania, jak i grono znajomych.
Znajomy znajomego chciał zrobić pranka zbyt długo kąpiącej się narzeczonej i mówiąc wprost, zabił ją. Wparował ze smartfonem do łazienki (jak dla mnie chore, żeby kogokolwiek w łazience filmować), a ona przestraszona i zażenowana zaczęła krzyczeć, po czym próbując okryć się czymkolwiek, wywaliła się spektakularnie na brzeg brodzika tak niefortunnie, że uszkodziła kręgosłup i przywaliła głową o kafelki na podłodze. Jej wycie zaalarmowało sąsiadów, przyjechała policja, pogotowie. Zmarła z powodu uszkodzenia mózgoczaszki i jeśli dobrze kojarzę, uszkodzonego ze strachu osierdzia*. Zabiło ją podłe combo obrażeń. Kręgosłup by jej nie zabił, ale był bardzo poważnie uszkodzony. Narzeczony próbował ją uspokoić i wmówić, żeby nie histeryzowała...
Jedyne co po jej śmierci chłopak umiał powiedzieć, to: „Nie chciałem, żartowałem!”. Sąd nie przyjął takiego tłumaczenia. Tym bardziej że nie udzielił jej pomocy, a gdyby nie najbliżsi sąsiedzi...
*Wiem, co wiem, bo to znajomy, mieszkam blok obok, a do tego „świadkowałam” w sądzie. Byłam pierwszą osobą, do której obsrany ze strachu zadzwonił po godzinie od wypadku, po szybki kurs pierwszej pomocy. Gdy tam przybiegłam, była już policja i pogotowie. Widziałam i słyszałam swoje, zarówno na żywo, jak i poprzez media społecznościowe, np. w formie wcześniejszych postów winowajcy.
Tęsknię bardziej za psem mojego byłego niż za nim.
Pewnej nocy uprawiałam leniwy s3ks po pijaku z moim chłopakiem.
Byłam na górze, a on był bardzo zrelaksowany. Kiedy zmienialiśmy pozycję, zauważyłam jakąś plamę na prześcieradle. Nie wiedziałam, co to jest, więc niestety, ale jakoś odruchowo powąchałam... okazało się, że to kupa! To był początek naszej znajomości, więc nie chciałam go zawstydzać. Poprosiłam, żeby przyniósł mi coś z łazienki. Kiedy wyszedł, wyrzuciłam prześcieradło do kosza na brudy. Był tak pijany, że nie zauważył, że nie ma prześcieradła, gdy wrócił.
Zanim się obudził rano, ja zdążyłam zrobić pranie.
Do dziś nie wie o swojej wpadce.
Mam 24 lata i mam dziwny problem, o którym nie mam z kim porozmawiać. Pewnie większość mnie wyśmieje lub obrazi, ale mam nadzieję, że może zobaczy to ktoś, kto może był w podobnej sytuacji lub wie coś więcej ode mnie. Wyznanie to będzie o jaraniu.
Od wielu lat kupowałam tylko u jednego zaufanego dilera. Wszystko było super, mogłam sobie zawsze w spokoju zapalić. Ostatnio pojawił się u niego nowy towar. Powiedział tylko, że trochę mocniejszy. Nie miałam żadnych podejrzeń, przecież zawsze było dobrze. Wróciłam sobie wesoło do domu, nabiłam lufkę i wzięłam tak z 2-3 chmurki. Zadziałało dopiero jakoś po 3 minutach i nagle serce zaczęło mi tak mocno i szybko uderzać jak nigdy... Podłoga mi się ruszała, miałam czarno przed oczami, piszczało mi w uszach i ledwo mogłam oddychać. A na dodatek wszystkie przedmioty i meble w moim domu wydawały mi się bardzo malutkie.
Wiem, że sprzedał mi jakiś syf, ale chodzi mi o coś innego. Teraz jak próbuję zapalić coś, co jest w 100% ekologiczne (wiem, bo koleżanki normalnie to palą i nic im nie jest, czują się okej, jak zwykle), to ze mną zaczyna się dziać coś dziwnego, bo wraca do mnie tamten strach i zamiast tamtego miłego uczucia co kiedyś, czuję się zagrożona, że zaraz znów stanie się tak strasznie jak wtedy. I chociaż się tak nie dzieje, to mój lęk jest za duży, abym mogła tak jak kiedyś beztrosko sobie zapalić, bo cały czas mam paranoję. Boję się, że popsuł mi się mózg i już zawsze będę się tak bać.
W podstawówce uczyłam się z dziewczyną, która powinna chodzić do szkoły specjalnej, nazwijmy ją X. Nic do niej nie miałam, odzywałam się do niej, spędzałyśmy czas na przerwach, ale jej nie podobało się to, że rozmawiam również z innymi koleżankami. Dlatego urwałam z nią kontakt. Nie o tym jednak będzie wyzwanie.
Był taki okres, że moi rodzice często się kłócili. Ja nie mogłam tego słuchać, więc przerywałam im, opowiadając śmieszne historie. Pewnego razu wpadłam na pomysł, by opowiedzieć nieprawdziwą historię na temat panny X. Skłamałam, że puściła głośnego bąka na lekcji, i to podnosząc wysoko pośladki. Rodzice przerwali kłótnię i zainteresowali się moją historyjką. Postanowiłam więc, że będę kontynuować opowiadania. Po kilku dniach powiedziałam, że X biegała po klasie, podskakując i puszczając bąka. Rodzice jeszcze bardziej zainteresowali się opowiadaniem, więc kolejna część nieprawdziwej historyjki była tylko kwestią czasu. Następnie zmyśliłam, że X podeszła do nauczycielki, wypięła tyłek i puściła bąka jej w twarz. Mama wtedy skomentowała: „Niedługo to ona chyba pokaże gołą pupę całej klasie”. Tak się złożyło, że tak właśnie miała wyglądać kolejna część opowiadania. Myśląc, że rodzice pewnie pomyślą, że te słowa mamy i rzekome wydarzenie to zbieg okoliczności, następnego dnia powiedziałam, że X wyszła do tablicy, odwróciła się, ściągnęła spodnie i... pokazała pośladki. Rodzice jednak tym razem mi nie uwierzyli. Mama zorientowała się, że zmyślam, bo o takiej sytuacji mówiła wczoraj. Przyznałam się, rodzice powiedzieli mi, że nie wolno tak zmyślać i nie, nie dostałam kary.
Od tamtej pory nie opowiadam nieprawdziwych rzeczy przy ludziach, ale zostało mi to, że opowiadam śmieszne (i prawdziwe) historie, gdy ludzie się kłócą.
Gdy byłam mała, razem z bratem uwielbialiśmy wykręcać mamie psikusy. Pewnego dnia naszym współpracownikiem została duża szmaciana lalka. Była ona mniej więcej mojego rozmiaru. Ubraliśmy ją w moją sukienkę, polaliśmy keczupem i wyrzuciliśmy za okno. Ja ucieszona schowałam się w szafie, a mój brat zaczął wrzeszczeć wniebogłosy: „Nie żyje, o Matko Boska, nie żyje!”.
Mama, która akurat była w łazience, tak się przestraszyła, że nawet nie zdążyła ubrać majtek, a gdy przybiegła i zobaczyła za oknem moje „zwłoki”... zemdlała. Byliśmy bardzo zawiedzeni tym, że mamie nie podobał się dowcip i poszła spać, więc za karę pomalowaliśmy jej tyłek niezmywalnym flamastrem.
Nie ma to jak dziecięce zabawy :D
Stało się to, jak miałam 6 lat, moja mama miała ciężką operację, przy której mogła nie przeżyć. Przed tą operacją, jak już moja mama była w szpitalu, zmarł mój wujek. Był różaniec w naszym domu (dom rodzinny) i była cała rodzina. Jednak ja tęskniłam za wujkiem i płakałam, moja siostra nie mogła mnie uspokoić. Przyszła moja chrzestna matka i powiedziała: „Nie płacz, bo twoja mama może jeszcze umrzeć” i się uśmiechnęła. Zaczęłam płakać jeszcze bardziej.
Do tej pory nie rozumiem, jak można powiedzieć tak komukolwiek, a co dopiero dziecku.
Pracuję w centrum handlowym na pierwszym piętrze. Dosłownie przed chwilą myłam witrynę sklepową i zauważyłam pewną dziwną akcję.
Siedzi parka z małym dzieckiem, na oko miał 2 lata. Mały puszczony samopas biega sobie po galerii i zbliża się w stronę ruchomych schodów.
Mama krzyczy: „Krzysiu, Krzysiu!”. Tata wtóruje. Tylko żadne z nich nie podchodzi i nie zabiera syna... Minęła chwila, mały wbiegł na ruchome schody i się przewrócił. Spadł parę stopni i histeria.
Ja się pytam: jak można być tak tępym rodzicem?! Takim ludziom powinno odbierać się prawa rodzicielskie. Jestem ciekawa, czy ta dwójka bezmózgów podobnie zachowałaby się, gdyby mały biegł w stronę jezdni.
Pewnego razu zamówiłem pizzę – nic niezwykłego, warto jednak wspomnieć o dziewczynie, która mi tę pizzę przywiozła. No, nie powiem, spodobała mi się... W tym momencie jesteśmy na tym etapie, gdzie ja czekam, aż ona znowu trafi z dostawą do mnie i wtedy zdobędę się na odwagę, by zagadać. Bo mimo że widziałem ją już parę razy, to jeszcze tego nie zrobiłem. Nie jest to jednak opowieść o mojej nieudolności umówienia się na randkę. Nie, nie, nie... Moim problemem jest moja rodzina. Jako że mam z całą rodziną dość dobre relacje, na ostatnim spotkaniu rodzinnym opowiedziałem im o owej niewieście, której imienia nie znam, i o tym, że mi się podoba. Wiecie, na początku takie śmichy-chichy, że w końcu ktoś mi się podoba, a potem pytanie: „Ale ty naprawdę nie chcesz celować wyżej niż dostawczyni pizzy?”. Przyznam – zatkało mnie. Nawet nie wiem, kto o to spytał, ale parę osób podłapało temat i niby żartem, niby serio, że córka koleżanki to jest fajna i nawet po rodzicach firmę będzie miała. Ludzie, którzy całe życie uczyli mnie, że żadna praca nie hańbi i że nie można nikogo oceniać, mówili mi takie rzeczy...
Parę dni później rozmawiałem z dwójką moich przyjaciół. Im też opowiedziałem historię o mojej dostawczyni pizzy i o moich nieudanych staraniach. I od razu usłyszałem: „Eee... z taką pracą to słabo, kogoś lepszego by się przydało”. No kurde... spojrzałem wtedy na moich przyjaciół – żaden z nich nie przepracował nawet dnia w swoim życiu (nie żebym ja miał czym się chwalić, w ciągu 18 lat pracowałem łącznie przez 2 miesiące, po miesiącu w ostatnie i wcześniejsze wakacje), obaj, tak jak ja, żyją wyłącznie za pieniądze rodziców... i jednak oni mają czelność mówić, kto jest lepszy bądź gorszy w zależności gdzie pracuje... Jednocześnie obaj narzekają, jak to nigdzie nie ma fajnych dziewczyn.
Natychmiast zmieniłem temat i już do niego nie wracałem.
I nie wiem, co się tak naprawdę stało, nigdy bym się nie spodziewał takiej reakcji od mojej rodziny, moich przyjaciół. Jeszcze jakby tylko jedno z nich to powiedziało, ale oboje? Kocham ich wszystkich i jestem pewny, że jakbym naprawdę zaczął się z tą dziewczyną umawiać, to nikt by o niej złego słowa nie powiedział, ale sam fakt, że to była ich reakcja na wiadomość jak ją „poznałem”... Nie mogę przestać o tym myśleć.
I nie mówię, że dziewczyna jest świetna, może być okropna, nie znam jej, więc nie mogę stwierdzić. Spodobała mi się, to chcę zagadać, nie zwracając uwagi na to, czy i gdzie pracuje...
Przyznam szczerze, że jestem rozczarowany moim otoczeniem.
Mój syn dyslektyk, mały geniusz z wysoką inteligencją, ale problemem z pisaniem i czytaniem. Od 11 roku życia zapisałam go na wszystkie możliwe zajęcia poprawiające jego dysfunkcje. Stosowne orzeczenie z poradni zaniosłam do szkoły, licząc na pomoc i wsparcie. Co otrzymałam? Przez dwa lata nauki młodego bywałam 2 razy w miesiącu w szkole, wzywała mnie wychowawczyni. Za każdym razem słyszałam, iż młody za mało pracuje, a ja za mało go „cisnę”. Raz nawet wezwano mnie na spotkanie pedagog plus wychowawczyni, wręczono pismo, na którym oficjalnie napisano, iż zaniedbuję dziecko pedagogicznie i szkoła żąda ode mnie stosownej reakcji. Nie wspomnę już o tyradzie wychowawczyni, która stwierdziła, że nie radzę sobie, bo jestem młodą matką!
W międzyczasie z młodym zaczęło się coś dziać. Nie chciał chodzić do szkoły. Chodził z niechęcią, wracał zdenerwowany, a niekiedy z płaczem. Czuł się w klasie niechciany, nielubiany i nieakceptowany. Wychowawczyni potrafiła przy całej klasie stwierdzić, że jest leniem i nieukiem, a w jej ślad poszły dzieci. Był wyzywany, obrażany. Reagowałam, zgłaszałam problem. Wytuptałam ścieżkę od wychowawcy do pani pedagog, skończywszy na dyrekcji. Za każdym razem słyszałam to samo: jest lubiany w klasie, odwraca pani uwagę od swojej nauki, szukając winy w innych, nie w sobie. Zaczęłam wątpić – jak i w siebie jako matkę, tak i niestety w młodego.
To wszystko trwało dwa lata. Wyprano mi mózg, czułam się bezsilna. Nasz los odmieniło jedno zdarzenie. Podczas apelu młody dostał od „kolegi” krzesłem w łeb. Wylądowaliśmy na SOR-ze. Przez te 6h czekania na badanie w nas obojgu coś pękło. Podjęliśmy z młodym decyzję o zmianie szkoły. Byliśmy oboje wykończeni. Szukanie nowej szkoły wcale łatwe nie było. Byłam w pięciu, w każdej brak miejsc. W szóstej szkole po prostu się rozkleiłam i opisałam wszystko, prosząc o pomoc.
Dziś, po pół roku nauki w nowej szkole, mój młody wraca ze szkoły z uśmiechem. Ma średnią 4,0, co w poprzedniej szkole było wręcz nieosiągalne. Ma wspaniałą wychowawczynię, która ciągnie go w górę i którą on ubóstwia, pomimo iż uczy jego znienawidzonego przedmiotu: polskiego. Inni nauczyciele go wspierają, jak sprawdzian pisemnie mu nie pójdzie, poprawę robią ustną. Okazało się, że młody ma bardzo dużą wiedzę, nie umie jej tylko przełożyć na formę pisemną. W klasie jest lubiany i akceptowany. Czy zatem przez te dwa lata horroru młodego byłam złą matką, nieczułą na jego żalenie się? Przecież mówił mi, że jest źle. Skarżył się. Boję się, że kiedyś opowie swoją wersję historii, w której jego zła matka kazała mu cierpieć dwa lata w klasie, w której go gnębiono.
Dodaj anonimowe wyznanie