Mam 24 lata. Mimo tego wieku nigdy z nikim się nie całowałam, nie byłam na randce. Wszyscy znajomi i rodzina wyrzucają mi, że jestem jakaś dziwna, pytają, czy nie wolę dziewczyn i załamują nad moim staropanieństwem, ewentualnie sugerują mi Tindera – bo jak nie szukasz związku, to chociaż weź się z kimś umów na seks, seks jest fajny! A ja po prostu nie wiem, czy faktycznie coś jest ze mną nie tak – ja tak naprawdę w ogóle nie odczuwam żadnego pociągu, do żadnej płci, nigdy się nawet nie masturbowałam, bo nie czułam takiej potrzeby. Nie wyobrażam sobie też związku, wspólnego mieszkania, prozy życia. Ta idea jest dla mnie równie abstrakcyjna co myśl, że nagle nauczyłabym się latać. Czasami podoba mi się jakiś facet, z reguły aktor, muzyk albo postać fikcyjna, może ze dwa razy ktoś, kogo znałam fizycznie, ale nawet wtedy moje myśli nie wychodzą poza chęć wspólnego spędzania czasu, przytulania, prowadzenia długich i głębokich rozmów.
Wbrew pozorom nie jestem aspołeczna, wręcz przeciwnie, określiłabym siebie jako ekstrawertyczkę. Nie mam żadnej traumy, nigdy nie byłam molestowana, seks mnie nie obrzydza ani nie przeraża – to po prostu mechaniczna czynność, którą wiem, że inni ludzie wykonują, ale ja nie mam ochoty ani potrzeby.
Boję się, że jestem dziwadłem. Już teraz ludzie powoli zaczynają się ode mnie odsuwać, bo o ile są w stanie (niektórzy) zaakceptować przebojową singielkę, która jak jej się zachce, to znajdzie seks na Tinderze, to już singielka, która nie korzysta w ten sposób z życia, jest dziwna.
Przy czym ten pogląd i tak jest w mniejszości w stosunku do osób, które cały czas ubolewają, jak to „taka fajna dziewczyna” nadal nie ma faceta. A ja po prostu nie wiem, czy faktycznie związać się z kimś, do kogo nic nie czuję, grzecznie wyjść za mąż i mieć dzieci tak jak wszyscy, czy żyć po swojemu – w samotności.
Jestem osobą niepełnosprawną, mam 24 lata i od ponad 3 lat przez chorobę jestem praktycznie odizolowana od ludzi. Nie mam znajomych, do niedawna nie miałam też partnera. Od kilku miesięcy jestem w związku z najcudowniejszym facetem pod słońcem. Nareszcie po tylu latach mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
Zapytacie: gdzie jest haczyk? Już mówię.
Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że mój partner jest nieuleczalnie chory. Lekarze są bezradni, bo wada serca została wykryta za późno.
To by było na tyle, jeśli chodzi o moje szczęście...
Przeprowadziłem się na wieś. Na wsiach mentalność jest inna, do czego się przyzwyczaiłem dość szybko. Podobało mi się to, choć i były minusy, ale nie o tym.
Niedaleko ode mnie przy drodze, którą muszę przejeżdżać codziennie, mieszka typowy Janusz z Grażynką i całym zapasem dzieciaków. Dzieci biegają sobie wszędzie beztrosko, jak to dzieci, nic z tym się nie zrobi, ale często bawią się na ulicy! Niepilnowane, bez organizacji i ładu, co jest wielkim niebezpieczeństwem. Zwróciłem Januszowi uwagę, żeby dzieciaków pilnował, ale wydarł się na mnie i powiedział, że to jego droga, więc wszyscy inni powinni uważać na jego skarby...
Zamiast zacząć pilnować dzieci, zaniósł do urzędu jakiś tam papierek i postawił na drodze próg zwalniający. Ale to nie byle jaki próg! Tylko taki wielkości K2. Olbrzymi, nigdzie w Polsce tak wielkiego jeszcze nie widziałem. Sądzę, że jakby Polska w trakcie wojny wzdłuż granicy takie postawiła, to czołgi by zatrzymały.
Janusz uargumentował to wyścigami, drag racingami itp., choć nigdy czegoś takiego nie było i ludzie tam jeżdżą bardzo wolno.
Myślicie, że załatwiło to problem bezpieczeństwa dzieci? A gdzież tam! Janusz stał się bardziej pewny siebie, bo przecież każdy zwalniał do zera i toczył samochód. Kupił dzieciom jakieś motorynki i inne quady, przez co ciągle jeżdżą po drodze i polach! Dzieci po 8-10 lat (sic!). Kiedyś mi taki wyjechał z pola metr przed maską.
Na początku tego lata mieliśmy z kumplem jechać na zlot. Niestety mieszka dość daleko ode mnie, a jeszcze dalej od zlotu, dlatego zaprosiłem go dzień wcześniej do mnie, aby wyjechać rano i być o normalnej godzinie. Kumpel jest z gatunku osób bogatszych. I posiada jeden z bardziej rozpoznawalnych japońskich supercarów.
Kiedy dojeżdżał do mojej miejscowości, ostrzegłem go o progu. Jak się pewnie domyślacie, niestety zawadził – i to nie byle jak. Przeorał cały zderzak, a wystające z niego śruby spotęgowały zniszczenia podwozia. Przyjechała policja, sprawdziła wszystko i wyszło, że wina właściciela drogi. Janusza...
Nie wiem, jak wysokie było odszkodowanie, ale kumpel naprawił samochód na w pełni oryginalnych częściach w serwisie, więc na pewno 20 tysięcy to nie było.
PS Dwa tygodnie po zdarzeniu próg został wymieniony na normalny.
A dzieci sąsiada przestały jeździć po tym, jak uderzyły w bok jakiegoś samochodu, a sprawą zainteresowała się policja.
Jestem lekko po trzydziestce, nie mam dzieci, może kiedyś w przyszłości się zdecyduję, jednak jeśli do tego dojdzie, to z mężem dokładnie to zaplanuję, żeby nie zostać z opieką nad dzieckiem sama. Moja siostra ma syna, na co dzień opiekuje się nim moja mama, gdy siostra jest w pracy, czyli standardowo 8:00-16:00, po pracy ona przejmuje nad nim opiekę, jednak co rusz obarcza mnie swoimi problemami, że nie ma z kim dziecka zostawić... Bo musi jechać z mamą na zakupy, bo do Gdańska musi jechać, powody się mnożą jak myszy... Mówiłam, że nie chcę zostać z małym, że nie cieszy mnie to, tylko męczy, że nie mam cierpliwości, ale nikt mnie nie słucha.
Mieszkamy w jednym domu. Rodzice, siostra z chłopakiem i dzieckiem i ja. To, że tam mieszkam i po 16 melduję się w domu, nie upoważnia jej do tego, żeby zostawić mnie z dzieckiem wbrew mojej woli. Nie prosi. Nigdy nie poprosiła, to jest z góry już przesądzone, bo w końcu jestem w domu.
Ja się pytam: gdzie jest ojciec tego dziecka?
Dzisiaj już nie dałam rady, zostawiła mnie z dzieckiem, kiedy jadło zupę. Ona była wszędzie – na podłodze, na nim, na jego włosach, meblach. Posprzątałam, po czym mały zrobił soczystą, płynną kupę, śmierdzącą na 200 metrów, następnie miał dużo energii po posiłku, więc zaczął grzebać po szafkach. O ile szło go przypilnować, żeby nie otwierał szafek, to nie zauważyłam kiedy wyciągnął nici, biegał z nimi wszędzie i pokneblował kwiatki, zabawki, krzesła, po czym jak zabrałam się do odwijania tego wszystkiego, otworzył szafkę i wyjął wszystkie książki, gazety i kartki... Jak prosiłam, żeby posprzątał, to się popłakał... Usiadłam bezsilnie i zadzwoniłam do nich, gdzie są, po czym mnie poinformowały, że są w kawiarni i im się nie spieszy do domu. Gdy przyjechały, to usłyszałam tylko pretensje, że jak zajmuję się dzieckiem, że mały płakał i miał czerwone oczy.
Brakuje mi słów na to wykorzystywanie. Zdecydowanie mówię nie! Rodzina nie jest od tego, żeby notorycznie na kimś wisieć. Może jestem złą siostrą, ale na Boga, kim jest w takim razie ojciec tego dziecka?
Od zawsze widziałam, że mam z lekka rąbniętą matkę. Ot, bardzo łatwo wpadała w złość, gdy coś nie szło po jej myśli, by po chwili znów promienieć pięknym, lecz fałszywym uśmiechem. Gdy byłam na tyle duża, żeby decydować, np. jakie książki czytać lub filmy oglądać, wyśmiewała mnie, zdarzało się, że moje rzeczy ginęły, gdy nie podobały jej się. Nie docierało do niej, że jej „słoneczko” ma coraz więcej lat, wyrzucała mi, że nie mówię do niej „mamusiu”, nie chcę się długo przytulać albo... uwaga... leżeć z nią i spać w jednym łóżku.
Lata minęły, wzięłam ślub i wyprowadziłam się z domu, pozostałam jednak w tym samym mieście – mąż z dobrą pracą, ja z dwoma latami studiów do ukończenia. Parę dni po tym, jak powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak”, matce zaczęło odwalać jeszcze bardziej. Nie dopuściła do siebie myśli, że nie jest najważniejszą osobą w moim życiu, że nie mieszkam z nimi i że będziemy widzieć się raz na tydzień, dwa, a nawet rzadziej. Przybierało to formę iście kuriozalnych telefonów. Schemat miały identyczny: objeżdżała mnie za to, że robię coś wg niej nie tak – nie byłam w domu, chociaż już noc, nie odkurzyłam/wyrzuciłam śmieci/podlałam kwiatów/zrobiłam zakupów itd., ja uświadamiałam ją, gdzie jestem, jak się nazywam (przejęłam nazwisko po mężu, zupełnie inne od panieńskiego), gdzie mieszkam i że nie będę tego robić, bo mam własny dom, po czym następował stek wyzwisk, jaka to ja niewdzięczna, o matce zapominam (nieprawda, dzwoniłam raz na parę dni, wtedy rozmowa toczyła się w miarę normalnie), zdradzam własną rodzinę i w ogóle mam ją, starą, schorowaną gdzieś (najpoważniejszą chorobą jest lekka anemia, nie bierze leków przypisanych przez lekarza) i że moje dzieci mnie opuszczą, o ile w ogóle będę jakiekolwiek miała.
Gdy nakręcała się coraz bardziej, po prostu rozłączałam się bez słowa. Początkowo próbowałam rozmawiać, tłumaczyć, ale po pewnym czasie uznałam, że nie warto – byłam absolutnie wykończona psychicznie, spazmatycznie płakałam, dopóki mąż nie utulił mnie i nie wypiłam ciepłej herbaty (bez prądu, żeby nie było ;)). Rozmawiałam z ojcem, bardzo rozsądnym człowiekiem, nie wiem, jakim cudem znosił jej humory. Próbował jej wytłumaczyć, też bezskutecznie, bo ona problemu nie widzi. Do psychiatry nie weźmie jej siłą...
W końcu problem rozwiązał się sam. Mąż, widząc, jak bardzo źle to na mnie działa, podczas ich wizyty u nas poruszył ten temat. Ona wykrzyczała swoje, na co dwaj najważniejsi mężczyźni mojego życia po prostu wzięli ją pod pachy i wyprowadzili na korytarz. Zmieniliśmy zamki, matka ma permbana na bycie u nas, ojciec dzwoni w umówiony sposób do domofonu, gdy przychodzi do nas.
Czy źle się czuję z tym, że nie mam matki? Ani trochę, czasem trzeba zerwać toksyczne więzy, choćby z najbliższą rodziną.
Jak idę do toalety z telefonem, żeby sobie poczytać podczas załatwiania potrzeby, zasłaniam obydwie kamerki, bo boję się, że ktoś mnie podgląda.
Nie piję napojów w puszkach. Zawsze wyobrażam sobie, że stały wcześniej w hurtowni, w której pracuje otyły, spocony mężczyzna, który aby umilić sobie nudną pracę, wkłada palec w brudne majtki, a następnie jeździ nim po krawędziach puszek. Wizja dotknięcia ustami takiej puszki skutecznie zniechęca mnie przed kupnem słodkich napojów z automatów.
Rok temu byłem ostry siłownik, tzn. codziennie na siłce i mikro trening przy każdej okazji. Rok przerwy od wszystkich ćwiczeń, bo budował mi się dom i zabrało mi to cały wolny czas. Po roku wyszykowałam sobie własną siłownię we własnym domu, no i do boju. Po trzech dniach takie zakwasiory, że mam wrażenie, że przy każdym ruchu coś skrzypi. Próbowałem rozruszać każdą partię mięśni w te trzy dni, więc mało było mięśni, które nie bolały. A na treningu zrobiłem prawie nic. Ale nie to jest najgorsze. Mojej kobicie się zachciało ostrego seksu, może to ten testosteron albo kwas mlekowy zadziałał, nie wiem. W każdym razie ostro się napaliłem, bo się mocno kobita nawyginała, żeby mnie rozruszać. No i... tak bolesnego seksu nigdy nie doświadczyłem, zamiast orgazmu dyszałem i stękałem z radości, że luba doszła i mogę przestać się ruszać. Na ogół nie piję alko, a zwłaszcza jak trenuję, ale jak usnęła, wychlałem z pół litra. Usnąłem na kanapie, na golasa. Rano otwieram oczy, patrzę, gdzie jestem, spoglądam przez drzwi tarasowe, a tam mój sąsiad chowa się za płot speszony, kiedy dostrzegł, że go zobaczyłem. Teraz cały czas myślę, ile czasu tam stał i mnie oglądał. Aż głupio iść i oddać mu tę młotowiertarkę.
Miałam trudne dzieciństwo – mieszkałam z mamą, następnie z tatą i tak w kółko. Skakałam z domu na dom z powodu niezaakceptowania mnie ze strony drugich połówek rodziców i przez podejście rodziców do mnie. Myślałam, że coś się zmieni, ale byłam w błędzie. Byłam dla nich problemem, dalej jestem. Mam 17 lat i nie mieszkam z żadnym z nich, mieszkam z wujkami.
Byłam dla rodziców elementem wzbogacenia się, z powodu mojej osoby wyciągali od siebie jak najwięcej pieniędzy. Znęcali się nade mną psychicznie i fizycznie. Sprawa trafiła na policję, ale została odrzucona przez brak dowodów. Mimo tego, jacy byli, czasami odczuwam brak bliskości i tę pustkę, że z nimi nie mieszkam. Popadłam w depresję, ale zbagatelizowali to. Z wujkami mieszka mi się dobrze, czuję się jak w normalnej rodzinie.
Nie potrafię do końca opisać tego, co przeżyłam, bo jest mi po prostu wstyd. Przez brak wsparcia, bliskości, wtedy ciągłe upokarzanie mnie i brak wiary we mnie oraz odrzucenie od strony najbliższych na ten moment nie potrafię zaufać ludziom. Jestem bardzo wrażliwa i zamknięta w sobie, nic do mnie nie dociera, boję wielu prostych rzeczy, nie mam ambicji ani zainteresowań. Ciężko mi z tym, bo nie mogę się przełamać, czuję, że to taka wewnętrzna bariera w głowie. Mimo tego jak było w minionych latach, staram się tego nie pokazywać. Teraz mam chłopaka, z którym jestem szczęśliwa, mam też przyjaciół. Jestem w szkole takim „śmieszkiem”, dużo ludzi ma we mnie ogromne wsparcie i darzą mnie zaufaniem. Każdego stawiam ponad siebie i czuję satysfakcję, kiedy komuś pomogę – to jedyne cechy, które w sobie lubię.
Minęło 6 lat od rozstania się z moim byłym chłopakiem, a ja wciąż go kocham. Czas nie leczy ran, nie w każdym przypadku. Przez ten czas miałam jedną poważną relację i kilka chwilowych. Walczyłam wiele razy o odzyskanie mojego eks. Niestety bezskutecznie. Nie chcę Was zanudzać, więc po prostu zadam Wam pytanie. Czy mieliście kiedyś taką sytuację, że Wasz/a eks nie chciał/a do was wrócić i mówił/a, że już nic nie czuje, a jednak po jakimś czasie znów do siebie wróciliście?
To chyba moja jedyna nadzieja. Wierzyć, że będzie dobrze jeszcze kiedyś.
Dodaj anonimowe wyznanie