Mam swój własny sposób na ludzi, którzy mnie denerwują; otóż naśladuję ich. Gdy jadę autobusem i ktoś siedzi obok mnie i sobie nuci, sama zaczynam nucić, tylko dwa razy głośniej. Gdy ktoś idzie przez miasto i słucha muzyki bez słuchawek, puszczam z mojego telefonu jakiś ciężki metal i zrównuję z nim krok. Gdy w pociągu dziecko krzyczy i płacze, ja też zaczynam się drzeć i je przedrzeźniam. Dodatkowo zawsze patrzę wprost na te osoby i ani na moment nie odwracam wzroku. Wszyscy wokół patrzą na mnie jak na nienormalną, ale mam to gdzieś, bo w większości przypadków to działa i ludzie się peszą.
Mam nadzieję, że wyciągają z tego jakiś morał i zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie są jedynymi ludźmi na świecie.
Kiedy miałem 3-4 lata, praktycznie codziennie oglądałem programy typu „Detektywi”, „Malanowski i partnerzy” itp. („Szkoły” jeszcze nie było). Występowali w nich często nastolatkowie, jakieś pobicia, handel narkotykami, różne takie historie. I zawsze było podawane, że są na przykład w pierwszej gimnazjum. Mały ja, jako że nie rozróżniałem tych wszystkich szkół typu gimnazjum, liceum i inne, wyobrażałem sobie, że jak pójdę do pierwszej klasy, to momentalnie urosnę i będę wyglądał dorośle tak jak ci wszyscy gimnazjaliści i licealiści z seriali. Nikomu o tym nie powiedziałem, no ale lekkie rozczarowanie było...
Taka sytuacja: damsko-męska znajomość internetowo-telefoniczna od pół roku.... w planach przeniesienie znajomości do reala... Facet po 30. i zawale, z innego miasta... Wieczorem pisze mi, że straaasznie chory, ma 38,5 st. gorączki. Rano pisze, że jest tak źle, że później zadzwoni po pogotowie. Piszę do niego w tej samej minucie: „Co się dzieje?!” i nastaje cisza, zero odzewu... Dzwonię do niego i piszę, on nie odbiera. W mojej głowie pojawiają się czarne myśli, że stracił przytomność, a pewnie jest sam w domu. Mija ponad 1,5 godz. głuchej ciszy z jego strony. Myślę sobie, no kuźwa co robić... Nie znam jego nazwiska ani adresu. W końcu dzwonię na 112 i mówię, że podejrzewam, że coś się mu mogło stać, bo miał dzwonić po pogotowie, a teraz nie mogę się do niego dodzwonić. Podaję jedyne dane, jakie znam, czyli imię, wiek, miasto i numer jego telefonu z nadzieją, że po numerze dojdą u operatora adresu i sprawdzą, czy wszystko OK... Mija kolejna godzina mojego zamartwiania się. W końcu on pisze do mnie, że nie chce mnie znać, że jestem nienormalna, że problemów mu narobiłam, bo policja weszła do domu...
Czy naprawdę ze mną tak źle, bo reaguję, kiedy mam wątpliwości, czy czyjeś życie lub zdrowie nie jest zagrożone? Jakbym psa w aucie w upał zobaczyła, też bym szybę zbiła. Czy naprawdę źle zrobiłam?? Nie darowałabym sobie, gdyby się okazało, że coś mu się stało, a ja nie zareagowałam, bo nie miałam pewności, czy wszystko z nim OK. A przez swoją zapobiegawczość straciłam super zapowiadającego się faceta, który zabronił mi się ze sobą kontaktować... Czy to ze mną jest coś nie tak?
Jestem alkoholikiem. Wiem o tym ja, tylko ja. Nikt poza mną nie wie, wszyscy znajomi, rodzina, znajomi z pracy myślą, że jestem świetnym gościem, który dba o formę, prowadzi zdrowy tryb życia, regularnie ćwiczy.
Pracuję 8:00-16:00 i do pracy mam blisko. Minimum trzy razy w tygodniu, a zdarza się nawet codziennie, przychodzę do pracy na mega kacu. Wiecie, dlaczego w pracy nikt się nie zorientował o moim problemie? Nie zarabiam mało, więc do pracy kupiłem sobie specjalnie wypasiony rower, drogie gadżety dla rowerzysty, takie jak kask, specjalną odzież na rower, buty itp., w pracy mam szafkę i przebieram się w normalne rzeczy. W pracy myślą, że tak dbam o formę. Piję bardzo dużo wody, bo mnie suszy, a wszystkim wokół mówię, że dbam o to, aby być cały czas nawodnionym, że picie wody jest bardzo ważne. Jeśli chodzi o śniadania w pracy, to kupuję gotowe sałatki, ponieważ rano nie mam sił, aby cokolwiek sobie przygotować, a w pracy myślą, że jestem FIT.
Prawda jest jednak taka, że codziennie po pracy wypijam minimum sześciopaka, kupionego na sąsiednim osiedlu, do tego dochodzi wódka. Często usypiam w ubraniu i budzi mnie budzik rano do pracy. Najgorzej jest w poniedziałek, po całym weekendzie picia, jestem typem domatora i nigdzie nie wychodzę na imprezy.
Mieszkam i pracuję w mieście oddalonym od całej mojej rodziny o ponad 200 km i prowadzę taki tryb życia ponad rok.
Nie wierzę, że ludzie zmieniają się ot tak.
W gimnazjum miałam koleżankę. Typowe emo, początkowo wyalienowana. Zakumplowałyśmy się trochę z racji bycia wyrzutkami klasowymi. Po jakimś czasie jednak zgrałyśmy się z resztą grupy i wtedy odwróciła się ode mnie. Ba, zapoczątkowała gnębienie mnie przez grupkę laluń. Zaczęło się od zwykłych docinek związanych z wyglądem i ocenami, skończywszy na szkalowaniu w Internecie i wyzywaniem na tzw. solo. Całe szczęście miałam swoje koleżanki i zbytnio nie przejmowałam się docinkami.
Trafiłyśmy do tego samego LO, ale różnych klas. Z obserwacji wiedziałam, że dalej jest opryskliwą i wyrachowaną dziewuchą, żerującą na czyimś nieszczęściu.
Ale dlaczego nie wierzę w przemiany we wspaniałych ludzi? Otóż dowiedziałam się jakiś czas temu, że wspomniana znajoma została psychologiem dziecięcym! Wybaczcie, ale jak mam wierzyć, że osoba, która przez co najmniej 6 lat znęcała się psychicznie nad słabszymi emocjonalnie znajomymi, ot tak wraz z maturą i dostaniem się na studia psychologiczne doznała przemiany?
Dziś trafiłam na pewien obrazek, może wielu z Was już go widziało. Zawierał on następujący tekst „Weź najbliżej leżącą książkę, otwórz na 44 stronie, trzecie zdanie opisuje twoje życie”. W moim przypadku padło na „Dziewczyny z Hex Hall” Rachel Hawkins. Otwieram na 44 stronie, a ona jest pusta... Myślę – no fajnie, jak widać, moje życie jest puste.
Poszłam do mamy pochwalić się swoim odkryciem, ale ona mnie zaskoczyła... Powiedziała, że moje życie nie jest puste, tylko niezapisane. Nikt nie zdecydował, jak ono będzie wyglądać, nikt go nie zaplanował. To ja jestem autorem tej strony i to ja zdecyduję, jak będzie wyglądać moje życie.
Bardzo mnie podbudowały te słowa. Powiem szczerze, mam mądrą i służącą dobrym słowem mamę :)
Pięknego czerwcowego weekendu wybrałam się na wesele znajomych, oczywiście na weselu pełna kulturka, picie umiarkowane, coby się nie zapić w trupa, powrót normalny. Natomiast następnego dnia na poprawinach dałam jednak ostro w palnik, piłam koktajle, piwo, wino, wódkę — wszystko, co się nawinęło, no i po poprawinach wylądowałam jeszcze w pubie, coby za trzeźwa do domu nie wracać, no i tyle pamiętam. Wtedy akurat była sesja i następnego dnia w poniedziałek miałam egzamin na ósmą rano, więc rano o szóstej budzi mnie mama i pyta się, co mi się stało w twarz, bo mam zakrwawioną... Patrzę do lustra przerażona i widzę, że mam czoło zdarte na maksa i nos rozwalony i zdarty. Próbowałam sobie coś z nocy przypomnieć, ale było to nierealne. Jak się skapnęłam, że na ósmą egzamin, to szybko do łazienki i tona pudru na tę rozwaloną twarz (wyglądałam strasznie). Jakoś tam się ubrałam, przyjechał po mnie kumpel i pędem poleciałam do samochodu. Zajechałam na uczelnię, skacowana, a znajomi jak mnie zobaczyli, to pytali tylko, co się stało... Okazało się, że oprócz tego, że mam rozwaloną twarz, to mam tylko jedno pomalowane oko, bo drugiego zapomniałam... Mówili na mnie CYKLOP przez cały dzień.
PS Do tej pory nie wiem, co się stało, że rozwaliłam twarz, ale domniemam, że podczas ściągania rajstop wyrżnęłam w podłogę. Twarz goiła się dwa tygodnie, ale wrażenia BEZCENNE.
Jestem emo. Nie taką tiktokową e-girl, tylko legitnym, rasowym emosem. I nie, nie tnę się ani nie mam myśli samobójczych ;) W każdym razie istnieje coś takiego jak Holy Emo Trinity Church, czyli „religia” emosów. Oczywiście wszystko raczej w żartach, nie na poważnie. Generalnie jest to parodia chrześcijaństwa, z emo zespołami zamiast biblijnych postaci: My Chemical Romance jako Ojciec, Fall Out Boy jako Syn i Panic! at the Disco jako Duch Święty amen. I wokół tego cały tłum pozostałych emo zespołów jako pomniejsze bóstewka. Dodam jeszcze tylko, że rodzice są antyteistami, więc z założenia kościoły omijamy szerokim łukiem. Tyle we wstępie, czas na historię właściwą.
Siedzę u babci, oczywiście w stanie idealnym do zabrania mnie do pobliskiego kościoła na egzorcyzmy. Rozmowa typu „a jak tam w szkole, a nauczycielom nie przeszkadza, jak wyglądasz” itp. itd. Dosyć szybko zeszło na tematy religijne, więc walnęłam babci wykład o ww. Holy Emo Trinity Church. O dziwo babcia nie wyglądała na jakąś szczególnie zgorszoną. Co więcej, podczas następnego niedzielnego obiadku podarowała mi przenośny ołtarzyk, świeczki zapachowe i żartobliwy obrazek ze Świętą Krową, bo „w coś trzeba wierzyć, jak dobrze, że uciekłaś od tego szatańskiego antyteizmu”!
Mam cudowną babcię.
W trzeciej ciąży przy badaniu przezierność karku na USG wyszła na granicy normy i było ryzyko, że dziecko może mieć zespół Downa. Pani doktor proponowała badania prywatne, na które i tak już nie zdążylibyśmy się załapać, bo chodziło o określony czas. Inne parametry USG nie wykazywały, że dziecko może być chore. Parę dni przewyłam. I stwierdziliśmy, że co ma być, to będzie. Udało się, dziecko jest zdrowe. To był NASZ WYBÓR.
Teraz mam 37 lat i czworo dzieci. Gdybym teraz zaszła w ciążę (a mieszkam w kraju, gdzie antykoncepcja łącznie z podwiązaniem jajowodów to nie problem) i okazałoby się, że dziecko jest chore, to bym bez wahania usunęła. A dlaczego? A dlatego, że nie wiem, czy mnie samochód nie pierdzielnie, jak wyjdę na ulicę, a mąż zawału nie dostanie, jak zobaczy, co się stało i moje czworo dzieci nie zostanie skazanych na opiekę nad chorym dzieckiem. Cztery życia ważniejsze niż jedno. A nawet gdybym niechcący i tak zaszła w piątą ciążę, nawet „zdrową”, to i tak bym usunęła (tu gdzie mieszkam do 12 tyg. jest to legalne). Nie stać nas na piąte dziecko, mimo że żyjemy normalnie, może nie jak jakieś krezusy, ale nie muszę się martwić nieplanowymi wydatkami. Dlatego mam implant, który się niestety nie sprawdza (jakieś tam hormonalne problemy) i za tydzień wyjęcie. W styczniu podwiązanie jajników.
Dlaczego w Polsce nie oferuje się tego kobietom?
Od nastolatka miałem pasję i z tym wiązałem swoją przyszłość. Miałem upatrzony kierunek studiów i konsekwentnie do tego dążyłem. Udało się. Niestety w międzyczasie straciłem rodziców i życie się trochę poprzewracało. Musiałem pójść do pracy, żeby się utrzymać. Całe szczęście trafiłem do miejsca, gdzie się sprawdziłem, awansowałem, pracuję tu do dziś, nieźle zarabiam, generalnie nie narzekam. Marzenia poszły w zapomnienie, ale nie mam o to do nikogo pretensji, stało się, jak się stało, no cóż, z zasady przyjmuję od życia to, co mi daje i nie oglądam się za siebie. Studia skończyłem właściwie tylko dla przyzwoitości, żeby skończyć to, co zacząłem.
Krótko po obronie dyplomu trafiłem na trening sztuk walki. Odkryłem w sobie nowe talenty. Za stary już byłem na udział w zawodach, ale ćwiczyłem, zdawałem kolejne stopnie aż w końcu, po kilkunastu latach, zostałem instruktorem. Dostałem swoją grupę do trenowania i stałem się autorytetem dla wszelakich ziomeczków, mordeczek, rycerzy ortalionu, kiboli z osiedla itp. Siłą rzeczy nasiliły się też relacje towarzyskie ze względu na wspólne obozy czy klubowe spotkania wigilijne. Gdy temat schodzi na szkołę lub wykształcenie, to nic nie mówię, ewentualnie przyznaję się do ukończenia liceum. Bo jak ja mam tym wszystkim dresom spod znaku Polski Walczącej powiedzieć, że tak naprawdę ukończyłem... Akademię Muzyczną w klasie wiolonczeli?
Dodaj anonimowe wyznanie