Mam 16 lat i nie miałem fajnego dzieciństwa. Może tak mi się po prostu wydaje, bo jestem zaślepiony faktem, że nie mam ani jednej rzeczy, do której mógłbym powracać, gdy będę dorosły. Bo zakładam, że jeżeli nie przeżyliście żadnego kataklizmu czy innej katastrofy, to macie jakąś pamiątkę z dzieciństwa. A czy to ulubiona książka, komiks, zabawka, gra? Każdy z was ma coś takiego, prawda? Ja nie mam, bo moja kochana mamusia wszystko, co moje, musiała rozdawać i oferować wszystkim dokoła... Ojciec opuścił nas kiedy miałem roczek, więc nie było nikogo, kto by moją mamę hamował...
Kiedy miałem pięć lat, bardzo spodobało mi się kolekcjonowanie figurek z Kindera. Miałem całe „miasteczko” postaci, codziennie wycierałem je z kurzu, tak o nie dbałem! Wielokrotnie dawałem mamie znać, że bardzo je lubię i chciałbym mieć ich jeszcze więcej, na co przytakiwała.
Pewnego dnia miała miejsce jakaś uroczystość rodzinna, a że nie mieli gdzie dać trzyletniego wówczas Bartusia, żeby się pobawił, to wpuścili go do mojego pokoju. Byłem miłym dzieckiem, zaoferowałem mu wspólną zabawę figurkami z mojej kolekcji, ale on stał tak chwilę bezczynnie... i nagle zaczął wszystkie figurki pchać do mordy. Krzyknąłem na niego, żeby przestał, ale on dalej gryzł, pluł, ściskał, niszczył, ślinił te zabawki. Bardzo mnie to zdenerwowało i go odepchnąłem. Ten poleciał na pupę i momentalnie zaczął ryczeć. Zawołałem mamę, bo bardzo mnie to zdenerwowało i chciałem, żeby Bartuś sobie poszedł. Ale ona zjawiła się z mamą Bartusia i spokojnie poprosiła go o wyplucie zabawek, a mnie poprosiła do łazienki na ROZMOWĘ w cztery oczy, gdzie mnie skrzyczała, że nie wolno tak, że Bartuś jest mały i tylko chciał się pobawić.
Kiedy poszedłem już do swojego pokoju, mama Bartusia siedziała z nim na moim łóżku i go uspokajała. OSTRZEGŁA mnie, żebym się nie zbliżał, bo Bartuś się mnie boi. Tłumaczyła mu, że ja tak niechcący go potrąciłem. W tym czasie mama gdzieś poszła. Kiedy wróciła, wrzuciła wszystkie moje figurki do foliowej torebki, zawiązała sznureczkiem i wręczyła Bartusiowi ze słowami (pamiętam to jak dziś): „Masz, bo Kubuś już wyrósł i nie będzie się nimi bawił!”. Kiedy ja zacząłem płakać i krzyczeć, żeby to zostawiła, mama moja i mama Bartusia uciszyły mnie, że już jestem stary byk i kto to myślał...
Jakiś czas później odwiedziliśmy Bartusia i wtedy pod bramą znalazłem kawałki swoich figurek...
Nie był to jedyny przypadek, bo później był motyw z oddaniem mojego kochanego kubka jakiemuś obcemu dziecku, wyszarpywaniem mi słodyczy z rąk, żeby oddać innemu chłopcu, niszczeniem moich klejonych modeli, użyczeniem mojego pokoju wujkowi alkoholikowi... Przez to wszystko mam ciągłe poczucie, że nie mam nic swojego.
Jedną z najobrzydliwszych rzeczy, jakich doświadczyłem w życiu, był pogrzeb chłopaka z mojej klasy, który w drugiej licealnej odebrał sobie życie. Ceremonia była naprawdę piękna, przemowy, kwiaty w rękach wszystkich, cichy przemarsz setek ludzi z kościoła na cmentarz... Cóż więc było w tym takiego obrzydliwego?
Otóż przyszli dosłownie wszyscy uczniowie naszej szkoły, blisko 400 osób. Spośród nich tylko garstka opłakiwała chłopaka – reszta chciała się po prostu zerwać z lekcji, bo dyrektor ogłosiła, że wszyscy uczestniczący w pogrzebie mają tego dnia usprawiedliwione nieobecności.
Moja wanna jest ustawiona tak, że kiedy biorę kąpiel, od dobrych kilku miesięcy mam widok na pudełko Vizira – a podczas prysznica lubię sobie dogodzić ( ͡° ͜ʖ ͡°).
No właśnie...
Dzisiaj podczas zakupów podnieciłam się podczas szukania proszku do prania.
Zajebiście – nieświadomie zabawiłam się w Pawłowa... ://
Kilka dni temu obudziłam się z dziwną wysypką na praktycznie całym ciele. Kupiłam jakieś cudowne maści, uprałam i zmieniłam pościel. Nie pomogło, wysypka nadal się pojawiała w mniejszym lub większym stopniu. A dzisiaj znalazłam za łóżkiem całe gniazdo małych, dziwnych robaczków... Wstyd mi chłopaka zaprosić do domu.
Poznałam pewnego faceta przez internet. Po kilku miesiącach pisania (on jest z innego miasta) zdecydowaliśmy się spotkać, a miało to być spotkanie ukierunkowane głównie na seks. Aby podgrzać atmosferę, pisaliśmy ze sobą sprośne wiadomości.
Pewnego dnia wymyślił zabawę, że najpierw on mi wysyła zdjęcie, a następnie ja jemu o podobnej tematyce. Bawiliśmy się przednio. Mniejsza o większość, w pewnym momencie wymyśliłam, że wyślę mu w odpowiedzi zdjęcie wilgotnych palców. Wsadziłam je sobie głęboko... i nagle się przeraziłam. Wyczułam coś dziwnego. Po chwili nerwowego rozeznania doszłam do tego, że jest to tampon. Ostatnio miałam okres, więc musiał tam tkwić od kilku dni. Próbowałam wyciągnąć go palcami, ale nie dało rady. Już zrozpaczona uznałam, że spróbuję wypchnąć go mięśniami Kegla. I udało się. „Urodziłam” tampon. Śmierdziało jak jasna cholera.
Nie mam pojęcia, jak mogłam zapomnieć o tamponie albo wsadzić sobie kolejnego bez wyciągnięcia poprzedniego (sznurek był w środku). Ale dopiero byłby syf, gdyby ten facet nie wpadł na tę zabawę, bo inaczej sam by go znalazł – miał przyjechać do mnie za dwa dni :/
Od zawsze byłam traktowana w klasie jak „piąte koło”, nie miałam lekko w życiu. Niczym nie zawiniłam, po prostu ktoś chciał poprawić sobie humor, niszcząc moje poczucie godności i własnej wartości.
W trakcie WF-u dziewczyna z klasy podłożyła do mojej torby telefon koleżanki. Następnie, gdy wróciłyśmy po lekcji WF-u do szatni, zaczęło się szukanie telefonu i winnych jego zniknięcia. Bez pozwolenia dziewczyny wzięły moją torbę, przeszukały ją i (a jakżeby inaczej) znalazły tam podłożony wcześniej telefon. Wezwano nauczyciela, dyrekcję. Zrobiła się z tego głośna afera i miałabym poważne problemy, gdyby któraś z „prankujących” dziewczyn nie pękła i nie przyznała, co się tak naprawdę wtedy stało.
Sprawa rozeszła się po kościach, nikogo nie ukarano za podłożenie „świni”.
Nawet po kilku latach mam żal o to, co się wtedy stało. Wspomnienia, okrutne i niemiłe, ciągną się za mną bez końca.
A to wszystko tylko dlatego, że nie umiałam się obronić i zostałam wytypowana na najsłabsze ogniwo.
Dziewczyny, pewnie czytające niekiedy ten portal – wstydźcie się. Tego się nie zapomina. I nie życzę, by Waszym dzieciom ktoś wycinał podobne „żarty”.
Mam problem. Czuję wstręt do ludzi. Cały czas mam z tyłu głowy, że wszyscy są moimi wrogami i chcą dla mnie źle. Analizuję 20 razy każdy ruch, gest i każde słowo moich rozmówców. Byłem gnębiony w podstawówce i to we mnie chyba zostało. Od zawsze jestem duchem, brak kont na socialach, komunikatorach, brak znajomych do wychodzenia. Wstyd mi się odezwać do kogokolwiek, bo mam wrażenie, że zwykłe „cześć” zniechęci osobę do mnie. Nie czuje się, jakbym nadawał się do życia w społeczeństwie. Taki styl życia jakimś cudem nie przeszkodził mi w znalezieniu dziewczyny, z którą jestem od roku, ani w znalezieniu pracy po szkole średniej jako programista, zdalnie...
Mam 24 lata. Mimo tego wieku nigdy z nikim się nie całowałam, nie byłam na randce. Wszyscy znajomi i rodzina wyrzucają mi, że jestem jakaś dziwna, pytają, czy nie wolę dziewczyn i załamują nad moim staropanieństwem, ewentualnie sugerują mi Tindera – bo jak nie szukasz związku, to chociaż weź się z kimś umów na seks, seks jest fajny! A ja po prostu nie wiem, czy faktycznie coś jest ze mną nie tak – ja tak naprawdę w ogóle nie odczuwam żadnego pociągu, do żadnej płci, nigdy się nawet nie masturbowałam, bo nie czułam takiej potrzeby. Nie wyobrażam sobie też związku, wspólnego mieszkania, prozy życia. Ta idea jest dla mnie równie abstrakcyjna co myśl, że nagle nauczyłabym się latać. Czasami podoba mi się jakiś facet, z reguły aktor, muzyk albo postać fikcyjna, może ze dwa razy ktoś, kogo znałam fizycznie, ale nawet wtedy moje myśli nie wychodzą poza chęć wspólnego spędzania czasu, przytulania, prowadzenia długich i głębokich rozmów.
Wbrew pozorom nie jestem aspołeczna, wręcz przeciwnie, określiłabym siebie jako ekstrawertyczkę. Nie mam żadnej traumy, nigdy nie byłam molestowana, seks mnie nie obrzydza ani nie przeraża – to po prostu mechaniczna czynność, którą wiem, że inni ludzie wykonują, ale ja nie mam ochoty ani potrzeby.
Boję się, że jestem dziwadłem. Już teraz ludzie powoli zaczynają się ode mnie odsuwać, bo o ile są w stanie (niektórzy) zaakceptować przebojową singielkę, która jak jej się zachce, to znajdzie seks na Tinderze, to już singielka, która nie korzysta w ten sposób z życia, jest dziwna.
Przy czym ten pogląd i tak jest w mniejszości w stosunku do osób, które cały czas ubolewają, jak to „taka fajna dziewczyna” nadal nie ma faceta. A ja po prostu nie wiem, czy faktycznie związać się z kimś, do kogo nic nie czuję, grzecznie wyjść za mąż i mieć dzieci tak jak wszyscy, czy żyć po swojemu – w samotności.
Jestem osobą niepełnosprawną, mam 24 lata i od ponad 3 lat przez chorobę jestem praktycznie odizolowana od ludzi. Nie mam znajomych, do niedawna nie miałam też partnera. Od kilku miesięcy jestem w związku z najcudowniejszym facetem pod słońcem. Nareszcie po tylu latach mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
Zapytacie: gdzie jest haczyk? Już mówię.
Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że mój partner jest nieuleczalnie chory. Lekarze są bezradni, bo wada serca została wykryta za późno.
To by było na tyle, jeśli chodzi o moje szczęście...
Przeprowadziłem się na wieś. Na wsiach mentalność jest inna, do czego się przyzwyczaiłem dość szybko. Podobało mi się to, choć i były minusy, ale nie o tym.
Niedaleko ode mnie przy drodze, którą muszę przejeżdżać codziennie, mieszka typowy Janusz z Grażynką i całym zapasem dzieciaków. Dzieci biegają sobie wszędzie beztrosko, jak to dzieci, nic z tym się nie zrobi, ale często bawią się na ulicy! Niepilnowane, bez organizacji i ładu, co jest wielkim niebezpieczeństwem. Zwróciłem Januszowi uwagę, żeby dzieciaków pilnował, ale wydarł się na mnie i powiedział, że to jego droga, więc wszyscy inni powinni uważać na jego skarby...
Zamiast zacząć pilnować dzieci, zaniósł do urzędu jakiś tam papierek i postawił na drodze próg zwalniający. Ale to nie byle jaki próg! Tylko taki wielkości K2. Olbrzymi, nigdzie w Polsce tak wielkiego jeszcze nie widziałem. Sądzę, że jakby Polska w trakcie wojny wzdłuż granicy takie postawiła, to czołgi by zatrzymały.
Janusz uargumentował to wyścigami, drag racingami itp., choć nigdy czegoś takiego nie było i ludzie tam jeżdżą bardzo wolno.
Myślicie, że załatwiło to problem bezpieczeństwa dzieci? A gdzież tam! Janusz stał się bardziej pewny siebie, bo przecież każdy zwalniał do zera i toczył samochód. Kupił dzieciom jakieś motorynki i inne quady, przez co ciągle jeżdżą po drodze i polach! Dzieci po 8-10 lat (sic!). Kiedyś mi taki wyjechał z pola metr przed maską.
Na początku tego lata mieliśmy z kumplem jechać na zlot. Niestety mieszka dość daleko ode mnie, a jeszcze dalej od zlotu, dlatego zaprosiłem go dzień wcześniej do mnie, aby wyjechać rano i być o normalnej godzinie. Kumpel jest z gatunku osób bogatszych. I posiada jeden z bardziej rozpoznawalnych japońskich supercarów.
Kiedy dojeżdżał do mojej miejscowości, ostrzegłem go o progu. Jak się pewnie domyślacie, niestety zawadził – i to nie byle jak. Przeorał cały zderzak, a wystające z niego śruby spotęgowały zniszczenia podwozia. Przyjechała policja, sprawdziła wszystko i wyszło, że wina właściciela drogi. Janusza...
Nie wiem, jak wysokie było odszkodowanie, ale kumpel naprawił samochód na w pełni oryginalnych częściach w serwisie, więc na pewno 20 tysięcy to nie było.
PS Dwa tygodnie po zdarzeniu próg został wymieniony na normalny.
A dzieci sąsiada przestały jeździć po tym, jak uderzyły w bok jakiegoś samochodu, a sprawą zainteresowała się policja.
Dodaj anonimowe wyznanie