#oCIwF

W czasach szkoły średniej miałam chłopaka - pierwsza wielka miłość. Wspólni znajomi, pierwsze imprezy, początki z alkoholem, wyjazdy, seks... - to wszystko przeżywaliśmy wspólnie. Po kilku miesiącach zaczęliśmy snuć plany odnośnie naszej dalszej przyszłości. Mimo, że wszyscy widzieli w nas parę głupich dzieciaków, która rozejdzie się przy pierwszej lepszej kłótni, my trwaliśmy przy sobie i swoich przekonaniach odnośnie naszej "miłości do końca".

Nadszedł czas zakończenia szkoły, a my przeżyliśmy ze sobą wspólnie piękne lato. Jednak kiedyś wakacje musiały się skończyć. Pora powrotu do rzeczywistości. 

Ja rozpoczęłam studia w innym mieście, a on został w rodzinnych stronach. Początkowo nic między nami się nie zmieniło. Upłynęło kilka miesięcy, poznaliśmy różnych ludzi, zmieniliśmy otoczenie, przestaliśmy chodzić na te same imprezy, spotykać się z tymi samymi ludźmi a w końcu ze sobą... Widzieliśmy się 1-2 razy w miesiącu. Nie doceniałam szczerości uczucia, jakim mnie darzył. Zatraciłam się w tym co dają mi nowi znajomi, przyjaciele. Pewnego dnia tak po prostu powiedziałam mojemu chłopakowi, że to koniec. Pierwszy raz widziałam go szlochającego. Tamtego dnia tak po prostu wyszłam i zostawiłam go samego. Wyrzuty sumienia nadeszły szybciej niż sądziłam. Przez kilka kolejnych dni targały mną emocje, uczucia jakich nigdy wcześniej doświadczyłam. 

Po kilku tygodniach uświadomiłam sobie, że to był potworny błąd. Bałam się zadzwonić, a tym bardziej spotkać. W takich strachu spędziłam sama całe 2 LATA (!!) aż zebrałam się na odwagę by zadzwonić, jednak jego telefon nie odpowiadał. Następnego dnia to samo. Zmienił numer. Poddałam się. Przez kilka kolejnych miesięcy nie widziałam go, nie miałam pojęcia co się z nim dzieje aż tu nagle - zaproszenie na portalu społecznościowym. W głębi serca zatliła się nadzieja. Zaproszenie przyjęte.
 
Prześledziłam cały jego profil - na zdjęciu profilowym miał tak samo piękny uśmiech jak ten który pozostał w mojej pamięci. Poczułam się dobrze, wiedząc że u niego wszystko dobrze. Nie odważyłam się napisać, jednak wytrwale co jakiś czas zaglądałam na jego profil i sprawdzałam co się nim dzieje. Z perspektywy czasu wiem jakie to było głupie.
Skończyłam studia i wróciłam do rodzinnego miasta, gdzie podjęłam pracę. Codziennie jadąc przejeżdżałam koło jego domu i wspominałam wspólnie spędzony czas. 

Pewnego dnia jadąc jak zwykle do pracy popsuł mi się samochód - tuż obok jego domu. Co za pech! Nie wiedząc czemu wyszłam z samochodu i tak po prostu się rozpłakałam, przeklinając w myślach to cholerne auto. W tym czasie zobaczyłam jego, stanął obok i uśmiechnął się do mnie ciepło. Zaproponował podwózkę do pracy.
Podwoził by mnie do niej do dzisiaj, ale niestety od 3 tygodni jestem na urlopie macierzyńskim.

#1qEUD

Miałam 10 lat, był piątkowy wieczór. Tego dnia bardzo się kleiłam do taty, nie chciałam go zostawić samego, jednak następnego dnia musiał wcześnie wstać, żeby jechać na delegację. Mimo to nadal chciałam się do niego przytulać, rozmawiać, czułam potrzebę bycia z nim.

Następnego dnia rano obudził mnie płacz mamy - tata zginął w drodze, razem z innymi uczestnikami delegacji.

To był pierwszy, ale nie ostatni raz kiedy miałam podobne przeczucia. Do dzisiaj się zastanawiam czy mogłam w jakiś sposób temu zapobiec.

#w98YO

Uwaga! Wyznanie może zawierać treści nieodpowiednie dla Anonimowych Singli, dlatego czytasz je na własną odpowiedzialność.

Kiedy miałam jakieś 13 - 14 lat chodziłam do szkoły w znienawidzonym przeze mnie mieście. Wcześniej pisałam wyznanie na temat tejże placówki, znieczulicy pedagogów i potwornych skutkach wydarzeń mających miejsce w mojej dawnej szkole, lecz nie zostało ono zaakceptowane. Jednak nie o tym mowa. 

Siedziałam sobie na religii i katechetka zadała nam pracę domową. Mieliśmy opisać swoją parafię czy coś w tym stylu. Ja mieszkająca na granicy miasta X i granicy miasta Y nie wiedziałam do, której z parafii się zaliczam. Katechetka nie była w stanie odpowiedzieć mi na pytanie, a rodzice nie wiedzieli, bo religijni oni nie są.
Jakieś pięć do dziesięciu minut później dowiedziałam się, że należę do parafii miasta Z (bardzo mnie to zdziwiło) o czym poinformował mnie kolega. Pamiętam też, że powiedział wtedy "Ja cię oprowadzę po tym kościele. Tylko pamiętaj : będą dwa spacery. Drugi już w sukni ślubnej i będziesz szła do ołtarza. Oczywiście ze mną." Nie brałam tego do siebie.

Jakiś czas później nasze drogi się rozeszły i na swojej drodze spotkałam Kubę. Był bardzo przystojny, inteligentny, elokwentny, romantyczny i czuły. Było nam wręcz idealnie dlatego niezmiernie ucieszyłam się z chwili gdy mi się oświadczył. Nadszedł dzień, w którym miałam poznać kogo wybrał na świadka. Ja wybierałam świadkową. Wiedziałam jedynie, że Kuba wybrał swojego brata (no cóż, ja wybrałam swoją siostrę). 

Nie uwierzycie jakie było moje zdziwienie, gdy po 11 latach ujrzałam mojego dawnego kolegę i usłyszałam jego słowa "Mówiłem, że pójdziemy na spacer po kościele!"
Oczywiście ja i Kuba jesteśmy szczęśliwym małżeństwem od 6 lat. Powiem więcej. Moja siostra (świadkowa) za pół roku bierze ślub. Zgadnijcie z kim...

Pozdrawiam wszystkich Anonimowych Singli! 😂

#dlbF7

Uczniowie trzecich klas liceum prawdopodobnie już szykują się do matury. Wiadomo jak to jest - najważniejszy egzamin w życiu, masa nauki, zaliczenie tego i tak dalej. Po latach ludzie wspominają ten czas zwykle pod kątem tego, jakie były pytania, czy były trudne... Mnie i mojej klasie niestety nie było dane mieć takich niewinnych wspomnień.

W czasie matury tak jak reszta trzecioklasistów zdawałam swoje egzaminy. Ostatnim dla mnie była biologia. Wychodząc z sali stwierdziłam, że czemu by nie zajrzeć do naszego profesora wychowawcy (był to polonista starej daty, typ dziadka, z którym można było zawsze przyjemnie porozmawiać). Spotkałam go w naszej klasie, grzebiącego w jakichś dokumentach. W klasie były również dziewczyny z mojej klasy. Miały dziwnie poważne miny, jednak stwierdziłam, że pewnie to z powodu matury. Podeszłam do pana, on zapytał się jak tam egzaminy itd. I w pewnym momencie powiedział do mnie słowa, których nigdy nie zapomnę:

- A tak w ogóle, pogrzeb Kamila jest we wtorek.

Na początku nie wiedziałam w ogóle o co chodziło. Jaki pogrzeb Kamila? Pan widząc moje zaskoczenie dodał:

- Kilka dni temu Kamil zmarł w nocy. Nie martw się, jego ciało już zostało poddane kremacji.

Żebyście nie nawrzucali na mojego profesora - on nie był nieczułym draniem i chciał pocieszyć. Niestety niezbyt mu wyszło. Wybiegłam z szkoły z łzami w oczach, a gdy brat otworzył mi drzwi, rzuciłam mu się w ramiona i ryczałam z godzinę. A później cały dzień leżałam na sofie, patrząc w sufit.

A teraz to, co mnie najbardziej zaszokowało w tym wszystkim: Kamil był naszą "gwiazdą" klasową, typem dowcipnisia. Rzucał często jakieś żarty na zajęciach, nieraz mu obrywało się za to - generalnie jednak i uczniowie, i nauczyciele go lubili. Kujonem nie był, ale miał dobre oceny. Nie sprawiał żadnych problemów wychowawczych.
Więc jak umarł? Wbrew temu, co można pomyśleć, wcale nie umarł typową "nastoletnią" śmiercią. Nie upił się i nie przywalił samochodem ojca w drzewo. Nie zaćpał się. Nie popełnił samobójstwa. Nic z tych rzeczy. Po prostu usnął jednego wieczora i rano był już martwy. Ot tak.

Następnego dnia po rozmowie z wychowawcą odbyło się spontaniczne spotkanie klasy, w której to najbliższe przyjaciółki Kamila wyjaśniły (dużo łagodniej niż wychowawca mi) co się stało. Kamil od dłuższego czasu miał problemy z sercem i albo nie wziął wtedy leków, albo stres plus leki zrobiły swoje (nie pamiętam już dokładniej czemu).
Po pogrzebie przez długi czas miałam problemy z snem i do dziś jedną z moich największych obaw jest strach, że zasnę w łóżku i nigdy nie wstanę.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że Kamil miał plany. Chciał spędzić wakacje z dziewczyną. Chciał pojechać do Warszawy studiować bezpieczeństwo wewnętrzne, jak jego ojciec. Dziś miałby już 22 lat.

Po maturze zbyt brutalnie weszłam w dorosłość.

#Sw4IC

Było to w pierwszym tygodniu ferii. Miałam urodziny 2 lutego, a wujek przejeżdżając na moją imprezę urodzinową mówi, że prezentu, który dla mnie ma po prostu nie dało się ze sobą zabrać. Zrozumiałam. Na początku myślałam, że kupił mi np. nowego laptopa, bo nie mam. Ale wszystko było inaczej. Powiedział "przyjedź do mnie w czwartek po prezent, spakuj się do poniedziałku, będziesz u mnie nocowała. Pomożesz mi przy pracy na podwórku". Zszokowało mnie, gdy w piątek budzi mnie o 5.00 rano i mówi, że jedziemy pracować. Ale trochę dalej od domu. Spakowane rzeczy kazał mi ze sobą zabrać bo "niby" jak się ubrudzę, to żeby mieć na przebranie. Najśmieszniejsze było, gdy ciocia powiedziała, żebym wzięła ze sobą szczoteczkę, bo jej młodszy synek myje szczoteczkami zabawki. Głupia jak but uwierzyłam. Akurat z tego śmieję się najbardziej.

Dobra, spakowałam nie najładniejsze ciuchy, bo przecież miałam jechać do "pracy". Nigdy nie byłam na naszym wrocławskim lotnisku, więc po dojechaniu autem na miejsce nie byłam zdziwiona. Nawet nie widziałam, co to jest za budynek, potem wujeczek się śmiał, ale ja i tak nie zczaiłam o co mu chodzi. Po zobaczeniu kuzynki z walizką coś podejrzewałam. Weszłyśmy do środka, było tam pełno ludzi z walizkami. Okazało się, że jadę do LONDYNU. Było tak:
- O hej, Klaudia, co ty tu robisz? Szkoda, że musimy pracować, co nie?
- Co ty wygadujesz? Przecież lecimy do Londynu! Wujek ci nic nie mówił?

Wszyscy o tym wiedzieli, tylko nie ja. Gdybym wiedziała, inaczej bym się spakowała na tę przygodę. Był to najśmieszniejsze co dostałam, a ten kawał będę pamiętała do końca życia. Może ja komuś w przyszłości też tak zrobię? Był to bardzo udany prezent urodzinowy :)

#cmhVq

Od małego mieszkałam z dziadkami. Kiedy musiałam wracać do "rodzinnego" domu oczywiście nie obyło się bez płaczu. Pożegnałam się z babcią, bo dziadka nie mogłam znaleźć. W raz z rodzicami pojechaliśmy na stację, ale tak los chciał, że spóźniliśmy się na pociąg. Cieszyłam się z tego, bo dręczyło mnie jakieś dziwne uczucie, że nie pożegnałam się z dziadkiem.

Wróciliśmy. Kiedy znów musieliśmy wyjeżdżać babcia powiedziała, że dziadek pojechał na mszę. Tak więc znów nie mogłam się z nim pożegnać. Wyjechałam. Pół roku później dowiedziałam się, że dziadek zmarł we śnie. A ja tak bardzo żałowałam, że nie dane mi było się z nim pożegnać, tak bardzo za nim tęskniłam. Na pogrzeb nie mogłam pojechać... Myślałam o nim cały czas jak to w żałobie.

Dziadzio musiał nade mną czuwać i dobrze wiedział, że mi go brakuje... Po jakimś czasie przyszedł do mnie we śnie, zobaczyłam go idącego podwórkiem w moją stronę, zaczął się uśmiechać a ja bez słowa tylko go przytuliłam. Chwile później obudziłam się ze łzami w oczach. Wydaje mi się, że nie mógł patrzeć na to jak cierpię z tego powodu, że nie pożegnałam się z nim. On zrobił to za mnie.

#vspmd

Na samym początku zaznaczę, że od zawsze ufam ludziom. Cała sytuacja wydarzyła się kiedy miałam może 8 lat, siedziałam w domu, postanowiłam wyjść z moim ukochanym pieskiem na dwór. Kiedy wracałam już do domu zaczepiły mnie dwie studentki (mieszkaliśmy blisko jakiejś uczelni) i zapytały czy mogą się przejść z moim pieskiem - ja oczywiście się zgodziłam.

Pokazałam im, gdzie mieszkam i spokojnie wróciłam do domu. Po pewnym czasie zaczęłam się niecierpliwić więc zdenerwowana poszłam ich szukać, ale nigdzie ich nie było. Z bezradności usiadłam na chodniku i zaczęłam płakać. Wtedy właśnie zauważył mnie patrol policji (policjant i policjantka), opowiedziałam im całą sytuacje.

Pani została żeby mnie pocieszyć, a Pan szukał porywaczek psa. Kiedy już straciłam nadzieję, zobaczyłam jak te dwie dziewczyny wracają z moją psinka, ich mina na widok policji była bezcenna.

Wszystko wyjaśniły i okazało się, że od czasu "pożyczenia" psa do ich powrotu minęło zaledwie 15 minut. Będąc dzieckiem w ogóle nie ma się poczucia czasu.

#aKevR

Pewnego pochmurnego, jesiennego poranka jak zwykle szedłem na przystanek żeby dojechać na polibudę. Wytrwale kroczę, jest, w końcu, wyczekany przystanek. Siadam wygodnie, rozglądam się, poszukując czegoś ciekawego wzrokiem. Dostrzegam kątem oka coś sympatycznego. Piękną dziewczynę. Niestety, śliczny obrazek zburzył fakt, że dziewczyna była jakaś smutna, płakała. W mojej głowie wywala błąd. Płacz u tak pięknej dziewczyny to jak błąd w kodzie. To po prostu ze sobą nie gra.

Podszedłem. Zrezygnowałem z pytania co się stało. Widać było na pierwszy rzut oka, że to coś grubszego i nie warto. Zamiast tego, z niezrozumiałych nawet dla siebie przyczyn, po prostu przytuliłem tą piękną ofiarę losu. Dziewczyna początkowo mocno zdezorientowana, ale po paru chwilach odwzajemnia gest i też się do mnie przytula. Stoimy tak z dobre 5 minut. Chwilę zapomnienia przerywa nam wyczekiwany przez nas obojga pojazd komunikacji miejskiej. Złożyło się, że akurat oboje czekaliśmy na ten sam autobus. Wsiedliśmy, usiedliśmy razem. Dziewczyna nie puściła tylko mojej ręki. Po około 15 minutach okazało się, że wysiadamy na tym samym przystanku. Dziewczyna pocałowała mnie w policzek i powiedziała dziękuje. Mnie lekko zamurowało, bo moja głowa nadal od przystanku nie skompilowała całego zdarzenia. Jakoś zapomniało mi się poprosić o numer telefonu. Stwierdziłem jednak, że może tak miało być.

30 minut później ćwiczenia z kimś nowym, podobno robi doktorat. Zajęty ostrą wymianą zdań z moim kolegą na temat najnowszej części gry, nawet nie dostrzegłem wejścia ćwiczeniowca na salę. Odwracam głowę i przeżywam lekki zawał serca. Nowym ćwiczeniowcem jest ta piękna ofiara losu z przystanku!

Happy endu ze ślubem nie ma, przynajmniej na razie, w końcu to zajęcia na 4 roku, ale nie wiedzieć czemu każde kolokwium czy zaliczenie zdaję na 5.
Trzeba przyznać, że jak na płaczliwą ofiarę losu, to skubana ma też tęgą głowę, wykładać mechanikę płynów...

#jnt8m

Ostatnio przyszedł do mnie chłopak. Wszystko super, przytulamy się, oglądamy film, milusio. Jeden problem - miałam straszne gazy. STRASZNE. Zwieracze cały czas ściśnięte, na szczęście miałam sukienkę więc nic nie widać. Do łazienki na piętrze pójść nie mogłam, bo sprawdzone, wszystko słychać.

Po paru minutach już wiem, że dłużej nie wytrzymam więc mówię: 'Idę zrobić herbatę!' (Kuchnia jest piętro niżej.) Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Staję w korytarzu i popuszczam. NIC. JAK NA ZŁOŚĆ ANI MALUTKIEGO GAZIKA. Mówię więc do Taty w kuchni:
- Boże, tak mi się pierdzieć chciało przy X, zeszłam specjalnie i nic. - I poszłam na górę. Tak, bez herbaty. Stanąwszy w drzwiach do pokoju przypomniałam sobie o niej... Zonk. Pierdnęłam. Zaczęłam się śmiać, a chłopak:
- Następnym razem nie baw się w robienie herbaty, pierdź śmiało.

To chyba wyższy level znajomości?
Dodaj anonimowe wyznanie