#dvvlX

To było kilka lat temu, podczas jednej z lekcji w gimnazjum, do którego uczęszczałem. Mieliśmy wtedy religię z katechetką, więc wyłączyłem się na chwilę, uciekając w świat marzeń i fantazji. Siedziałem w jednej z ostatnich ławek i patrząc z rozmarzeniem przez okno, popijałem sok jabłkowy. Myśląc o czerwonym ferrari, wziąłem potężny łyk soku, gdy nagle słyszę donośny głos katechetki:
- Wypluj to!
Na co ja, przestraszony wykonałem jej polecenie i niczym szlauch spryskałem siedzącą przede mną koleżankę. Klasa w jednym momencie ucichła, wszyscy wzrok na mnie, a ja niczym pies ze wścieklizną i śliną toczącą się z ust, wlepiłem wzrok w przerażoną katechetkę, a koleżanka, którą oplułem, zaczęła zwijać się w takich konwulsjach, jakbym co najmniej wbił jej nóż w plecy. Spojrzała na mnie wzrokiem dziewczynki z popularnego ostatnio mema, po czym przerwała pogrzebową ciszę zwrotem:
- Po*bało cię?

Skończyło się na tym, że klasa udusiła się ze śmiechu, katechetka wstawiła mi uwagę, za picie napoju w trakcie lekcji, a koleżance za używanie wulgaryzmów. W akcie przeprosin oddałem jej swoją bluzę, żeby nie było widać żółtawych plam po soku jabłkowym na jej białej bluzce.

Gdy kilka minut później zadzwonił dzwonek, nadal czerwony jak burak wyszedłem z klasy z kolegami, którzy nie powstrzymując się od śmiechu wytłumaczyli mi, że katechetka krzycząc "wypluj to!" zwracała się do jednego z nich, który zapytał się jej, co by było gdyby ktoś podpalił szkołę. Do końca gimnazjum żartowali, że w razie pożaru Paweł (czyli ja) ugasiłby ogień opluwając całą szkołę sokiem jabłkowym.

PS. Koleżanka oddała mi bluzę i nie, nie jesteśmy razem ;)

#XC83p

Niedawno pojawiło się tu wyznanie dziewczyny, która pomogła cukrzykowi na przystanku. Nie wiem, czy dotarło na główną, ja przeczytałam je w poczekalni. I chociaż pod wyznaniem wypowiedziało się kilka osób obeznanych z tematem, większość komentarzy brzmiała: brawo! Świetnie zrobiłaś! - co sugeruje, że te kilka osób mogło komentarzy nie przeczytać, zapamiętać postawę z wyznania jako wzorcową i tak się zachowywać.

O co chodzi? Autorka wyznania spotkała na przystanku słaniającego się pana z opaską cukrzyka na ręku. Nie oceniam prawdziwości wyznania (chociaż cukrzyk nie nosiłby opaski z napisem "podaj mi insulinę", dlaczego - niżej), ale myślę, że bardzo ważne jest wypunktowanie kilku rzeczy, żeby kogoś z dobrych chęci po prostu nie zabić:

1. Nie ma dwóch rodzajów cukrzycy: "hipoglikemicznej" i "hiperglikemicznej". Typów jest kilka, w tym dwa główne: I i II. I to w skrócie brak wytwarzania insuliny przez organizm, II - oporność tkanek na insulinę. W obu to typach zdarza się hipo- i hiperglikemia, zależnie od tego, czy cukrzyca jest rozpoznana i jak dobrze jest leczona, jak ktoś przestrzega dawek, czy nie wziął najpierw insuliny, a potem zapomniał zjeść...
2. Jeżeli widzisz cukrzyka, który mdleje, znacznie bardziej prawdopodobna jest hipoglikemia. Dlatego jeśli już coś robić bez możliwości porozmawiania z samym cukrzykiem, bo nie wie co się dzieje dookoła, to dać do picia colę albo rozpuszczoną glukozę, o ile jest dostępna. Jak napisał ktoś w komentarzu pod tamtym wyznaniem, to go nie zabije, jeśli ma hiperglikemię, a jeśli hipo - to podanie insuliny z dużym prawdopodobieństwem może zabić
3. NAJPIERW wzywamy pomoc, jeśli wiemy, że dzieje się coś poważnego, a potem zaczynamy działać sami.
4. Człowiek bez odpowiednich uprawnień NIE MOŻE podać komuś leków. Takiej "dupereli" jak insulina również, uzasadnienie powyżej. Jeśli ratowany zginie, bardzo słusznie zostanie się oskarżonym o nieumyślne spowodowanie śmierci.

Dlaczego to piszę, chociaż wyznanie to z pewnością nie jest? Mój dziadek jest diabetykiem i bardzo bym nie chciała, żeby ktoś go kiedyś we wspomniany w wyznaniu sposób "ratował".

Że autorka tamtego wyznania w ogóle zareagowała - chwali się.

#oyOTf

Mój tata od dawna ma problemy ze wzrokiem. Często kupował najmocniejsze "sklepowe" okulary, jakie tylko mógł znaleźć, ale i tak były one za słabe. Nigdy nie słyszałam jak narzeka, że słabo widzi i potrzebuje czegoś lepszego. Wielokrotnie namawiałam go, by poszedł do okulisty, ale on zawsze mówił, że nie ma czasu i dobrze mu z tymi okularami, które ma.

Kilka dni temu udało mi się go nareszcie namówić na wizytę. Badanie trwało długo, bo wada była spora i tata był u okulisty pierwszy raz od ok. 15 lat. Po wyjściu powiedział tylko, że fajnie, że będzie miał nowe okulary. Nic więcej. Zero jakiegokolwiek entuzjazmu. No ale pomyślałam, że to może być spowodowane jego zmęczeniem po pracy.

Dzisiaj byliśmy odebrać nasze okulary (też sobie sprawiłam :)). Weszliśmy, przymierzyliśmy okulary, zapłaciliśmy (a właściwie w większości zapłacił tata) i wyszliśmy. Od tego momentu widziałam tatę pierwszy raz od dawna w okularach. Przy okazji udaliśmy się do sklepu, bo tata strasznie nalegał. Nie rozumiałam po co, no ale nie sprzeczałam się. Później wszystko stało się jasne. Mój tata był tak szczęśliwy, że nareszcie widzi wyraźnie, że zaczął mi czytać wszystkie ceny i skład produktów. Cały czas mówił, że sprawdzi ile to kosztuje, chociaż dobrze wiedział, bo nie pierwszy raz to kupował. Po wyjściu jeszcze długo mówił jakie piękne kwiatki rosną komuś w ogrodzie i jakie ktoś ma rejestracje w aucie.

Moment, w którym słyszałam to wszystko co mówił mój tata, kiedy widziałam jego uśmiech i radość... Nie do opisania. Widok i uczucie zdecydowanie lepsze, niż wygranie w totka :)

#PoOrM

Od zawsze uwielbiałam zwierzaki - nieważne, czy to piesek, kotek, krówka, kura czy pająk.

Miałam jakieś 5 lat. Bawiłam się w najlepsze na podwórku, kiedy zaczęło kropić. Krople były coraz większe, więc mama kazała mi iść do domu... Kiedy już miałam wejść na chodnik, moją uwagę przykuła mała gąsienica pełzająca po trawie. Miałabym ją tak zostawić, tak na deszczu? Przecież mogła się przeziębić!

Zerwałam więc szczypiorek rosnący obok, oderwałam jego czubek, tworząc coś w rodzaju rury... Idealny domek dla gąsieniczki, będzie mogła w spokoju przeczekać tam deszcz! Niestety, robak nie chciał tam wejść, a coraz bardziej zdenerwowana mama wołała mnie do domu.

Postanowiłam pomóc gąsienicy wleźć do środka - chwyciłam cienki patyk i wepchnęłam ją do szczypiorku. Szczypiorek był już suchy, więc "na szczęście" podczas całej operacji się nie połamał... Problem w tym, że był za cienki (albo robal za gruby) i gąsienica się rozciapkała...
Stałam się morderczynią. Uciekłam do domu, bo bałam się, że przyjedzie policja. Nikomu o tym nie powiedziałam, do czasu...

Sobota przed Pierwszą Komunią. Wiadomo - pierwsza spowiedź.
Przyszła moja kolej. Podchodzę do konfesjonału, zaczynam wymieniać moje straszliwe grzechy... I w końcu, pośród "nie słuchałam się rodziców", "nie chciałam iść do kościółka" itd., pojawiło się "wcisnęłam gąsienicę do szczypiorku".
Chciałabym zobaczyć minę księdza :P

#RCbKa

Zdarzenie, o którym chcę opowiedzieć, miało miejsce parę dni temu.

Jestem w ostatniej klasie gimnazjum, wraz z przyjaciółką *na potrzeby historii nazwijmy ją X* w połowie dnia stwierdziłyśmy, że nie chce nam się już siedzieć w szkole; wiadomo, kwiecień, coraz cieplej, to i dzieciaki się rozleniwiają.
Zastanawiałyśmy się, gdzie by się skierować, wybór ostatecznie padł na jedną z popularniejszych sieci fast foodowych w centrum miasta, więc od szkoły miałyśmy ładny kawałeczek.

Załadowałyśmy się na tylne siedzenia w autobusie, naprzeciwko siebie i tak sobie pewien czas jechałyśmy, rozmawiając. W pewnym momencie wsiadł pewien mężczyzna, nie zwróciłyśmy na niego zbytniej uwagi, za bardzo pochłonięte rozmową, jednak, kiedy usiadł obok X, rzuciłam mu ukradkowe spojrzenie. Wyglądał przeciętnie, jak 346326 innych mężczyzn - średni wiek, łysa głowa, okulary oraz skórzana teczka.
Po szybkim zlustrowaniu osobnika, wróciłam do rozmowy z X. Po jakimś czasie, kątem oka zauważyłam, że ów mężczyzna spogląda to na mnie, to na X, nie dość, że nachalnie, to jeszcze w ogóle się z tym nie krył.
Poirytowana jego zachowaniem, odwróciłam głowę w jego stronę, żeby mu zwrócić uwagę i... osłupiałam. Facet bezczelnie, w miejscu publicznym, zasłaniając się z jednej strony, niestety nie z tej mojej, ww. teczką, po prostu walił konia do dwóch szesnastolatek. W MIEJSCU PUBLICZNYM.
Zaczęłam dyskretnie kopać X po nodze, żeby zobaczyła, co tu się właśnie dzieje. Jak tylko połapała się w sytuacji, wzięła swoje rzeczy i przesiadła się do dalszej części autobusu, momentalnie poleciałam za nią. Typ wciąż na nas patrzył przeszywającym wzrokiem z końca autobusu, a czynności, której się oddawał bynajmniej nie zaprzestał. Wysiadłyśmy na najbliższym przystanku, a on za nami! Szybkim krokiem weszłyśmy w tłum ludzi i oddaliłyśmy się. X miała już łzy w oczach.


Po dłuższym przemyśleniu tego zdarzenia, zastanawiam się, czemu nie poszłyśmy z tym do kierowcy, albo chociaż jakiegoś dorosłego, który jechał z nami. Wydaje mi się jednak, że byłyśmy za bardzo roztrzęsione tym, co się chwilę wcześniej wydarzyło, żeby myśleć racjonalnie.


Czas przerzucić się na rower.

#TbdFB

Niedawno przeczytałam na Anonimowych historię o urodzinach i niezbyt mądrym pomyśle podrzucania solenizantki na krześle pod wiatrakiem...
Przypomniały mi się moje 18 urodziny...

Po "pasowaniu" zostałam z siniakami na tyłku na ponad miesiąc, a podrzucanie skończyło się dwoma pękniętymi żebrami. Na koniec weszłam na stłuczony kieliszek bosą stopą.
Mimo wszystko imprezę zaliczam do udanych. Na pewno nie zapomnę jej do końca życia!

#XNu6r

Na początku chcę zaznaczyć, że mój tata jest agentem ubezpieczeniowym i przyjmuje swoich klientów w domu. Sytuacja miała miejsce w kwietniu tego roku. Jako że jestem w klasie maturalnej i im bliżej do maja, tym więcej jest nauki, toteż po kolejnym intensywnym dniu w niezbyt dobrym humorze wróciłam do domu.

Pierwsze co zrobiłam poszłam szybko do pokoju, zdjęłam ciuchy i biegiem do toalety na "grubszą robotę". Tak więc w samej bieliźnie sprintem kieruję się do toalety, a za moimi plecami słyszę głos taty, który prosi mnie, żebym wyłączyła ziemniaki.

Lekko zirytowana, że dopiero co wróciłam do domu, a ktoś znowu ode mnie coś chce, stanęłam na korytarzu i donośnym głosem krzyknęłam: "Czy nawet we własnym domu nie mogę się w spokoju wysrać?!". I w tym momencie ujrzałam, że mój tata ma... klientkę. Od razu zrobiłam się cała czerwona i nawet nie powiedziałam "przepraszam", tylko zawróciłam i poszłam do ubłaganej toalety... Sama nie wiem co w tej sytuacji było gorsze. Moja prawie nagość czy wykrzyczana prośba załatwienia swojej pilnej potrzeby. Od tego momentu gdy przekraczam próg domu sprawdzam 3 razy, czy ktoś jest.

#rHlHt

Na wstępie chciałbym się przyznać do bycia Potterhead :) Jest to dość kluczowe dla dalszej części historii.

Moi znajomi nie rozumieją mojej "niezdrowej" (ich zdaniem) fascynacji dziełami pani Rowling, ale na szczęście udało mi się znaleźć chłopaka, który podziela moje zainteresowanie. Przechodząc do sedna.
W czwartek wpadł do mnie chłopak i zrobiliśmy sobie maraton wszystkich części Harry'ego. W piątek szliśmy na imprezę. I tutaj zaczyna się część, którą znam tylko z opowiadań mojego taty.

Najwyraźniej poniósł mnie melanż i chcąc wejść cicho do domu, obudziłam wszystkich. Na dół (mieszkam w piętrowym domu) pierwsza zeszła mama, chcąc zobaczyć co się dzieje. Okazało się, że ja kompletnie pijana próbuję zdjąć jedną z moich błękitnych szpilek z marnym skutkiem. Podobno gdy ją zobaczyłam powiedziałam do niej: "Wiem, że już po ciszy nocnej, profesor Mcgonagall, ale miałam szlaban u profesora Snape'a". Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jakim cudem to powiedziałam, ale musi to być prawda, skoro mama cały dzisiejszy dzień się do mnie nie odzywała (jest obrażona za nazwanie jej starą) i podobno po tym tekście zostawiła mnie samą ze śmiejącym się tatą, którego przy okazji nazwałam Snape'em, kiedy pomagał mi wchodzić po schodach do mojego "dormitorium"...

Nie jestem jakaś psychofanką i nie czekam na list z Hogwartu, ale najwyraźniej mój mózg uważa inaczej ;) A jako że moja przyjaciółka jest za granicą na Erasmusie, wy, drodzy Anonimowi, dowiadujecie się o tym pierwsi ;)
Pozdrawiam wszystkich Potterhead! :D

#1c1c6

Dzisiaj odebrałam prawo jazdy.
Namówiłam mamę, żeby dała mi poprowadzić swój samochód (automat, nigdy wcześniej nie jeździłam).
Parkując pod domem zestresowałam się, gdy krzyknęła i pomyliłam pedały... Uderzyłam w moje auto. Jeszcze nie wiem jak powiedzieć tacie, że zmasakrowałam dwa samochody, ale mechanik mówi, że się wyklepie. Morze łez już wylane.
Dodaj anonimowe wyznanie