Gdy byłam w podstawówce, zostaliśmy podzieleni na dziewczyny i chłopaków i był konkurs: czyja rzeżucha szybciej urośnie, ta drużyna miała mieć piątkę na koniec roku z przyrody.
Koleżanka przyniosła ''kreta'', rozpuściłyśmy go w wodzie i podlałyśmy rzeżuchę chłopaków. Nie mieli szans na piątkę :-)
Dzisiaj w pracy zawitało trzech panów na spotkanie z szefem. Niestety jedna z naszych recepcjonistek zachorowała, więc musiałam zostać na recepcji przez 15 minut, żeby druga dziewczyna poszła po kawę, do toalety itd. Zawitało trzech panów, jeden z nich bardzo niemiły. Wiedziałam o spotkaniu, bo ja je zorganizowałam i miałam w nim uczestniczyć. Pracuję jako asystentka prezesa.
Zaprosiłam ich do pokoju, zaproponowałam kawę, wodę, herbatę. Niestety nie przedstawiałam się i nie wiedzieli, że ja też będę uczestniczyć w spotkaniu, a że podałam napoje, to mogli myśleć inaczej. Poinformowałam szefa, że jego spotkanie się zaczyna, ale niestety był przy telefonie i kazał mi ich zająć. Gadka szmatka, kiedy szef wszedł do pokoju, jeden z nich powiedział, że... w końcu ktoś inteligentniejszy przyszedł. Nie wiem o co chodziło, bo nie rozmawialiśmy o niczym bardzo ważnym, więc nie miałam okazji pochwalić się wiedzą (studiuję prawo ekonomiczne, dodam, że większość mojego życia mieszkam za granicą).
Szef trochę się zmieszał, mnie się bardzo głupio zrobiło, zanim szef usiadł, powiedział, że to ja będę prowadzić dzisiejsze spotkanie, bo to moja zasługa, że mają szansę się z nami spotkać, dodał też, że jeśli mają jakiekolwiek pytania, to jestem "geniuszem" i będę w stanie na nie odpowiedzieć.
Mina panów - bezcenna.
Mam 23 lata, ważę około 48 kg (więc jestem bardzo małej budowy), lubię o siebie zadbać, makijaż itp. Wydaje mi się, że źle mnie ocenili po wyglądzie.
Spotkanie poszło w porządku, ale szef nie chce się z nimi kontaktować nigdy więcej. Powiedział, że nie będzie robił z nimi interesów, jak mają jego pracowników tak traktować. Ja nic na ten temat nie powiedziałam, nawet pomyślałam, że szef trochę przesadził ze swoją reakcją. No ale cóż. Nie ocenia się książki po okładce.
Rzecz ta miała miejsce parę dni temu. (Imiona na potrzeby historii zostały zmienione).
Jak to w maturalnej klasie, niektórzy nauczyciele pozwalają maturzystom uczyć się na ich lekcjach do tych przedmiotów, które zdają. I tak oto odbywała się lekcja WOS-u, na której nikt nie wykazywał absolutnie żadnego zainteresowania. Pani Basia włączyła film na rzutniku, aby stworzyć jakieś pozory lekcji, a sama zajęła się czymś w komputerze. Nieświadoma niczego kobieta skorzystała z bramki SMS-owej, z której wypłynęła taka oto treść "Wpadnę do ciebie po pracy Bartusiu, poświntuszymy". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że obraz z jej niecnego postępku wyświetlał się na rzutniku na oczach całej klasy.
Jedyne co nas zastanawiało, to czy mąż pani Basi ma na imię Bartek. A jej "świntuszenie" odbijało się w szkolnych korytarzach echem jeszcze parę dni :)
Do wczoraj miałam króliczka. Miałam.
Po rozstaniu z chłopakiem został mi tylko on. Budził mnie szarpiąc za włosy, wskakiwał na kolana. Wczoraj, korzystając z piękniej pogody zabrałam go na spacer do pobliskiego parku. Wszystko było pięknie, dopóki nie podbiegł do nas jakiś menel i po prostu go zadeptał.
Właśnie wyszłam z komisariatu, jestem oskarżona o pobicie z uszczerbkiem na zdrowiu. Ale równie dobrze mógł i mnie w tamtym parku zabić. Mój mały przyjaciel nie żyje, straciłam już wszystko.
Od roku pracuję w ośrodku, w którym przebywają chorzy, starzy ludzie. Dziś byłam świadkiem najpiękniejszego dowodu miłości.
Jeden z naszych pensjonariuszy po obiedzie zniknął. Zgłosiłam to do kierownika. Szukaliśmy go po całym ośrodku i nic, nie ma go. Minęły 3 godziny, w tym czasie szukaliśmy go nawet w okolicach ośrodka. Nasze poszukiwania były bez sensu. Nagle zadzwonił telefon kierownika i okazało się, że nasza zguba jest w ośrodku, gdzie znajduje się jego żona. Warto dodać, że te dwa ośrodki dzieli 50 km.
Wraz z kierownikiem pojechaliśmy po niego. Siedział przy łóżku swojej żony, która jest chora na raka. Delikatnie całował jej dłonie i mówił do niej. Kobieta ledwo żyła. Po powrocie do naszego ośrodka zapytałam naszego pensjonariusza, jak on się tam znalazł. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział: "Bo wie pani, miłości nic nie jest w stanie rozłączyć, nawet te kilometry".
Cudownie było zobaczyć ten obraz miłości.
Przychodzi ksiądz na kolędę. Modlitwa, rozmowy, ogólnie miła atmosfera :) Po wszystkim ksiądz się zbiera i przy wyjściu dostrzegł cichą, nie odzywającą się mnie, głaszcze mnie po głowie i rzecze:
- A ty, dziecko, do której klasy chodzisz?
- Yyy... jestem na drugim roku studiów, proszę księdza.
Ksiądz cofnął rękę jak poparzony i odparł:
- Ooo! To już prawdziwa kobieta!
Reszta familii nie wytrzymała i gruchnęli śmiechem.
1,5 metra człowieczka może zmylić :)
Październik, rok 1997. Do szpitala trafia 20-letnia ciężarna kobieta, której dziecku nie śpieszyło się na świat, 12 dni po terminie już jest. Lekarze robią badania, dają leki na wywołanie skurczy i na porodówkę, bo dziecko jest źle ułożone - ułożenie twarzyczkowe.
Zaczyna się akcja porodowa, kobieta rodzi siłami natury, ponieważ lekarze nie pomyśleli nad tym, by zrobić cesarkę. Wszystko trwa długie godziny, kobieta ma już coraz mniej sił. Zaczyna opadać z sił i przestawać przeć. Słyszy kawałek rozmowy, gdy lekarze rozmawiają się ze sobą i zdanie "Którą ratujemy? Jedna musi umrzeć". Kobieta w myślach modli się, by ratowali jej dziecko, przecież będzie miał się kto nim zaopiekować. Potem czuje jak lekarz naciska na jej brzuch, by dosłownie wypchać dziecko, a ona widzi biały tunel, jasność, do której idzie i piękną łąkę. Tylko ktoś nie pozwala jej tam iść, wypycha ją, mówiąc, że to jeszcze nie jej czas.
Dziecko rodzi się, dostaje 5 punktów w skali Apgar, trafia do inkubatora. Kobieta po odzyskaniu przytomności trafia na sale poporodową i usypia. Ale nie na długo. W nocy budzi ją pani doktor z informacją, że nie wiadomo, czy dziecko przeżyje dobę i czy ma wybrane imię, bo pielęgniarki chcą ochrzcić dziecko. Kobieta podaje imię i zaczyna płakać, tej nocy już nie uśnie.
Dziecko przeżyło tę noc, a nawet i kolejną . Potem były diagnozy, że dziewczynka zacznie chodzić dopiero w wieku 5 lat, a pierwsze słowa może zacząć wymawiać ok. 3 roku życia. Miała też być opóźniona w rozwoju o 2 lata od rówieśników.
Mała pierwsze słowo wypowiada jak ma 1,5 roku. Gdy ma 2 latka, stawia pierwsze kroki. Potem szkoła podstawowa, uczy się dobrze, w niczym nie dostaje od rówieśników, ale i tak życie daje jej w kość, choć ona się nie poddaje. Potem gimnazjum - nauka idzie jej OK, nie odstaje od rówieśników. A teraz chodzi do 3 klasy technikum, a wiedzą, mimo nieprzesiadywania nad książkami, może przebić niejednego. Od małego walczy, dzięki czemu jest silna.
Cześć, tu JA, ta dziewczynka, która miała nie przeżyć najpierw porodu, a potem doby :)
Od 2 tygodni się odchudzam, mam kilka zbędnych kilogramów, toteż trzeba było się za siebie wziąć - dieta, ćwiczenia i takie tam.
Założyłam dzisiaj rano czarne spodnie, jednak jakoś dziwnie się układały, były to tu, to tam za luźne. Pierwsza myśl: PEWNIE SCHUDŁAM! Tak, przecież wczoraj byłam na siłowni, niemożliwe, schudłam aż jeden rozmiar, a więc dieta i zdrowy styl życia się opłacają!
Wróciłam przed chwilą do domu.
Nie, nie schudłam.
To były spodnie mojej mamy sprzed kilku lat, kiedy to w ciąży się roztyła.
Nadal jestem gruba :(
Mając 19 lat uwielbiałam imprezować, korzystałam z życia na maxa. Byłam żywą i energiczną osobą. Miałam wielu przyjaciół. Przechodząc do sedna. Po maturze razem z przyjaciółmi wybraliśmy się na tygodniowy wyjazd, żeby się zabawić i odpocząć po wielu romantycznych nocach spędzonych z matematyką. Podczas jednej z imprez poznałam Tomka, który swoją urodą przyciągał wiele dziewczyn. Z małymi wyjątkami, do których ja się zaliczałam. Pierwsze co o nim pomyślałam to "typowy cwaniak". Mieszkał od nas 60 km. Spotykaliśmy się dosyć często, jeździliśmy na wspólne wyjazdy.
Coraz więcej czasu spędzałam w jego towarzystwie, zdałam sobie sprawę, że jestem w nim po uszy zakochana. Jak się później okazało, on także. Byłam typem osoby, która nie angażowała się w żadna związki, nie lubiłam zobowiązań. Ale spróbowałam. Było cudownie. Troszczył się o mnie, wspierał, jednym słowem - ideał. Po 4 latach związku nastał okres, że miałam nudności i co jakiś czas wymiotowałam. CIĄŻA - pomyślałam. Bardzo się ucieszyłam. Poszłam zrobić badania.
Jednak lekarz postawił inną diagnozę. Miałam guza mózgu. Minął spory czas, zanim przyswoiłam do siebie tę informację i zebrałam się, aby powiedzieć o fakcie chłopakowi, przyjaciołom i rodzinie. Chłopak nie mógł się z tym pogodzić, przyjaciele, ci "prawdziwi", wraz z rodziną mnie wspierali. Z dnia na dzień byłam coraz słabsza. Podjęłam się leczenia. Pewnego dnia mój cudowny chłopak oświadczył mi, że nie możemy być już razem. Jestem innym człowiekiem. Wyglądam inaczej. Nie zasługuję na miano jego "żony". On chce się nadal bawić, a ja już nie mam predyspozycji do tego. Ot! Cała prawda wyszła na jaw.
W moim życiu musiał nastąpić przełom, aby zrozumieć kto należy do "prawdziwych" przyjaciół. Bardzo ciężko to zniosłam. Nie mogłam się pogodzić z tą sytuacją. Ale dziękuję rodzinie, że była i jest przy mnie. Po powrocie do zdrowia (wraz z wyglądem) przyszedł Tomek i powiedział, że chce zacząć od nowa razem ze mną. Wyśmiałam go i to ja mu oświadczyłam, że zaczynam całe moje życie od nowa i bardziej będę przykładała uwagę na to z kim się wiążę. Odszedł w niepamięć.
Teraz mam 34 lata, dwójkę kochających dzieci, cudownego męża Piotra i jestem w pełni zdrową, szczęśliwą kobietą.
Od niedawna biegam, próbując ze słonia stać się gazelą, coby nie wypaść źle na weselu siostry.
Jak każdy biegacz mam pewną swoją ulubioną trasę, znaczy miałam do dzisiaj, ot, taka dróżka przez osiedle. Mieszkańcy ogółem 60+, no ale przywykli do intruza tuptającego co dzień pod oknami i nawet czasem odpowiadają na moje zdechłe dzień dobry :)
Niestety, spośród całkiem miłych babć i dziadziusiów, dziś natrafiłam na typowego Janusza, który przy swojej bramce strzygł żywopłot. Na moje powitanie odwrócił się, a jego pies zaczął ujadać przez zamkniętą bramkę. Nie przejęłabym się tym, gdyby nie to, że kilka sekund później Janusz otworzył ją i wypuścił bestię prosto na mnie...
Dostałam takiego speeda, że o mało nie spaliłam gumy w moich adasiach. Na szczęście po blisko kilometrze psina się zmęczyła i odpuściła, a ja zawdzięczam Januszowi mój pierwszy trening interwałowy.
Mimo wszystko nie polecam. Chyba czas szukać ścieżek na odludziu.
Dodaj anonimowe wyznanie