#0lW2o

Możecie mi nie wierzyć i nie winię was za to sam bym sobie nie uwierzył.

Akcja dzieje się ok. 13 lat temu w małej wsi. Pochodzę z patologicznej rodziny, więc większość czasu spędzam poza domem bawiąc się z kolegami. Tego feralnego popołudnia bawiliśmy się na łąkach przy rzece. Jeden z moich kolegów stwierdził, że zrobi "pułapkę" koło rzeki i ruszył w jej kierunku. My bawiąc się dalej spostrzegliśmy po chwili jak ucieka znad rzeki jakby go sam diabeł gonił. Krzyczał coś o "czymś chodzącym koło rzeki". Oczywiście olaliśmy kolegę i poszliśmy sprawdzić, ale po "czymś" nie było śladu.

Bawiliśmy się dalej, ale gdy złapał nas wieczór, stwierdziliśmy, że to koniec i rozeszliśmy się. Nasze domy oddzielał wał, a ja jako jedyny mieszkałem po jednej stronie wału, reszta kolegów zaś po drugiej. Wracając sam po łąkach, nosząc plastikowe miecze w dłoniach zauważyłem, że przede mną po prawej stronie trawa ugina się i coś wychodzi na drogę. Przestraszyłem się, ale szczyt strachu nastąpił gdy coś wyłoniło się z wysokiej trawy. Niewiele wyższa postać od 11-letniego dzieciaka zaszła mi drogę. Duże bursztynowe oczy, wypustki na głowie, palce cztery z czego "kciuk" zaczynał się na wysokości naszego nadgarstka. Byłem przerażony, a to coś chyba nie zdawało sobie początkowo sprawy z mojej obecności. Po chwili nasz wzrok się spotkał, a ja posikałem się w majtki. To coś popatrzyło na mnie. Staliśmy tak chwilę bez ruchu, po czym wyciągnęło swoją "dłoń" w moja stronę i odsunęło się z drogi. Ruszyłem biegiem i bez odwracania się za siebie.

Dopadłem do domu. Mamy nie było, kręciła się po ogrodzie, ojciec pijany spał w domu. Szybko rozebrałem się, rzeczy rzuciłem w kąt i przebrałem się w czyste ciuchy.
Od tamtej pory dręczyły mnie koszmary o dziwnych postaciach, "modlitwach", wynoszeniu z domu, również lunatykowałem. próbując za wszelką cenę opuścić dom wyrywając się mojemu bratu i matce z rąk, po czym popadałem w histerię i płacz. Ale to nie wszystko.

Na początku nie wiązałem tego z tamtym wydarzeniem, ale teraz gdy jestem już starszy myślę, że to nie przypadek. Krótko po wszystkim robiłem furorę w szkole. Gdy ktoś dał mi telefon do ręki, ten momentalnie tracił sygnał. Utrzymywało się to przez jakieś pół roku.

Mój kolega zaś zmienił się nie do poznania. Gadał od rzeczy, pewnego razu grając w piłkę uciekł nam. Gdy go znaleźliśmy, kazał trzymać się z dala od siebie, a gdy prowadziliśmy go do domu, wyrywał się, krzycząc, że nas pozabija... Ciężko było nam utrzymać kontakt. Od jego mamy dowiedzieliśmy się też, że w nocy uciekał przez okno i biegł na łąki, szarpiąc i gryząc każdego, kto stawał mu na drodze. Po pewnym czasie wszystko chyba u niego ustało.
U mnie niestety nie. Nadal miewam koszmary i śpię z lampką... to wszystko tak ogólnie, bo było jeszcze kilka "zdarzeń", ale uderzam w limit znaków.

#G23uR

Stoję sobie pod mapą metra w Paryżu. Podchodzi do mnie jakiś gość i coś tam szwargoce po francusku. A ja ni w ząb tego języka nie rozkminiam. Na wszelki wypadek wyuczyłem się jak ta małpa jednego zdania po francusku, które po polsku brzmi: "Przepraszam, nie rozumiem po francusku". Tak fonetycznie ogarnąłem i tyle.

Pan odszedł kilka kroków - zauważyłem, że podszedł do swoich kilku kolegów i tak do nich rzecze:
- Ku...wa, w Paryżu się nie mogę po francusku dogadać!

Już się nie przyznawałem, że akurat ten język mam opanowany...

#vkfF4

Jakiś rok temu moja przyrodnia siostra postanowiła się usamodzielnić. Jako że dziewczę skończyło 20 lat, rozpoczęło studia oraz miało chłopaka, pomysł wyfrunięcia z rodzinnego domu wydał mi się ze wszech miar słuszny. Nie byliśmy zbyt związani, jako że moja siostra jest ode mnie sporo młodsza i wychowywaliśmy się osobno (kiedy ona się urodziła, ja już byłem pełnoletni i nie mieszkałem z rodzicami), ale zawsze starałem się utrzymywać kontakt.

Zaoferowałem się, że wynajmę jej moje stare mieszkanie, wyremontowane i wychuchane przez moją dziewczynę. Szczególną jej dumą były prześlicznie odnowione meble: fotele z lat 60-tych, loftowe lampy, rzeczy wygrzebane gdzieś w necie na stronach, o których nie miałem pojęcia, że istnieją. To mieszkanie było jej pasją, w którą zainwestowała masę serca i swoje ciężko zarobione pieniądze, a że ma świetny gust, wszystko wyglądało naprawdę uroczo, jak z czasopisma. Taki styl loftowo-skandynawski z nutką retro.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ parę dni temu wybuchła afera. Moja siostra wyleciała ze studiów, a jej chłopak stracił pracę - w związku z czym postanowili się wyprowadzić (ona wraca do mamy, on tymczasowo ma mieszkać u kumpla). Postanowiliśmy wpaść do mieszkania, żeby dograć szczegóły przeprowadzki i dowiedzieć się, czy można jakoś pomóc, sytuacja bowiem daleka jest od ideału. Co istotne, wcześniej nie mieliśmy możliwości odwiedzin, mieszkamy dość daleko. Moja siostra w sumie też nie kwapiła się z zaproszeniem nas, ja zaś wyszedłem z założenia, że skoro młodzi wywiązują się z umowy, tj. płacą rachunki - nie będziemy się narzucać. Tak więc parę dni temu wpadliśmy z wizytą.

Od progu doznałem szoku. Wszędzie walały się hałdy śmieci. Jakieś worki z podejrzaną zawartością, która wyciekała na płytki. Niegdyś białe ściany "udekorowane" malowidłami w stylu graffiti - uświnione paluchami oraz innym syfem. W kuchni stosy niemytych zapleśniałych garów pod sufit, lodówka żyjąca własnym życiem. Mebli nie było widać spod stosów przeróżnych butelek, talerzy, słoików z kiepami i innego badziewia. W całym mieszkaniu przerażająco śmierdziało. Dopiero w salonie odkryliśmy źródło aromatu - klatkę ze szczurem ustawioną centralnie na pieczołowicie odnowionej komodzie, a pod nią hałdę zużytych trocin.

Normalnie skamieniałem. Moja dziewczyna na ten widok po prostu się rozpłakała i wybiegła na ulicę. Po chwili dostrzegłem braki w umeblowaniu - okazało się, że moja siostrzyczka wywaliła większość tapicerowanych mebli do piwnicy! Bez żadnego zabezpieczenia... Brak mi słów i do tej pory jestem w szoku, jak można tak postępować? Jak można tak nie szanować czyjejś pracy i własności? I jak, na litość boską, można mieszkać w takim chlewie!!?? I to dziewczyna...

#XCrEN

Pracuję w sieciowym sklepie odzieżowym. Oczywistym jest, że trafiają się naprawdę przeróżni klienci. Jedni są mili i kulturalni, niektórzy są gburowaci (albo mają akurat zły dzień), a jeszcze inni są zabawni, a przynajmniej starają się być...

A więc pewnego dnia w pracy, dzień jak co dzień, stoję przy kasie i kasuję klientów. Ruch był niemiłosierny, okres promocji i rabatów, kolejka ciągnie się w nieskończoność, wszystkie kasy otwarte, a końca nie widać.. W końcu do mojej kasy podchodzi para.
Dziewczyna o figurze modelki - wyeksponowane co trzeba, czarne włosy, intensywny makijaż, opalenizna... i jej chłopak wysoki, umięśniony, lekko przypalony brazylijskim słońcem (albo lampą UV). Położyli na ladzie rzeczy do skasowania (istotne jest, że w większości były to rzeczy dla w/w pani). Po skończeniu kasowania przyjęłam płatność (był to naprawdę spory rachunek). Chłopak wyjął kartę płatniczą, zapłacił, po czym odwrócił się do swojej dziewczyny i powiedział: "Kochanie, to naprawdę SPORY rachunek. Myślę, że należy mi się za to naprawdę SPORY lodzik, HE HE HE". Dziewczyna w przeciągu chwili zmieniła kolor brazylijskiej opalenizny na czerwień albo nawet purpurę.
Oczy wszystkich klientów i kasjerów skierowały się w ich kierunku, ja stałam jak wmurowana, a co na to dziewczyna? Z uśmiechem od ucha do ucha odpowiedziała:
"Oczywiście kochanie, ale bardzo ciężko jest zrobić COŚ Z NICZEGO, więc może po prostu pójdziemy na gałkowe do kawiarni?"
Klienci nie byli w stanie powstrzymać śmiechu, a dobrze zbudowany chłopak w mgnieniu oka stał się małą, skrzywdzoną, szarą myszką i czym prędzej opuścił sklep.

A więc, ku przestrodze, lepiej przemyśleć wcześniej, czy warto mówić o swoich pragnieniach w miejscu publicznym.

#HZnAU

Było kilka wyznań z serii 'creepy', więc dodam i swoją. Miała ona miejsce rok temu. Dla mnie ma ona jakiś głębszy sens, jednak rozumiem, że niektórzy nie wierzą w takie sprawy :)
Mieszkam z babcią (94 l.), która miała o rok starszą siostrę, Jadwigę. Były bardzo zżyte, razem przeżyły wojnę, komunizm, wychowały po 6 dzieci.
Pewnej nocy budzi mnie bardzo głośny płacz babci. Nieźle się wszyscy wystraszyli i cała rodzina wbiegła do pokoju. Pytamy o co chodzi, co się dzieje, czy coś boli, czy karetkę wzywać?
Babcia, niezwykle roztrzęsiona, odpowiada przez łzy:
- Jadzia umarła! Była tu, widziałam!
- Mamo, nie opowiadaj głupot, coś ci się przyśniło!
- Była tu, mówię wam, umarła, pożegnała się ze mną!
- Babciu, spokojnie, rano wszystko wyjaśnimy, to musiał być zły sen.
- Mówcie co chcecie, moja Jadźka nie żyje...

I trwało to dłuższą chwilę, zanim babcię udało się uspokoić, jeszcze dłużej trwało zanim zasnęła, tata został w pokoju i spał na fotelu w razie jakby cała akcja miała się powtórzyć lub przez stres coś miałoby się stać ze zdrowiem babci.

Cała reszta rodziny udała się na spoczynek, nikt głębiej nie analizował co się stało, każdy chciał tylko dalej spać.

Rano budzi nas telefon. Ciocia Jadwiga zmarła w nocy. Wylew, nie udało się jej uratować. Tylko tata był na tyle odważny, żeby powiedzieć to babci, jednak ona przyjęła to słowami: Mówiłam wam, że tu była.
Tyle w temacie.

#n3gJo

Wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek do czynienia z dziećmi wiedzą, jak szybko te małe stworzonka łapią teksty zasłyszane na osiedlu/od kolegów/od panów pod sklepem itp.

Bawiłam się ostatnio z moim synkiem (5 lat) i z grupką jego kolegów. Wesoło sobie biegamy, ganiamy się i nagle mój syn krzyczy "KTO NIE SKACZE TEN Z POLICJI!"

Wszyscy zaczęli skakać, a ja stałam zbierając z zaskoczenia szczękę z trawnika.
Tak, jestem policjantką...

#sPduJ

Kilka dni temu przyjechała do nas ciocia z wizytą. Gdy ostatni raz ją widzieliśmy miała długie, ciemne włosy. Teraz miała ścięte i przefarbowane na blond. Rodzinka oczywiście zachwycona nowym wyglądem mojej cioci i co chwilę lecą z ich ust komplementy w jej stronę.
Parę godzin później gdy już odjechała rodzina mówi, że jej (cioci) tak brzydkiej nie widzieli. Że chyba ją kosiarką strzygli, a ślepy farbował jej te "kudły".

I to mówili ludzie, którzy uczyli mnie, żeby nie obgadywać ludzi za ich plecami. :)

#KgHvQ

Zacznę raczej prosto - jestem alkoholiczką.
Każdy pewnie pomyśli o typowym stereotypie alkoholika, ale nic bardziej mylnego.
Mam 25 lat, skończone studia, dobrą pracę, którą uwielbiam, kochającą rodzinę i znajomych, jestem samodzielna i samowystarczalna. W każdym razie to jest to, co widzą inni. Jaka jest prawda?

Mam 25 lat i nigdy nie byłam w prawdziwym, normalnym związku. Mimo, że jestem ładna i inteligentna, żaden facet nie może mnie znieść więcej niż 2 tygodnie. Mam pracę, którą uwielbiam i całe szczęście, bo to jedyne co mam w życiu. Mam znajomych, owszem, ale nie mam przyjaciół. Nie mam nikogo bliskiego, komu można się zwierzyć. Mieszkam daleko od rodziny i rozmawiam z nią tylko od czasu do czasu. Mieszkam sama i nie wiem czym wypełnić pustkę mojego życia. Uprawiam sport, uczę się, czytam... I każdego wieczora wypijam kilka litrów piwa. Bo to jedyne, co jest w stanie wypełnić tę pustkę.

Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, nikt o tym nie wie. Nie ma puenty. Po prostu prawdziwie anonimowe wyznanie.

#be798

To jedno z tych wyznań, które mój znajomy skomentował " jakby powiedział mi o tym ktoś obcy, nie uwierzyłbym".

Tak więc słoneczna niedziela, jakieś dwa tygodnie temu. Ja, szalone 18 lat, rower i 7 km przez las do sąsiedniego miasteczka do babci. Pogoda ładna, ciepełko, to czemu by się nie przewietrzyć i nie zrzucić kalorii na dwóch kółkach.
Droga gminna, często uczęszczana przez auta, jednak jak już pisałam... Prowadzi przez las. Jadąc sobie grzecznie i nikomu nie wadząc, zauważyłam granatowy samochód w jednej z dróg leśnych, prostopadłych do ulicy. Myślę... Ot samochód, może ktoś ciszy i spokoju szuka na spacerze.

Jadę dalej. Wiatr we włosach, piosenka na ustach, aż tu nagle samochód, który widziałam chwilę wcześniej wyprzedził mnie i się zatrzymał. Ja naiwna, nic sobie z tego nie robię, wyprzedzam i jadę dalej i dalej, bo babcia na pewno pyszny obiadek zrobiła, a i kawusią w południe nie pogardzę.
Jednak moja sielankowa wycieczka skończyła się, gdy owy samochód zrównał się ze mną.
Szyby opuszczone. Pan w środku nagi.
Tak jak go Pan Bóg stworzył...
Żeby było weselej, drodzy Anonimowi, pan zajmował się bardzo pochłaniającym zajęciem, jednocześnie kierując.
Tak.
Fapał sobie.
Ja przez chwilę nie ogarniam rzeczywistości...
Facet. No goły. No czochra freda, patrząc się na mnie...
Łopanie, ratunku!
Zgwałci mnie!
Ja biedna rowerem, sama, zmęczona. Ale jeszcze nigdy nie dostałam takiego turbo w nóżkach! Byłam przerażona. Nie wiedziałam co robić.
Skręcać w las? Zgwałci mnie!
Jechać ulicą? Jak na złość nikogo oprócz Pana w stroju Adama jadącego środkiem drogi... Jechałam tak co najmniej 3-4 kilometry, ale nigdy nie pokonałam takiego dystansu na rowerze w tak krótkim czasie! Wszystkie myśli wyparowały, nie wiedziałam nawet, jak zadzwonić na policje, mimo że telefon trzymałam od dłuższej chwili w ręku. Pan nudysta najeżdżał samochodem na mój rower, ja już niemal łzy w oczach...

Aż tu nagle wybawienie! Zza zakrętu pojawiło się dwóch rowerzystów, zmierzających w tym samym kierunku co ja. Dogoniłam ich manewrując między rowem a autem Pana-Lubie-Trzepać-Do-Spoconych-Rowerzystek.
Chwała Buddzie, bo tych dwóch rowerzystów dogoniłam w okamgnieniu i okazali się moją ciocią i wujkiem...
Wesołe autko odjechało...

Byłam tak przerażona, że nie zapamiętałam ani rejestracji, ani jego twarzy, ani samochodu..
To był jeden tych pierwotnych instynktów, kiedy adrenalina każe ci spierdzielać!
Zastanawiam się teraz, co ten pan miał w głowie... Czy był gwałcicielem, czy chciał się tylko pochwalić?

#TD5Ir

Ta historia będzie o moich narodzinach, a raczej o "skutkach ubocznych".
Aktualnie mam pełno blizn na ciele. Jednych to brzydzi, inni traktują to obojętnie.
Nie mam normalnego pępka jak wszyscy inni, mój "pępek" to wielka blizna o przedziwnym kształcie, którego nie umiem opisać.
Urodziłam się z wytrzewieniem jelit - bez skóry na brzuchu, z wnętrznościami na wierzchu.
Miałam szyte jelita. Szczerze - nie wiem jak oni to zrobili. Wszystkie blizny, które mam są "szyte".
Na prawej i lewej ręce po wewnętrznej stronie ręki (na zgięciu łokcia czy jak to opisać) mam blizny, które wyglądają jakbym się cięła (mama nie wie do dziś czemu mi takie coś zrobili, ja podejrzewam, że pobierali skórę z różnych części ciała, by zszyć brzuch),
na prawej nodze mam dwie blizny na kolanie z jednej i z drugiej strony. Mam też bliznę na prawym udzie oraz nad kostką. Na lewej nodze mam tylko nad kostką.
Na prawej dłoni mam bliznę pod środkowym palcem.

Często ludzie pytają "co ci się stało?", "gdzie masz pępek?", a dla mnie "pokaż pępek" było jak drwina, oznaka wyśmiania. Teraz dopiero zrozumiałam, że nie ma czego się wstydzić, tylko trzeba być dumnym.
Dzięki tym brzydkim bliznom żyję. Fakt. Boli mnie to czasem i ruszają niektórych głupie uwagi, ale staram się już tego nie pokazywać, tylko iść z uniesioną głową.

Trzeba być twardym, a nie "miętkim".
Dodaj anonimowe wyznanie