#LVpLf

Jestem drobną kobietą. Jako młoda dziewczyna byłam bardzo ruchliwą osobą. Chodziłam zwykle dość energicznie, często machając czymś co miałam akurat w ręce bądź podskakując.

Za czasów studenckich zorganizowaliśmy ze znajomymi ognisko. Miejsce ogniska było blisko mojego domu rodzinnego, zostałam więc poproszona o przyniesienie siekiery do rąbania drewna.
Impreza przebiegła miło i bez ekscesów, a dla mnie też bezalkoholowo. W środku nocy wróciłam spokojnie do domu i poszłam spać. Dopiero następnego dnia dowiedziałam się, że w nocy szukała mnie policja... Podobno jakiś szaleniec biegał po dzielnicy z siekierą :D

#ihLYz

Wiele lat temu jak chodziłam do przedszkola, zakochałam się dziecięcą miłością w pewnym chłopaku. Miłość wywołała u mnie pewną zaletę - spryt. Codziennie po obiedzie było tzw. leżakowanie. W trakcie kiedy panie przedszkolanki przygotowywały dla nas leżaki, dzieci szły na podwórko się chwilę pobawić. Zawsze oferowałam się z pomocą, niby takie pomocne dziecko, ale tak naprawdę w swojej małej główce opracowałam chytry plan. Kołdrę mojego wybranka kładłam zawsze na wylocie, a z drugiej strony oczywiście moją. Tak żeby ukochany nie mógł rozmawiać z nikim oprócz mnie! Działało, zawsze był tylko mój. Ale na leżeniu i rozmawianiu się nie kończyło...

Nie wiem co mną kierowało kiedy byłam mała - czy ciekawość, czy może już byłam uświadomiona, że jak się kogoś kocha to trzeba robić różne rzeczy z częściami intymnymi drugiej osoby... Nie pamiętam co w tej głupiej główce miałam. Wiem tylko, że w wieku 5 czy 6 lat już dotykałam penisa. Całe szczęście tylko ręką :D

Zastanawiam się czy przedszkolanki niczego nie podejrzewały. A tego chłopaka czasem spotykam. Mam nadzieję, że niczego nie pamięta...

#2RCHP

Niecały rok temu miasteczkiem, w którym mieszkam wstrząsnęła tragedia. Byłam jej świadkiem i do dziś nie mogę wymazać tego obrazu z głowy.

Sierpień, godzina przedpołudniowa, słoneczko świeci. Centrum, czyli pełno ludzi. Do księgarni wchodzi dziewięcioletnia dziewczynka i jej mama. Nagle do dziecka podbiega od tyłu mężczyzna i uderza je siekierą w głowę. Zamieszanie, ktoś rzuca się za zwyrodnialcem w pogoń, matka i ofiara w szoku. Po chwili przyjeżdża karetka i policja, napastnik schwytany. Kiedy wkładają małą do karetki, jej mama płacze, a córka powtarza, że wszystko będzie dobrze.
Po paru godzinach informacja - dziecko nie żyje.

Całe miasto poruszone, nikt nie wierzy w to co się stało. Rodzice oczywiście w wielkiej żałobie. Po paru dniach okazuje się, iż mężczyzna wracał z urzędu pracy. Dostał odmowę zasiłku i ze złości chciał kogoś zabić. Jego celem była urzędniczka, ale nie udało mu się, dlatego poszedł szukać ofiary w mieście. Padło na dziecko, które miało całe życie przed sobą.... Facet dostał dożywocie. Nadal ciężko mi uwierzyć, że tacy ludzie chodzą po świecie i w głowie mam tylko jedno pytanie. Dlaczego?

#1Y6EH

W moim dwudziestotrzyletnim życiu w histerię wpadłam raz. Prawie trzy lata temu. Ale od początku.

Wakacje, jezioro, woda. Kilka metrów od brzegu zacumowany podest - taka a'la trawa, z którego można było skakać do wody. Głębokiej. Mętnej.
Siedzę na tym podeście, wokół bawią się dzieci w różnym wieku. Jeden dziewięcioletni chłopiec pyta, czy ktoś pomoże mu wejść (wiadomo - dna nie ma, odbić się nie można, więc wchodzący musiał zaufać sile swoich rąk). Odsyłają go na płytszą wodę. Nie popłynął. Kręcił się wokół. Nagle w miejscu, w którym przed chwilą był młody, zauważam znikające w tej mętnej wodzie małe ręce. Skacze adrenalina i ja skaczę. Nieporadnie próbuję złapać małego i popłynąć z nim na wierzch. Nie wychodzi mi. Wpływam pod niego i pcham go do góry. Nie wiem, nie widzę, kiedy uda mi się wypchnąć jego łepetynę powyżej tafli. Pcham dalej. Brakuje mi tchu. Młody odpycha się od mojego ciała nogami. Łykam wodę. Nagle czuję ulgę - młody jest na powierzchni. Wypływam, by w końcu złapać oddech.
Młody siedzi na trawie. Śmieje się. Mówi, że fajnie mnie nabrał.
Adrenalina spada, emocje opadają. Wpadam w histerię. Bo przez ten świetny żart to ja mogłam gryźć piach na dnie...

#17veF

Moi bliscy (i dalsi krewni) myślą okropnie stereotypowo. Taka typowa drobnomieszczańska obłuda. Wiecie, dobry zawód to prawnik, lekarz, ewentualnie architekt. Sama wykonuję jeden z powyższych, ale jestem jeszcze początkująca i ledwo przędę. No ale rodzina umiera z zachwytu, że poszłam w "ich" jedyne słuszne ślady.

Nadszedł czas przedstawienia im swojego przyszłego męża i przed tym spotkaniem rodzina wypytywała mnie, czym zajmuje się mój wybranek.
Moja odpowiedź dosłownie ich zmroziła i wytrąciła z równowagi:
- Mój Jacek - odpowiadam, pękając z dumy - jeździ TIR-em.
Wtedy się zaczęło. Po pierwszym szoku, zapowietrzeniu się kilku ciotek, nastąpił jazgot i doszły mnie takie oto głosy:
"Wytatuowany pewnie"
"Po zawodówie, matkoboskaczęstochowska!"
"Na dziwki zajeżdża po drodze, wiadomo"
"Wywalili go pewnie z każdej innej pracy"
i wreszcie: "Czy ty, dziecko, nie mogłaś sobie kogoś NA POZIOMIE znaleźć?"

Generalnie, zignorowałam to i na następne spotkanie przyszłam ze swoim narzeczonym. Atmosfera gęsta, rodzice, ciotki, babki, sąsiadki aż dyszą. Zaczynają pełną wyższości gadkę z Jackiem. Wtedy wychodzi na jaw, że:
- Jacek to szacowny pan magister inżynier po 30,
- tatuaż ma, ale widoczny tylko dla mojego oka;),
- współwłaściciel najstarszej i największej firmy transportowej w okolicy,
- jeździ TIR-em, bo lubi.

Żebyście widzieli miny mojej rodziny... "Ach, pan jest przedsiębiorcą, tak? Słyszałam, że pana firma się prężnie rozwija... No, no, Agatko [to o mnie], ty szczęściaro, gdzie takiego faceta poznałaś?"

Nagle zaczęli mówić o nim: "Przystojny. Zaradny. Bogaty. Wykształcony. To cudowne, że ktoś ma firmę i realizuje swoje pasje!"

#CtZ3j

Było lato. Ja 13-latka, mieszkająca w dużym domu w pewnej z roztoczańskich wsi. Z moją siostrą starszą o kilka lat bardzo dobrze się dogadywałyśmy (nadal jesteśmy przyjaciółkami). Zawsze chodziłyśmy wieczorem po dużym ogrodzie i często myślałyśmy, że widzimy ducha i uciekałyśmy (ja uciekałam).

Pewnego wieczora siostra poszła na imprezę. Ja zostałam w domu. Miałam jakiś koszmar, sowy huczały w naszym ogrodzie (teraz jak to piszę też huczą), więc się bałam i nie chciałam zamknąć oczu. Poszłam do kuchni po jakieś kanapki. Wzięłam nutellę, chleb, nóż i poszłam do łóżka.

Zaczęła mi lecieć krew z nosa (w tym wieku często mi się to zdarzało), więc poszłam po mokry ręcznik, by zatamować krwotok i po drodze złapałam nóż, by go odnieść do kuchni.

Niestety moja biała koszula nocna była cała we krwi, do tego te moje podkrążone i niewyspane oczy (była już ok. druga w nocy), a na dodatek - nóż w ręku.

Tak się złożyło, że moja siostra wróciła z imprezy. Nigdy nie zapomnę przerażenia w jej oczach, gdy mnie zobaczyła :D

#YS4F4

Moja matka nie żyje od 2 lat, a osoba, która z nią pracowała 20 lat, za każdym razem jak mnie widzi pyta jak tam mama, z tym swoim uśmiechem.
Tak, nie znosiły się.
Tak, ta osoba mnie nie lubi.
Tak, ta osoba była na pogrzebie.
Za każdym razem chce mi się płakać z powodu "troski" tej osoby.

PS. Osoba nie jest chora. Zwykła babka koło 40.

#m8sLF

Kiedy chodziłem do 2 klasy podstawówki, stwierdziłem, że moja ówczesna wychowawczyni ma całkiem fajną pupę. Jak to przystało na dorosłego faceta w tym wieku, postanowiłem to pokazać. Jak wchodziliśmy do klasy, poczekałem aż przejdzie przede mną i bardzo (jak na 8-latka) siarczyście ją klepnąłem. Nie obyło się również bez mojego komentarza: "Ale fajna dupcia!"
Ta się bardziej uśmiała niż oburzyła ale jednak rodziców wezwała.

Kiedy przyszedł tata, pokornie i z poważną miną kiwał głową, mówiąc, że ze mną porozmawia i odpowiednio wyperswaduje na mnie lepsze zachowanie.
Po przyjściu do domu powiedział:
- Synek, ale akcja! Brawa za odwagę!
Kochany tatuś :'-)

PS: Wolę młodsze, więc nie jesteśmy po ślubie.

#DvAUP

Pewnego dnia wracałam z przyjaciółką z miasta. Ważnym faktem w tej historii jest to, że obydwie miałyśmy operacje na nogi, w które były wkładane druty, śrubki itd. Oraz to, że był upał i byłyśmy ubrane w długie spódnice, aby zasłonić blizny na nogach.

Tego dnia nasze pooperacyjne nogi wyjątkowo nas bolały. Nawet Ketonal nie pomagał (taka siekiera wśród przeciwbólowych leków). Aby przemieścić się z miasta do jej domu trzeba przejechać ok. 50 minut autobusem. Usiadłyśmy więc, bo nie dało by się wystać tyle z tą nogą.

Nagle zjawiła się ona. Starszy moher z wózkiem na zakupy, któremu nigdy nic nie pasuje. Zaczęła na nas wrzeszczeć jak śmiemy zajmować miejsca, bo są one tylko dla niepełnosprawnych. My nie chciałyśmy się kłócić, więc zgodnie podwinęłyśmy spódnice, a babci ukazały się sino fioletowe nogi od blizn pooperacyjnych. Moher spalił buraka i wysiadł na następnym przystanku.

Nie zawsze człowiek młody, oznacza człowiek zdrowy i w pełni sił.
Dodaj anonimowe wyznanie