Kilka lat temu pojechałam do ciotki w odwiedziny do Londynu. Jako że pełnoletnia jestem od ładnych paru lat, a ciotka do pracy chodziła, postanowiłam sama pójść zwiedzać miasto.
Uzbrojona w aparat na szyi i mapę miasta ruszyłam na przygodę. Oczywiście w jedną stronę trafiłam, ale z powrotem było gorzej. Pytałam się ludzi o drogę, ale jak to w dużym mieście, nikt nic nie wiedział. Rozglądałam się w poszukiwaniu ratunku i jest! Blondyn w czapce i okularach, trochę przygarbiony, idzie w moją stronę. Zaczepiłam go i zapytałam o drogę. Ten trochę w szoku, ale mi tłumaczy. Droga była skomplikowana, bo w poszukiwaniu domu szłam w drugą stronę, ale dziękuję mu i notuję sobie wszystko na mapce. Facet popatrzył na mnie z powątpiewaniem i zaproponował, że mnie odprowadzi, bo i tak idzie w tamtą stronę. Ucieszyłam się i nawijam mu po angielsku, że pierwszy raz w Londynie, że jestem z Polski, on najpierw dalej w szoku ze mną rozmawia, ale w końcu śmiejemy się i żartujemy. Sympatycznie nam minęła droga (a był to kawałek), po drodze pokazał mi jeszcze kilka fajnych miejsc, robił mi zdjęcia moim aparatem, nawet zrobiliśmy sobie razem kilka.
Niestety wszystko kiedyś musi się skończyć i dotarliśmy do celu naszej wyprawy. Pożegnaliśmy się i wtedy powiedział, że chętnie by się ze mną umówił, ale jutro leci do Ameryki, jednak ma nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. Trochę mi się smutno zrobiło, ale takie jest życie. Rozeszliśmy się i tak mogłaby się skończyć ta historia, ale to anonimowe :)
W domu pokazałam cioci zdjęcia, a ona jakoś dziwnie się na mnie popatrzyła. Podała mi gazetę, a tam na okładce mój blondyn!
Okazało się, że gadałam i flirtowałam z Tomem Hiddlestonem. Nie dziwię się, że na początku patrzył na mnie jak na kretynkę.
PS Nigdy więcej go nie spotkałam, ale mam fajne zdjęcia i wspomnienie :)
Wyznanie http://anonimowe.pl/D4atO przypomniało mi historię mojej mamy, więc zamierzam wam ją opowiedzieć.
Było gorące lato, lata 90., kiedy moja mama szła przez miasto z koleżankami. Mimo upalnego dnia humor im dopisywał i śmiały się raz po raz. Podziwiam moją mamę za to, że chciało jej się gdziekolwiek wychodzić, bo była wtedy w 8 miesiącu ciąży z moją siostrą. Brzuszek było już oczywiście widać.
W końcu przeszły razem na mniej uczęszczaną drogę w parku. Nagle wyskoczył im wesoły pan w samym płaszczu. Rozchylił jego poły i pokazał, co miał. Na początku wszystkie były w szoku, że coś takiego ma miejsce w biały dzień. Jednakże pan postanowił się odezwać.
- A widziałyście takiego?!
Na co moja mama sugestywnie patrzy na swój opasły ciążowy brzuszek i odpowiada:
- Nie, ja to w ogóle nie widziałam nigdy żadnego! Widzi pan, to niepokalane poczęcie.
Lubieżny pan podobno diametralnie zmienił wyraz twarzy, odpowiedział tylko "Aha" i uciekł gdzie pieprz rośnie. ;)
Mój chłopak będzie miał dziecko...
Ale spokojnie, mam się nie martwić, bo przecież tamta daje dupy każdemu i na pewno chce go z kasy wydoić, jak dziecko się urodzi, to zrobi testy. '"No, a jak ten bachor będzie jednak mój, to matka mnie zwolni, będę pracował na czarno i gówno jej dam, a nie alimenty''.
Dodam tylko, że byliśmy razem przez 4 lata. I nie jest już moim chłopakiem ;)
Matka dziwka, ojciec sk...el, tylko dziecka żal.
Znacie sytuację, kiedy mąż wyrzuca żonę z domu, bo jest chora? Nie? A ja tak.
"Mój ojciec" wyrzucił mamę z domu, bo jest chora na raka i on nie potrzebuje takiej żony, na którą musi zarabiać.
Moi rodzice zawsze bardzo lubili wypoczywać na łonie natury. W związku z tym bardzo często jeździli pod namiot nad jakąś rzekę lub jezioro.
Pewnego razu namiot był już rozbity, tata zniknął gdzieś w jego czeluściach, a mama krzątała się gdzieś w pobliżu. Gdy mama weszła do namiotu, jej oczom ukazał się przerażający widok. Tata skulony, z dziwnym grymasem na twarzy, czerwony jak burak i sapie, jakby zaraz miał wyzionąć ducha. Mama w krzyk:
- Matko Bosko!!! Zawał!!! Jasiu!!! Jasiu!!! Nie umieraj!!! Pomocy!!!
Na co mój ojciec poirytowany odpowiada
- No co? Materac pompuję...
Powiem krótko: w wieku 20 lat zainteresowałam się w końcu kim jest kobieta, która leży w jednym grobie z moją prababcią. Dziadek już nie żyje, babcia również, zapytałam więc ojca. I czego się dowiedziałam?
Otóż moja prababcia była bezpłodna, jednak pradziadek tak bardzo chciał mieć dziecko, że zapłodnił jej siostrę. Tak urodził się mój dziadek, który był wychowywany przez biologicznego ojca i dwie matki - biologiczną, która nigdy nie wyszła za mąż i mieszkała do śmierci ze swoją siostrą i jej mężem, oraz przez żonę swojego ojca. Chyba nie muszę mówić, że jestem zszokowana moją rodzinną ''Modą na sukces''?
Najbardziej żenująca akcja, jaką zaliczyłam w życiu.
Byłam ze swoim chłopakiem w hipermarkecie, robiliśmy ogromne zakupy na zapas, a miałam okres i nie za dobrze się czułam. Zaciskałam zęby, bo wiedziałam, że tylko dzisiaj mamy czas na zrobienie tych zakupów, ale czułam, że zaraz muszę odwiedzić galeriową ubikację.
Staliśmy akurat między regałami, gdzie raczej nikogo nie było widać, więc lekko podciągnęłam majtki przez spodnie, żeby poprawić sobie podpaskę i skontrolować "stan namoczenia" (dziewczyny, dobrze wiecie, że da się to sprawdzić na czuja...).
Byłam akurat w trakcie wybierania proszku do prania, ale podciągnęłam te majtki i półżartem rzuciłam do chłopaka: "No, brocha szczelna, chyba nic mi nie wyciekło. Zobacz, czy nie mam plamy na dupie?" - i trąciłam go w ramię, żeby obejrzał.
Nie jego.
Mój chłopak od dłuższej chwili stał dwa regały dalej, a ja wygłosiłam elaborat o brochach i plamach obcemu facetowi.
Jako ciekawostkę dodam, że odpowiedział mi: "Nic pani nie ma" i uśmiechnął się z politowaniem.
Mam ochotę przytrzasnąć sobie głowę drzwiami, jak tylko przypomnę sobie ten dreszcz wstydu.
Spokojnie sobie leżąc w moje urodziny, niechcący usłyszałam rozmowę moich rodziców, z pokoju obok:
- Kurczę, wiesz, że ona ma dziś urodziny?
- Tak? Skąd wiesz?
- Na Facebooku jest napisane.
Moi rodzice są miłośnikami muzyki klasycznej. Szczególnie upodobali sobie operę jako ten najukochańszy rodzaj muzyki. Gdy byłam mała lubiłam, ba, wręcz uwielbiałam chodzić z nimi do filharmonii czy opery i podziwiać muzyków, instrumenty i oczywiście artystów.
Kiedy miałam około 4 - 5 lat rodzice zabrali mnie na operę, ale nie na jakaś normalną pogodną, tylko na słynną "Carmen" Bizeta. To co się tam zdarzyło pamiętam świetnie do dziś, choć byłam wtedy mała, a czasu upłynęło wiele.
Dla niewtajemniczonych: jest to historia miłości żołnierza do Cyganki, która tak naprawdę go nie kocha, a jedynie wykorzystuje. Opera kończy się sceną śmierci tytułowej bohaterki właśnie z rąk owego żołnierza (przebija ją sztyletem) i w tym momencie zaczyna się historia właściwa.
Jako uczuciowe dziecko przez 3 pierwsze akty żałowałam Dona Jose (żołnierza), ale na koniec 4 aktu popadłam w histerię. Nie dało się mnie uspokoić. Strasznie żałowałam biednej Carmen (dla dociekliwych: oczywiście, że nic nie rozumiałam z tego co śpiewali. Nie znałam francuskiego, ale dzieci czują kto jest pokrzywdzony, o ile śpiewak potrafi operować emocjami. Ta dwójka najwyraźniej potrafiła świetnie) i nawet kiedy stanęła żywa na curtain callu, rodzice nie mogli mnie opanować.
Taką zaryczą sprowadzili mnie na dół do szatni i próbowali ubrać, jednak ich wysiłki były daremne. Leciałam z rąk i zanosiłam się od płaczu. Zaalarmowany tym nieziemskim jazgotem jeden z pracowników spytał co się dzieje. Moja rodzicielka wytłumaczyła chłopakowi czemu drę się jak nieboskie stworzenie, a on zniknął na chwilę. Kiedy wrócił, powiedział rodzicom, że jeżeli tylko chcą, to mogą zabrać mnie za kulisy, ponieważ mezzosopranistka zgodziła się spotkać ze mną i pokazać, że jest żywa i ma się dobrze.
Tym oto sposobem trafiłam za kulisy i artystce prawie udało się mnie uspokoić tłumacząc, że wszystko z nią dobrze i nie wyrządzono jej wielkiej krzywdy. Jednak na horyzoncie pojawił się nieszczęsny tenor i znów uderzyłam w płacz. Tym razem było trudniej, ponieważ tenor postanowił pomóc i przekonać mnie, że wcale nie jest mordercą. Koniec końców udało im się, a z tenorem pod koniec uspokajania zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że dałam wziąć mu się na ręce.
Oczywiście rodzice dbają o to bym nigdy nie zapomniała tej historii. Nawet ostatnio, kiedy przyprowadziłam swojego chłopaka do domu (uczeń akademii muzycznej, tenor), rodzice poradzili mu, aby nigdy przenigdy nie zabierał mnie na swój występ w roli Don Jose, bo zacznę się go bać, a gdy luby z wielką ciekawością zapytał ich czemu, skwapliwie opowiedzieli mu tę historię.
PS Jeżeli jesteście ciekawi to oglądałam już mojego ukochanego w tej roli i nie, nie boję się go, nawet śpię z nim w jednym łóżku ;)
Kiedy miałam 12 lat, wybrałam się z moją babcią na przejażdżkę rowerową. Musiałyśmy przejechać kawałek dość ruchliwej ulicy otoczonej dużym lasem.
Kiedy byłyśmy w połowie drogi, zauważyłam, że rozwiązał mi się but, więc krzyknęłam do babci żeby się zatrzymała i poczekała na mnie. W momencie kiedy zeskoczyłam z roweru, samochód z przeciwnego pasa wpadł w poślizg, przeciął drugi pas i dachując przeleciał obok nas, po czym wylądował metr dalej na drzewie.
Byłam w totalnym szoku, nigdy czegoś takiego nie widziałam. Stałam jak wryta, kiedy uświadomiłam sobie, że gdyby nie moja rozwiązana sznurówka, byłybyśmy dokładnie w linii przelatującego samochodu.
Nie wiem, czy ktoś nade mną czuwał, czy to po prostu zbieg okoliczności, ale gdyby nie to, już by mnie nie było na tym świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie