Kiedy miałam 12 lat, wybrałam się z moją babcią na przejażdżkę rowerową. Musiałyśmy przejechać kawałek dość ruchliwej ulicy otoczonej dużym lasem.
Kiedy byłyśmy w połowie drogi, zauważyłam, że rozwiązał mi się but, więc krzyknęłam do babci żeby się zatrzymała i poczekała na mnie. W momencie kiedy zeskoczyłam z roweru, samochód z przeciwnego pasa wpadł w poślizg, przeciął drugi pas i dachując przeleciał obok nas, po czym wylądował metr dalej na drzewie.
Byłam w totalnym szoku, nigdy czegoś takiego nie widziałam. Stałam jak wryta, kiedy uświadomiłam sobie, że gdyby nie moja rozwiązana sznurówka, byłybyśmy dokładnie w linii przelatującego samochodu.
Nie wiem, czy ktoś nade mną czuwał, czy to po prostu zbieg okoliczności, ale gdyby nie to, już by mnie nie było na tym świecie.
Kilka dni temu byłem na naszym pięknym półwyspie. Z racji że dojechałem późnym popołudniem, postanowiłem, że pójdę na plażę chwilę posiedzieć. Gdy tylko doszedłem, zauważyłem dwie kobiety pływające kilkanaście metrów od brzegu. Było to trochę niebezpieczne wypływać na taką odległość.
Gdy jedna podpłynęła bliżej podszedłem, powiedziałem, że jest to trochę nierozsądne. Dostałem odpowiedź "Odwal się od mnie i od mojej córki". OK...
Pech chciał, że po około godzinie od tej pyskatej usłyszałem "Pomocy! Na pomoc!". Moja reakcja była oczywista, choć byłem lekko zdezorientowany. Jedna osoba dzwoniła na WOPR, a ja oczywiście wbiegłem do wody.
Jedna z nich się topiła. Próbowała za wszelką cenę wyjść na powierzchnię każdym kosztem. Więc tak jak mówili nam na zajęciach z EDB - dostała z główki w twarz, aby była lekko otumaniona. Udało mi się ją wyciągnąć, ale było potrzebne RKO. Zacząłem od masażu serca i tak naprawdę na tym zakończyłem, bo zanim doszedłem do 30, przypłynęła motorówka straży przybrzeżnej. Tutaj zaczyna się cała historia.
Starsza z nich stwierdziła, że ja zaatakowałem tę młodszą, a potem próbowałem ją podduszać. Na moje szczęście jeden z obserwatorów zaprzeczył całej sytuacji opisanej przez tę kobietę, ale i tak spędziłem resztę dnia na komisariacie wyjaśniając sprawę.
Gdy dowiedziałem się, że owa dziewczyna przeżyła, bardzo się ucieszyłem. Niestety moja nieumiejętna technika złamała jej dwa żebra, za co jej matka chciała podać mnie do sądu. Uratowanie życia jej córki chyba nie miało dla niej znaczenia...
Historia o uciekających godzinach podczas usypiania (OKIXi) przypomniała mi sytuację z mojego życia. Zagadka tamtego dnia pozostaje do dziś nierozwikłana i wciąż tak samo mnie zastanawia.
To było nie dalej niż w drugiej klasie podstawówki. Prawie wszystkie lekcje mieliśmy z jedną nauczycielką, a prace domowe zadawane były na bieżąco (np. zadanie z książki, które omijaliśmy, od razu było zaznaczane do zrobienia w domu, ale lekcja wciąż trwała).
Któregoś razu na lekcji wychowawczyni zadała właśnie pracę domową i wypuściła nas na przerwę, po czym, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, po przerwie zaczęła tę pracę domową sprawdzać! Oczywiście dostałam jedynkę, nauczycielka rozczarowana, każdy patrzył na mnie jak na podczłowieka, a ja zupełnie nie rozumiałam o co chodzi! Toć przecież minęło 10 minut, jak to się stało, że wszyscy mają pracę domową?! Skarżyłam się koleżance, że jak to, że skąd wiedziała, dlaczego mi nikt nie powiedział i w ogóle jak zdążyliście zrobić pracę domową w ciągu przerwy! Patrzyła na mnie jak na kosmitę, czemu się nie dziwię dzisiaj, bo pewnie brzmiało to jak brednie i jakieś bardzo marne próby tłumaczenia braku zadań domowych.
Tymczasem po jakimś czasie (nie pamiętam już - krótszym czy dłuższym) uświadomiłam sobie, że zupełnie nie pamiętam tego dnia. Po prostu jakbym przechodząc przez drzwi sali przeszła przez jakiś portal. Nie pamiętam nic od momentu wyjścia z klasy do momentu, kiedy już siedzę w ławce i wiem, że zaraz dostanę jedynkę.
Ot, taka zagwozdka.
Już jakiś czas temu pojawiło się tutaj wyznanie o tym, jak dziewczyna zemdlała przez naskoczenie na grabie. Pytanie "czy to w ogóle możliwe" nie dawało mi spokoju. Musiałem zaspokoić swoją wiedzę. Tym oto sposobem zacząłem testować z jaką siłą może uderzyć kogoś rozpędzony trzon grabi.
Wniosek: to możliwe.
Skąd to wiem? Chwytając grabie złamałem sobie palec.
Lekarz trzy razy upewniał się, czy moja data urodzenia jest prawidłowa.
PS Pozdrawiam autorkę tamtego wyznania i łączę się w bólu.
Odkąd pamiętam uwielbiam zwierzęta. Jak byłam mała (1-2 klasa szkoły podstawowej), często zdarzało mi się przynieść do domu jakiegoś kota. Oczywiście były to już odchowane malce. Z racji tego, że mieszkałam na dużej gospodarce, miały one warunki do życia. Rodzicie nigdy (na moje szczęście :D) nie pogonili z domu ani mnie, ani żadnego kota.
Pewnego razu zapomniałam zamknąć drzwi na korytarz i niestety jeden z tych malców bezczelnie mi nawiał. Chodziłam po wiosce, szukałam, wołałam, ale niestety go nie znalazłam. Uciekł. W czasie moich poszukiwań sąsiedzi dziwnie się na mnie patrzyli.
Teraz już wiem dlaczego. Jako mały szkrab nie miałam pomysłu jak nazwać mojego nowego kolegę. Z pomocą przyszła moja kochana siostra, która jest starsza ode mnie o 10 lat i miała pojęcie o rzeczach, o których mi się jeszcze wtedy nie śniło.
Cóż, musiało to wyglądać przekomicznie, kiedy drogą wędrowała sobie mała dziewczynka, z dwoma kucykami na głowie, w kolorowej sukieneczce i głośno (z zaznaczeniem na głośno) wołała: "Plemnik, kici, kici. Plemnik!!".
Uwielbiam Cię, siostro :)
PS Jakiś pomysł, jak "zemścić się" na jej dzieciach? :P
Historia sprzed roku - mój pierwszy samodzielny lot samolotem. 17-letnia ja miałam wracać z Londynu do domu, czyli Szkocji. Jestem z natury osobą dość roztargnioną i niepraktyczną, ale postanowiłam udowodnić sobie, że jak chcę, to mogę być niesamowicie pozbierana.
Samolot miał odlecieć o godzinie 9 rano w niedzielę, więc wstałam o 4, walizka spakowana już dzień wcześniej, zrobiłam się na bóstwo i nawet zakręciłam włosy lokówką. Sprawdziłam 30 razy, czy wszystko mam - telefon, portfel, paszport, bilety - po czym wyruszyłam na lotnisko.
Dotarłam na lotnisko trochę po 6 i dumna jak paw, z gracją toczę moja walizkę przez halę odlotów. Ach, jaka ja dorosła. Spojrzałam na tablicę odlotów i, dziwna sprawa, coś nie widzę mojego samolotu. Sprawdzam raz, drugi - czyżby odwołali? Postanowiłam, że zapytam się w informacji i wyciągam w tym celu mój bilet. Patrzę - a na nim data wczorajsza.
Uczucie? Trochę jakbym była we śnie albo po długim maratonie filmowym. Pierwszy odruch - dzwonię do mamy. Po dłużej chwili odzywa się mocno zaspany głos (przez tę adrenalinę zapomniałam, że jest 6 rano w niedzielę) - opowiedziałam jej całą historię i zaczęłam w trakcie chichotać. Cała sytuacja wydała mi się wtedy tak komiczna i beznadziejna, że nie mogłam się powstrzymać. Miałam w portfelu £40 funtów i kilka drobnych (nie starczy na lot last-minute), nawet karty kredytowej wtedy nie posiadałam i nie miałam żadnych bliższych znajomych w Londynie.
Na szczęście na lotnisku było WiFi, a moja mama jest pomysłowa nawet o 6 rano w niedzielę. Kupiła mi bilet na następny lot tego dnia i wysłała mi e-bilet. Kosztowało to oczywiście straszne pieniądze, ale mamę chyba zżerał wstyd, że zapomniała datę przylotu swojego własnego dziecka i jakoś to przełknęła.
Kryzys zażegnany. Wtedy patrzę na bilet - mama zapomniała mi zarezerwować bagaż główny. Miałam ze sobą walizę jak słoń, no i co tu z nią zrobić? Trzeba jakoś ze sobą zabrać. Idę z sercem w gardle do obsługi lotniska zapytać, ile będzie mnie kosztować dodanie bagażu. Powiedziano mi, że kosztuje to £40 i wskazano gdzie mam iść nadać bagaż. No cóż - pomyślałam - przeżyję bez śniadania, najważniejsze, że walizka doleci.
Nadeszła moja kolej i podałam moją walizkę. Pan był przemiły - zagadał do mnie czemu mówię ze szkockim akcentem, skoro mam polski paszport, okazało się przy okazji, że ma jakieś polskie korzenie i przepada za polskim jedzeniem. Miło nam się gawędziło i szykowałam się już żeby zapłacić te nieszczęsne £40 funtów, ale on wtedy mrugnął do mnie, powiedział "nikomu nie mów" i nadał moją walizkę za darmo.
I tak skończyło się moje "bycie pozbieraną".
Mój chłopak ma w pokoju straszny syf, ale twierdzi, że co tydzień sprząta i ma porządek. Ostatnio w pokoju panował porządek, jakiego jeszcze nikt tam nigdy nie widział. Wszyscy się mnie dopytywali co zrobiłam Kamilowi, zwłaszcza jego mama.
Ale przecież jej nie powiem, że kartą przetargową było golenie przeze mnie pewnych strategicznych części ciała ;)
Miesiąc temu się ożeniłem.
Jako że wydaliśmy wszystkie swoje oszczędności na wesele, aby było jak najlepsze, ostatnie płatności dla DJ-a czy pań z kuchni planowaliśmy zapłacić za pieniądze z kopert, już w trakcie wesela. Cała impreza była na 147 osób.
Zamarłem przy otwieraniu tych kopert. Siedem było pustych, a w jednej była naklejka z butelki po occie.
Z moim chłopakiem od lat jesteśmy wielkimi fanami pokemonów. Wyobraźcie sobie naszą fascynacje grą Pokemon Go!
Kilka dni temu byliśmy na spacerze i znaleźliśmy Pikachu. Po chwili stwierdził, że ma dla mnie coś jeszcze. Dostałam pudełeczko w kształcie pokeballa. A w nim pierścionek. Tak, oświadczył mi się w naszym stylu :)
Historia zaczyna się, gdy chodziłam do drugiej klasy liceum (nieco ponad rok temu). Zbliżały się wakacje, a wraz z nimi pojawiły się plany podjęcia wakacyjnej pracy. Jak prawie każdy w moim wieku chciałam dorobić sobie parę groszy, żeby mieć na swoje wydatki. Jednak "marne" 1500 zł mnie nie urządzało. Postanowiłam, że razem z chłopakiem wyjadę do pracy do Anglii.
Język angielski znałam, w Anglii byłam nie raz. Żaden problem. Na portalach internetowych szukałam atrakcyjnych ofert pracy. Wiadomo, były oferty pracy, które każdemu wydają się podejrzane - sprzedaż jajeczek, prostytucja. Trafiłam jednak na ofertę, która dla 17-letniej mnie nie wydawała się jakaś nie na miejscu - praca w magazynie. Składanie odzieży, pakowanie jej do wysyłki. Stawka bardzo kusząca, bo 10 funtów na godzinę. Gdzie w Polsce tyle zarobię? Wysłałam CV i czekałam na odpowiedź, która przyszła na drugi dzień.
Dostałam mejla z informacją, że chętnie mnie przyjmą do pracy, muszę jedynie kupić bilet na lot w podanym przez pracodawcę terminie. Zadzwoniłam do chłopaka, że trzeba szybko kupować bilety na lot, bo wylot miał być dosłownie za dwa dni, a druga taka praca już się nie trafi. Pokłóciliśmy się wtedy, bo odmówił mi takiego szybkiego wyjazdu, tym bardziej że trwał jeszcze jeden z ostatnich tygodni roku szkolnego. Dałam sobie z tym spokój.
Minęły wakacje, minął prawie cały rok szkolny i z okazji zbliżających się kolejnych wakacji w moim liceum pojawiła się kobieta, która miała nas uświadomić o niebezpieczeństwach takich wyjazdów za granicę do pracy. To, co od niej usłyszałam, zostanie w mojej pamięci na zawsze.
Okazało się, że ta oferta pracy to była tylko przykrywka dla handlu ludźmi. Wszystkie szczegóły się zgadzały. Kobieta z miejscowości oddalonej o 30 km ode mnie dała się skusić. Wyjechała do pracy, na miejscu zabrano jej dokumenty, telefon. Jej rodzina nie wiedziała, gdzie dokładnie się znajduje. Została oddana do domu publicznego, gdzie dzień w dzień była gwałcona przez brudnych, śmierdzących, często bardzo brutalnych facetów. Czasem były to gwałty zbiorowe. Miewała po ponad 50 klientów dziennie. Udało jej się uciec, jednak znajduje się pod opieką psychologa i wciąż panicznie boi się mężczyzn.
Handel ludźmi i niewolnictwo to ogromny problem XXI wieku, wbrew temu co większość ludzi myśli. Jako że są wakacje i dużo osób wyjeżdża za granicę dorobić, to proszę Was o jedno - uważajcie na siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie