Pracuję jako dozorca w pewnej firmie, pilnuję dosyć sporego podziemnego parkingu. Ostatnio firma zatrudniła drugiego pracownika na tę samą posadę. Teraz pracuję co drugi dzień, ale zarabiam zdecydowanie mniej pieniędzy.
Tak wyglądała moja sytuacja kilka tygodni temu. Postanowiłem zakupić kostium klauna i co drugi dzień, na zmianie nowego pracownika, chodziłem po parkingu z głośnikiem, na tyle daleko, żeby nie mógł do mnie podejść, bo zostawiłby parking bez nadzoru. Zwykle siadałem na murku i podświetlałem swoją maskę latarką od dołu, co wyglądało dosyć mrocznie. Raz przyniosłem kilka nadmuchanych balonów z "x" zamiast oczu.
Nie wiem, czy to moja metoda zadziałała, ale po kilku tygodniach nowy pracownik zrezygnował, a ja znów zarabiam więcej.
Parę miesięcy temu rozmawiałem ze znajomym z klasy. Rozmowa zeszła na temat rodziny - kolega powiedział, że ma 30-letniego wujka, który "jest dziwny", ponieważ ma 30 lat i nie skończył nawet studiów. Powiedziałem mu, że to raczej nie jest nic dziwnego, bo różnie się ludziom życie układa, a poza tym studia nie są obowiązkowe. Powiedziałem mu też, że moi rodzice też nie mają studiów, ich rodzeństwo też (mama ma czwórkę, a ojciec trójkę). W tamtym momencie rzekł: "Boże, co za patologia, pewnie wszyscy alkoholicy... Wiesz, nie chyba nie chcę się już z tobą zadawać", po czym sobie poszedł.
Ja rozumiem, że mamy dopiero 13 lat i niektórzy w tym wieku są naprawdę głupi, ale żeby aż tak?!
Mój dziadek zmarł na raka prostaty, kiedy miałam 9 lat. Był dla mnie najważniejszy. Serio. To on zajmował się mną całymi dniami, jego kolana robiły mi za poduszkę, gdy oglądałam bajki, to on przygotowywał mi moje ulubione kanapki i wodę z soczkiem, chodziliśmy karmić kaczki i bawiliśmy się. Za cel postawił sobie nauczyć mnie w gry w szachy zanim umrze. Pamiętam jego cewnik, jego zapadniętą twarz i spojrzenie pełne dumy i miłości, kiedy powoli łapałam o co w grze chodzi.
Moja babcia natomiast zawsze była wredna, opryskliwa i nie szanowała nikogo. Z dziadkiem nawet nie rozmawiała, ale lubiła go kontrolować. Nie, nic jej nie zrobił, za to ona była puszczalska w młodości, a na starość jej dodatkowo odbiło.
Kiedy spędzałam z dziadkiem jego ostatnie tygodnie, babcia potrafiła przychodzić i siłą ciągnąć go do pokoju, żeby leżał i odpoczywał, mimo że on tego nie chciał. Nie chciał leżeć w ciszy.
Pewnego dnia wróciłam ze szkoły, zaczęłam odrabiać zadanie domowe. Babcia tylko burknęła, że ojciec z dziadkiem pojechali do szpitala. W pewnym momencie zadzwonił telefon domowy, babcia odebrała, po chwili się rozłączyła. Spojrzała na mnie i powiedziała "To przez ciebie". Czułam, co się stało, zaczęłam płakać.
Na pogrzebie nie pozwolono mi podejść do trumny, nikt nie chciał mnie zabierać na cmentarz. Teraz, jako dorosła kobieta, czasem tam przychodzę. Siadam na grobie, wyciągam ciasto, wodę z sokiem i szachownicę, przesiaduję tam godzinami, grając, myśląc, tęskniąc i żałując, że dziadek nie był dłużej w moim życiu i że nie miałam szansy w pełni docenić czasu z nim spędzonego za jego życia. Żałuję, że to akurat on musiał odejść.
Słowami babci już się nie przejmuję, ale i tak nie mam z nią kontaktu. Mam jednak nadzieję, że dziadek wie co u mnie słychać, że w jakiś sposób poznał swojego wnuka i mojego męża i że jest przy mnie, nie tylko w moich wspomnieniach.
W trakcie kłótni z moją dziewczyną używałem tylko i wyłącznie jej "argumentów" z poprzedniej kłótni. Teraz już nie mam dziewczyny.
W klasie 1-3 podstawówki miałam zwierzątko - świnkę morską. Pewnego dnia mama wysłała mnie do sklepu zoologicznego po żwirek dla gryzonia. Po udanym zakupie ruszyłam do domu, jednak daleko nie zaszłam, a reklamówka, w której niosłam żwirek pękła, a jej zawartość wysypała się na ulicę. Na szczęście droga nie była ruchliwa. Ze łzami w oczach zaczęłam zbierać ten nieszczęsny żwir. Siedziałam, wstrzymywałam łzy i zbierałam. W pewnym momencie do samochodu na parkingu obok zeszła para. Chwilę się popatrzeli i kobieta wyciągnęła z bagażnika miotełkę i łopatkę. Podeszła do mnie, przykucnęła i pomogła mi zbierać żwirek z asfaltu. Chwilę próbowała ze mną rozmawiać, ale przez łzy ciężko było mi się odezwać. Jedyne słowa jakie ode mnie usłyszała było ciche "Dziękuję". I ruszyłam do domu.
Była to jedna z naprawdę nielicznych miłych sytuacji, jakie mnie w życiu spotkały.
Pani raczej mnie nie pamięta, ale dziękuję!
Pewnego razu obudziło mnie to, że zostałem wykopany z łóżka. Okazuje się, że jeśli zdradziłem ją w jej śnie, to wciąż się liczy.
Od urodzenia mieszkam w Holandii. Skończyłem drugą klasę szkoły średniej. Jak wiecie Holandia to raj baaardzo tolerancyjny dla osób LGBT... LGBTQ (sam nie nadążam za tym), więc w mojej szkole można spotkać całujące się dziewczyny czy chłopaków, ale takich par jakoś dużo nie ma, a szkoła całkiem spora.
Pewnego dnia, w trakcie letniego semestru w pierwszej klasie, jeden chłopak przyszedł ubrany w damskie ciuchy i kazał nazywać się Kateriną. Klasa przyjęła to normalnie, w końcu tolerancja itp. Katerina nikomu nie wadził... wadziła... zwał jak zwał. W trakcie pierwszego półrocza drugiej klasy powstała afera, bo dziewczyny nie chciały przebierać się w jej towarzystwie na WF i przebywać z nią w damskiej toalecie. Katerina nie była oczywiście jedyną trans osobą w szkole, ale jako pierwsza poruszyła taki temat. Odbył się apel i dyrektor poprosił o tolerancję i uszanowanie dla Kateriny i innych osób, które dopiero co odważyły się wyjść z ukrycia ze swoim prawdziwym ja (bardzo pompatyczny spicz). Od tej pory Katerina chodziła do damskiej szatni, toalet itp.
Po pewnym czasie szkołę obiegła wieść, że w necie są nagie fotki jednej dziewczyny z drużyny siatkówki biorącej prysznic w szkole, po jakimś czasie pojawiły się zdjęcia kolejnych. Wybuchła afera, sprawą zajęła się policja, sprawdzano monitoringi, przesłuchiwano uczniów i nauczycieli. Koniec końców okazało się, że Katerina wcale nie czuje się tak kobieco, jak wszystkim wmawiała. Cała heca ze zmianą płci to był misterny plan, mający na celu podglądanie i zdobywanie zdjęć i filmów z nagimi uczennicami. Obwieszczenie, że zmienia się płeć, bycie jakiś czas grzecznym, by ludzie przywykli, później domaganie się swoich " praw" i realizacja planu.
Fotki podobno usunięto, a sprawę starano się wyciszyć, bo oszust oczywiście grał do końca swoją rolę i zachowanie usprawiedliwiał zmianami w psychice. Oczywiście mu nie uwierzono i wywalono z budy, pewnie inne konsekwencje też go dopadną.
Jak dla mnie nadmierna, źle rozumiana tolerancja może prowadzić do jeszcze gorszych sytuacji niż ta.
Kiedy byłam mała, rodzice straszyli mnie, że jak nasikam do basenu, to woda zmieni kolor na czerwony i każdy będzie wiedział, że to zrobiłam. Ja, jako ciekawskie dziecko, postanowiłam to sprawdzić.
Raz na tydzień moja klasa jechała do innej szkoły na basen. Na koniec zajęć celowo zostawiłam okularki do pływania na schodkach przy basenie. Już w przebieralni udałam, że o nich zapomniałam. Wyjęłam z plecaka wcześniej zabraną tacie probówkę i poszłam po okularki. Zabierając je nalałam wody z basenu do probówki i zatkałam korkiem. O dziwo nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
W domu przystąpiłam do drugiej części planu. Wodę z basenu przelałam do słoiczka, a następnie... nasikałam do niego.
Osikałam sobie głównie dłonie. Jak się domyślacie, woda nie zmieniła barwy.
Kilka lat temu, rozmowa z kumplem w pracy.
- Znowu będzie szkolenie BHP.
- Z tym samym ziomkiem co ostatnio? Fajny był.
(przystępnie opowiadał o zagadnieniach, sypał anegdotami i przykładami - cud instruktor)
Dziwne spojrzenie kumpla.
- No nie. Przecież on w pierdlu siedzi. Nie słyszałeś?
- A za co? Jakiś przekręt finansowy?
- Zamordował własną żonę i próbował upozorować wypadek.
Cóż, chłop chyba się nie znał na swojej robocie...
Wakacje wakacjami, ale ponieważ jestem na razie w domu, stwierdziłam z pewnym bólem, że trzeba by się pouczyć trochę do czekającej mnie w maju matury. W pierwszej kolejności padło na biologię. Z tytanicznym wysiłkiem wydobyłam podręczniki, repetytoria i inne zakurzone mądrości z regału i zagłębiłam się w otchłaniach botaniki...
Po półtorej godziny uświadomiłam sobie, że ostatnią godzinę zajęło mi patrzenie się smutno w ścianę i kontemplowanie tragicznej relacji glon-grzyb, jaka ma miejsce w porostach. Tak bardzo mnie przejął los biednego glona, który jest wykorzystywany przez "partnera", który jeszcze wmawia mu, że to czysta, obustronna korzyść! Przecież taki glon mógłby opuścić ten toksyczny związek, bo potrafi sobie fotosyntetyzować na własną rękę (plechę?), ale jest już pewnie tak zmanipulowany i uzależniony emocjonalnie, że wydaje mu się, że jest nikim i sobie nie poradzi... Kolejne scenariusze okropnych sytuacji same się nasuwały. Po kilku minutach takich rozmyślań miałam już łzy w oczach, a po godzinie byłam pogrążona w poczuciu rozpaczliwej bezradności, no bo jak tu pomóc glonowi się wyrwać z tej katorgi?
Tak że no, jakby ktoś coś wiedział o terapii grupowej dla glonów w toksycznych związkach w celu podbudowania ich samooceny, albo chociaż o terapii dla biol-chemów o zbyt dużej wyobraźni, która utrudnia im funkcjonowanie, to dajcie znać.
Dodaj anonimowe wyznanie