Od paru lat wyniszcza mnie emocjonalnie jedna sytuacja z życia.
Po prostu nie umiem sobie wybaczyć i śni mi się to po nocach.
Popołudniowe lato, gorąco jak cholera.
Mój półtoraroczny synek uciął sobie drzemkę z moim partnerem w naszym łóżku.
Z racji pogody okno było otwarte. Po jakimś czasie też mnie lekko zmogło, więc ułożyłam się obok synka. Gdy oczy robiły się coraz cięższe, spojrzałam jeszcze raz na to okno i w myślach sobie powiedziałam, że na pewno obudzi mnie młody jak wstanie, więc nie muszę się martwić i go zamykać, bo się podusimy przez ten upał, a tak przynajmniej jest przewiewnie. Mieszkaliśmy na czwartym piętrze.
Nie wiem ile czasu spaliśmy, ale obudziło mnie walenie do drzwi.
Tak dobrze mi było, nie chciało mi się wstawać. W końcu za piątym uderzeniem przeklęłam i leniwie pomaszerowałam do drzwi. Otwieram, a tam "sporych rozmiarów" spocony i zasapany nie mogący wydusić z siebie słowa machający tylko rękami facet.
Dotarło do mnie...
Dosłownie jakbym dostała czymś ciężkim w głowę!!
Kalkulacja: dziecko wstało, okno!!
Wbiegam do sypialni, w łóżku go nie było. Już byłam pewna.
Okno miało roletę, więc nie mogłam dostrzec, czy dalej tam jest...
Zawołałam go delikatnym miłym i spokojnym głosikiem. Odsunął roletę i spojrzał na mnie takimi radosnymi oczkami, uśmiechając się od ucha do ucha. Siedział na parapecie z nóżkami poza oknem, machając nimi. Z młodym często bawiliśmy się, że ja go goniłam, a on uciekał. Byłam pewna, iż potraktuje to właśnie jak tę zabawę. Wzięłam głęboki oddech i ponownie zawołałam go w ten sam sposób co za pierwszym razem, podchodząc do niego wolno, po czym sięgnęłam go chyba za pampersa i zrzuciłam go z tego parapetu do domu. Ręce i nogi trzęsły mi się jak nigdy dotąd, tak mocno go obejmowałam, że mało go nie udusiłam.
Facet opowiedział mi później, że mieszka naprzeciwko na trzecim piętrze i paląc papierosa na balkonie dostrzegł, jak mały sobie siedział i obserwował otoczenie. Temu panu jestem wdzięczna do dzisiaj... Nie dość, że czwarte piętro, brak windy, bo stara kamienica, to jeszcze domofon nie działał. Zanim on się dostał do środka, wbiegł na nasze piętro, dopukał się do nas, to aż mnie skręca... Nie mogę nawet myśleć, ile mój synek czasu spędził w tym oknie...
Czuję się z tym okropnie pomimo tego, że ostatecznie nic mu się nie stało.
Czuję się tak za każdym razem, kiedy tylko o tym pomyślę, a niestety to non stop do mnie wraca, skręca mnie normalnie od środka.
Patrzę na mojego sześciolatka i nie umiem nawet myśleć o tym, że przez moją głupotę mogłoby go już nie być. Wstydzę się i nigdy mu tego nie opowiem...
Od razu wklejam link do wyznania, z którym związana jest ta historia: https://anonimowe.pl/KlXj5
Jako że śledzę Anonimowe już bardzo długo i regularnie czytam historie, zdarza się, że niektóre zapamiętuję lepiej. W pamięć zapadła mi właśnie ta, której link jest u góry.
Byłam w teatrze i jeden z aktorów wyrecytował dokładnie tekst tej historii. Jego kwestia była identyczna, zmieniona została jedynie osoba mówiąca. Podobno pan aktor sam wymyślił tę kwestię i był z niej bardzo dumny (wiem to od koleżanki, która grała w tym samym spektaklu).
Do tej pory zastanawiam się, czy pan aktor był prawdziwym autorem historii na anonimowych, czy po prostu ukradł czyjeś wyznanie. Na pewno nie spodziewał się, że ktoś połączy fakty.
Taka refleksja, którą się z nikim nie podzielę.
Nienawidzę przymuszania do "bycia dorosłym i odpowiedzialnym". Nie zrozumcie mnie źle. Mieszkam sam, zarabiam na siebie i swoje zachcianki. Kocham książki fantasy i SF. Kocham seriale i filmy o tej tematyce. Czytam komiksy i mangę. Bardzo lubię anime. Kolekcjonuję też gadgety z tym związane. Lubię grać na konsoli czy komputerze. Nienawidzę, jak mi mówią że mam "dorosnąć", bo bycie dorosłym to wyjście do restauracji (wolę sam coś upitrasić), wyjście ze znajomymi do pubu (wolę browara ze znajomymi przy dobrym filmie w domu). Kocham tę cząstkę dziecka we mnie, która pozwala mi cieszyć się z małych przyjemności i mieć fantazję. Nie mogę znieść wszystkich tych starych-malutkich, którzy twierdzą, że koniecznie trzeba być poważnym i dostojnym. Po wuja? Zarabiam na siebie, moimi zainteresowaniami nikogo nie krzywdzę, a w zawodzie informatyka spora doza fantazji jest wręcz zbawienna. Ale społeczeństwa nie przekonasz, że bycie innym od poważnych korposzczurów nie jest złe.
Tak z siebie to wyrzucić chciałem - bo nie mam nikogo, kto by mnie zrozumiał - za bardzo "dorośli" są na takie bzdety.
Byłam ostatnio z chłopakiem na randce. Wybraliśmy się do kina na jakąś bajkę. W pewnym momencie łzy zaczęły mi lecieć ciurkiem z oczu. On mnie oczywiście przytulił, bo myślał, że to ze wzruszenia. Prawda jest taka, że ostatnimi siłami powstrzymywałam kaszel. Jakbym zaczęła charczeć, kaszleć i chrząkać (byłam jeszcze trochę chora), to w dodatku bym się jeszcze spierdziała.
Mój dziewięcioletni synek wychowuje się bez mamy, która zginęła w wypadku, kiedy młody miał jakieś półtora roku. Staram się być najlepszym rodzicem na świecie, ale wiadomo, że nie zawsze wychodzi.
Niedawno zaczął się rok szkolny. Młody zawsze dobrze sobie radził z nauką, ale od września w jego klasie zmienił się wychowawca i wiedziałem, że będę musiał monitorować jego szkolne życie trochę bardziej niż zwykle. Niestety, wykrakałem. Już po tygodniu dostałem wezwanie do szkoły. Młody pobił się z kolegą. Chłopak nigdy nie sprawiał problemów wychowawczych, jest bardzo spokojnym dzieckiem i nigdy nie był skóry do bójek. Po rozmowie z nową wychowawczynią wziąłem młodego na spytki, ale niczego z niego nie wyciągnąłem.
Po jakimś czasie mój telefon znowu się obudził. Wychowawczyni zadzwoniła do mnie z informacją, że mój syn nie wykonuje żadnych poleceń nauczycieli i jest w stosunku do nich dość opryskliwy. Wtedy zacząłem się martwić, że jednak zawiodłem jako rodzic. Nie wiedziałem co mam robić. Rozmawiałem z nim długimi godzinami, tłumaczyłem, że tak się nie robi. W domu młody zachowywał się tak jak zwykle, więc tym bardziej nie wiedziałem o co chodzi z tymi problemami w szkole.
W ciągu pierwszego miesiąca dostałem kilka wezwań do szkoły, a na pierwszej wywiadówce musiałem zostać jeszcze pół godziny dłużej.
Rozwiązanie problemów przyszło równie nieoczekiwanie.
Pewnego wieczoru młody przyszedł do mnie ze zwieszoną głową i zapytał, czy jestem na niego zły. Wtedy też wreszcie wszystko mi wyjaśnił. Nowa wychowawczyni to młoda, atrakcyjna kobieta, mniej więcej w moim wieku. Mój syn obmyślił sobie plan, że jeśli będzie sprawiał problemy, nauczycielka będzie mnie wzywać do szkoły i w końcu się w sobie zakochamy. Podobno widział to na jakimś filmie.
Z jednej strony mi ulżyło, ale z drugiej uświadomiłem sobie, że faktycznie go zawiodłem.
PS. Powiedziałem o wszystkim wychowawczyni. Nie, nie jesteśmy razem, ale założyłem konto na portalu randkowym. Chcę znaleźć sobie żonę i matkę dla mojego dziecka, żeby miał pełną rodzinę, tak jak jego koledzy.
Dziewczyna mnie rzuciła, bo jestem teraz kimś innym niż wtedy, kiedy mnie poznała, a w ogóle to nie może być z kimś, kto jest rozbity emocjonalnie.
No przepraszam, że dwa dni po pogrzebie mojego młodszego brata nie doszedłem jeszcze do siebie.
Mój brat to był taki typowy Pioter, chciałoby się rzec. Akurat na imię mu Paweł, ale to szczegół. Chude, w dresach, ostrzyżone na jeża i niezbyt toto wydarzone, także intelektualnie, ale na swój sposób też genialne.
Jako brat czuł się zawsze odpowiedzialny za siostrę, nawet starszą. Chciał mnie chronić przed okolicznymi Sebami (którzy coraz śmielej sobie poczynali), ale ani siłownia, ani obiadki u babci nie poprawiały jego tężyzny fizycznej, wpadł zatem na genialny plan - zabrał na siłownię mnie. Duża nie jestem, całe 1,7 metra i 65 kilogramów wagi, za to kondycję mam jak ta lala. Brat ma wzrostu 1,9 m, a waży o dwa kilo więcej, ledwie siatki z zakupami podnosi. Ale nie, nie posłał mnie tam, bym nauczyła się bić. Zabrał mnie tam, bym nauczyła się technik podnoszenia dużych ciężarów. Po co?
Gdy już pod okiem trenera nauczyłam się jak bezpiecznie "rwać", przyszła pora na ćwiczenia z Pawłem i jego Gangiem Suchoklatesiaków ze szkoły. Przy wzmożonej współpracy wypracowaliśmy przez kilka tygodni całkiem ładne przedstawienie, polegające na podnoszeniu ich i "rzucaniu" nimi niczym Kokosz praskający ławą w zbójcerzy.
Po co to wszystko? Dla okolicznych Sebów. Kolegów brata nikt w okolicy nie znał. Chłopaki wywatowali się nieco ciuchami, by wyglądać na masywniejszych i odegraliśmy sztukę pt. "Rudy kurdupel dosłownie rzuca bandą niemal dwumetrowych gości". Skończyły się zaczepki, skończyły próby łapania za spódnicę czy ręce, gdy wracałam do domu, a oni okupowali ławeczkę. Skończyło się też szturchanie i popychanie brata po tym, jak wychyliłam się z okna i zapytałam, "czy mam do panów zejść i im wp*erdolić, czy to jakaś pomyłka?".
A Paweł i jego kumple odkryli w sobie dryg do tańca (breakdance) przez te ćwiczenia. To było trzy lata temu, ja mam spokój, a panowie zdobyli ostatnio nagrodę w międzywojewódzkim konkursie licealnym. Paweł rzucił przez tę pasję tępe gapienie się w telewizor całymi dniami, nabrał względnej krzepy, zaczął solidnie o siebie dbać. Zdobył dziewczynę, która jest cudowną osobą.
Szkoda, że miesiąc temu zabił go pijany kierowca, który wjechał na czołówkę. Pawła nie dało się uratować, pijak wyszedł z tego niemal bez szwanku.
Mam 30 lat, żonę, 4-letniego synka i drugiego w drodze. Mój syn od urodzenia był wychowywany z miłością i szacunkiem, żeby sam był taki jak dorośnie. Mały strasznie dawał nam popalić jak zaczął chodzić do przedszkola, zrobił się jak typowe „brajanki”, płakał gdy na coś z żoną mu nie pozwalaliśmy, rzucał się na podłogę w sklepie, nie słuchał się. Na nic nie zdawały się rozmowy, dotychczasowe kary, nagrody...
Pewnego dnia po jednej z takich akcji nie wytrzymałem, obiecałem sobie, że nigdy tego nie zrobię, a jednak, przełożyłem małego przez kolano i dałem kilka klapsów na tyłek. Mały przestał wrzeszczeć, nie płakał, był zdziwiony co się stało. Po chwili zaczął zbierać zabawki i układać na miejsce. Sam jestem w szoku, nigdy nie chciałem tego zrobić i mam nadzieję, że więcej nie dam ani jednego klapsa, ale jak widać pomogło coś, czego się wyrzekałem.
Może nie jest to do końca wyznanie jakie lubicie, ale bardzo chciałabym się anonimowo podzielić swoimi przemyśleniami dotyczącymi akcji charytatywnych. Jestem matką pacjenta hematologii i wolontariuszką w szpitalu i jako że zbliża się okres akcji charytatywnych, chciałabym Wam opisać na kilku przykładach, jak to wygląda oddział w grudniu.
Telewizja, błysk fleszy, gazety. Piłkarze przynoszą pluszaki, szkoły wysyłają delegacje itp. W grudniu przez oddziały przewija się naprawdę mnóstwo osób chcących pomóc, większość z nich niestety nie potrafi zachować ciszy, szacunku, może jedna na dziesięć osób pyta, czy może zrobić sobie zdjęcie z biednym, łysym, podpiętym do czterech rurek dzieckiem. Kiedy słyszą odmowę część rozumie, część jest oburzona, bo przecież jest moda na #charity. To naprawdę widać, że większość z tych akcji jest organizowana dla własnego wizerunku, osobistej chęci zrobienia czegoś dobrego, jednak nie do końca przemyślanego. W ciągu jednego pobytu w szpitalu pięć razy wywalałam z sali grupy ludzi, którzy nawet bez pukania wpadali do nas z kamerami, gitarami i kolędami śpiewanymi zdecydowanie za głośno jak dla dziecka śpiącego po chemioterapii.
Nieprzemyślane prezenty i ich nadmiar (serio) to kolejne utrapienie. Co mamy zrobić z dziesiątą maskotką w tym tygodniu, co ślepe dziecko ma zrobić z kredkami, po co niemowlęciu puzzle. Madki oczywiście zawsze znajdą sposób "o, to damy Kasi, to kuzynce Basi, a to zostawimy dla Brajanka i już nie musimy kupować dzieciakom z rodziny prezentów".
Po skończonej akcji charytatywnej oczywiście można znaleźć zdjęcia swojego dziecka umieszczone bez niczyjej zgody na różnych stronach. Uwierzcie, że niektórzy rodzice nie chcą, aby ich dziecko było pokazywane w takim a nie innym stanie. Ale nikt o zdanie nie pyta. Kiedyś nie pozwoliłam ekipie telewizyjnej wejść na salę, to nas filmowali przez zamknięte przeszklone drzwi.
Oczywiście doceniam to, że ludzie chcą przychodzić i chcą pomagać. Fajnie byłoby natomiast, gdyby zamiast kolejnego pluszaka syn dostał wypis. Zamiast worka zabawek chcielibyśmy, aby te pieniądze zasiliły konto fundacji współpracującej ze szpitalem, aby zamiast kolejnej kolorowanki lub breloczka od drużyny siatkarskiej ktoś się z synem pobawił, abym ja mogła iść coś zjeść i napić się kawy. Fajnie by było, gdyby zamiast puzzli ktoś wywołał uśmiech na twarzy dzieci organizując teatrzyk lub spędzając z nimi czas, robiąc ozdoby, które to dziecko może wziąć do domu.
Bo takie wizyty ze szlachetnie zebranymi pluszakami trwają zazwyczaj 30 sekund, w hałasie i w towarzystwie błysków lampy aparatu, a potem znów zostajemy sami.
Obecnie moje dziecko ma siedem lat i od 7 lat co roku obserwuję ten sam grudniowy szpitalny cyrk. To co robią wolontariusze jest dobre, lecz byłoby to znacznie lepsze, gdyby zostało przemyślane nie tylko pod kątem lajków.
Pewnego wieczoru siedząc przed kompem naszła mnie ochota na jakąś niezdrową przekąskę. Jako że takowej w domu nie posiadałem, udałem się do najbliższego monopolowego. Kiedy wziąłem co chciałem i byłem gotowy iść do kasy, moją uwagę przykuły pewne orzeszki. Ale nie byle jakie. Orzeszki z wasabi. Jako że jeszcze nigdy ich nie próbowałem, postanowiłem załadować do koszyka jedną paczkę. Po zakupach udałem się w stronę domu. Uznałem, że mógłbym umilić sobie drogę zakupionymi przed chwilą orzeszkami. Nieświadomy niczego otworzyłem paczkę i zdecydowanie wsypałem kilka z nich do ust.
Jeszcze nigdy nie poczułem czegoś takiego. Chciałbym powiedzieć, że miałem ochotę je po prostu wyrzygać albo zejść na zawał, ale to był wyższy poziom męczarni.Jak nigdy wcześniej zapragnąłem po prostu przytulić się do mojej mamy i się jej wypłakać, że boli i że smutno, że ta Azjatka na opakowaniu tylko udaje szczęśliwą, a te orzeszki są złem. Myślałem, że zaraz padnę na kolana i zwinę się w kulkę. Mój mózg został sparaliżowany smakiem detergentów zakrapianych lakierem do włosów.
Łzy napłynęły mi do oczu, ale jako dzielny chłopak doszedłem bezpiecznie do domu, nie zapominając o pozbyciu się powodu traumy w przydrożnym koszu.
Chciałem tylko wyrazić swoją nienawiść do wasabi. Dziękuję.
Dodaj anonimowe wyznanie