#CctZV

Idę sobie w piątkowy wieczór na randkę z nowo poznaną dziewczyną. Wystroiłem się, założyłem nowiutkie buty. Elegant. Zaprosiłem ją do restauracji niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Poszedłem na skróty przez park. No i kurde mać nie zauważyłem na swojej drodze psiej kupy, a przez podniecenie nawet tego nie poczułem.

Poczuła ona podczas kolacji, wtedy to i ja się skapnąłem, że coś śmierdzi. Widziałem grymas na jej twarzy. Stwierdziłem, że obrócę tę wpadkę w żart, a przynajmniej miał być żart. Powiedziałem, że tak pachnie środek na śmierdzące stopy, którego użyłem. To był duży błąd. Szybko zakończyła nasze spotkanie i więcej się już nie spotkaliśmy.

#rhuXR

Jakiś czas temu wybraliśmy się z mężem na wesele do naszych dobrych znajomych. Wesele miało być w mieście oddalonym od naszego o około 200 km.

Umalowałam się, ogarnęłam włosy i założyłam odświętną sukienkę, a mój mąż ubrał już-nie-tylko-ślubny garnitur i ruszyliśmy w drogę. Przybyliśmy pod kościół dziesięć minut przed ślubem. Na miejscu, ku naszej konsternacji, była obecna grupka jedynie ok. 10 nieznanych nam osób. Pięć minut później z kościoła wyszli goście i para młoda (nie byli to nasi znajomi). Przy okazji dowiedzieliśmy się, że osoby, które widzieliśmy wcześniej były gośćmi ww. pary młodej.

Mąż zadzwonił do kolegi, który też miał być na ślubie i zapytał gdzie oni są. Po jego wyrazie twarzy zorientowałam się, że coś ewidentnie było nie tak.
Pomyślałam, że może pomyliły nam się kościoły, albo godzina mszy, albo miejscowości (ślub i wesele miały być w innych miejscowościach).

Gorzej.

Ślub miał być za tydzień!
Jak to mówią: śmiechom nie było końca :D

#4yOuM

Ostatnio byłam świadkiem kradzieży.

Czasem jeżdżę do znajomych w różne krańce Polski, w celu odwiedzenia znajomych, w tym mieście spotkałam się z moimi kuzynami, do których rodzice zadzwonili by zrobili po drodze małe zakupy. Udaliśmy się do owadziej sieciówki. Trochę się wygłupialiśmy, tak że nieco głupio było mi podejść do kasy, bo panie w sklepie ewidentnie humor ten nie bawił. Jako, że kupowałam pierwsza jakąś drobną rzecz, to poczekałam za kasą by pomóc im z zakupami. Przy kasie gdy moja kuzynka już wyjmowała kartę do płacenia,  zobaczyłam zgrzewkę napojów stojącą koło nogi jej brata. Spytałam czy dał to do skasowania, a ten kazał mi się tylko uciszyć. Zszokowana wyszłam ze sklepu, moje kuzynostwo uznało to za super-zabawne, że właśnie przed nosem kasjerki wynieśli towar, ja o nim wspomniałam, a i tak im się udało. Czułam się zażenowana.

Usłyszałam jedynie, że jestem sztywniarą, bo "zawsze muszę być taka idealna".

Powiedziałam, że jakby nie patrzeć to była kradzież, na co powiedzieli, że o właśnie takim zgrywaniu perfekcyjnej mówili i że nikt za to nie będzie płacić, bo sieciówka wpisuje to w straty. I co z tego? Straty wywołane kradzieżą to nadal kradzież.
Ogólnie poczułam się dziwnie, nie wiem co o tym myśleć. Nie mam co mówić im rodzicom, bo oni pewnie im by jeszcze przyklasnęli, że hehe przechytrzyli durną kasjerkę. Nie, nie są biedni ani potrzebujący, ale tak, czasem im się zdarzają, lekko mówiąc, nieprawidłowe zachowania. Nie mnie oceniać, wszyscy są dorośli i ich sprawa, że chcą tacy być. Boli mnie trochę, że w sumie duża część rodziny uważa mnie za gorszą i dziwaczkę, bo nie lubię patologicznych zachowań.

Nie mam komu nawet tego powiedzieć, bo rodzina uzna to co zrobili za fajne, a własnym znajomym wstydzę się przyznawać do posiadania takiej familii. A w sklepie mnie zatkało, teraz jednak czuję się winna udziału w zbrodni. Ogólnie potrzebowałam się tym z kimś podzielić i uważam, że to dobre miejsce...

#64PUL

Gwoli wyjaśnienia: mojego męża kocham najbardziej na świecie. Uwielbiam, kiedy jest blisko, kiedy mnie przytula, naszemu pożyciu intymnemu też nic nie brakuje ;).
Jest tylko jeden szkopuł: nienawidzę z nim spać.
Mamy spory materac; on się nie wierci za szczególnie, chrapanie zdarza się okazjonalnie. Ale ja po prostu nie znoszę dzielić z nim łóżka w kwestii spania!
Najszczęśliwsza jestem, gdy wyjeżdża w parudniowe delegacje i wiem, że puchowe królestwo będzie wyłącznie w moim władaniu. Wysypiam się wtedy za wszystkie czasy. Z nim... raczej kiepsko.
Ostatnio sama dyplomatycznie zachęcam go do wyjazdu na targi, którego nie jest pewien. Marzę o spaniu solo przez tydzień. Szczytem szczęścia byłyby dla mnie osobne sypialnie... Oczywiście mu tego nie powiem, byłoby mu bardzo przykro.
Naprawdę nie znam powodu swojego zachowania i mam poczucie winy.

#3Jgkq

Trzydzieści lat temu miałam pięć lat i mieszkałam w gospodarstwie w małej wsi pod Lublinem. Mama, tata, ja i dwójka rodzeństwa, stara chałupa po dziadkach, stodoła, stajnia, kurnik, pola i lasy. Pewnego sierpniowego dnia nadeszła straszna burza, która utrzymywała się przez trzy dni. Na dworze godzinami było niemal czarno. Z domu wychodzili tylko rodzice, gdy nieco się uspokajało, by ogarnąć zwierzęta.

Trzeciego wieczora z zewnątrz zaczęły dochodzić skrajnie dziwnie odgłosy. Nie będę próbować ich opisywać, bo to bez sensu. Były tak dziwne, że nie przypominały niczego co znaliśmy. Mama czym prędzej zapakowała nas do łóżek, a tata z siekierką do mięsa usiadł na stołku przy drzwiach i czuwał. Dźwięki te stawały się coraz głośniejsze, aż nie wytrzymał i stwierdził, że idzie to sprawdzić. Mama prosiła żeby nie szedł, ale tata poszedł. Wziął ze sobą latarkę, siekierkę i zniknął. Dźwięki ustały po około pół godziny, ale tata nie wrócił.

Szukali go wszyscy, wszędzie. Kamień w wodę. Po 10 latach tatę prawnie uznano za zmarłego. Postawiliśmy mu symboliczny grób. Pięć lat temu, już jako dorosła osoba, jak co tydzień odwiedziłam ten grób i mamę, który nigdy nie chciała się wyprowadzić licząc, że ojciec wróci. Poszłam na spacer naszą starą ścieżką, którą tata zawsze zabierał nas na grzyby i jagody. Często bawiliśmy się tam w chowanego, ganianego, podchody. Zrobiło mi się strasznie smutno, nie doszłam do końca. Postanowiłam nagle odbić i "na siagę" przedrzeć się przez las do głównej drogi. Modliłam się, zagapiłam, wpadłam w dołek tak mniej więcej po pas. Stara piwnica po spalonej przez Niemców leśniczówce. Gdy się wygrzebywałam ze stery śmieci, liści, ziemi, wygrzebałam też niechcący ludzką żuchwę. Ledwie pamiętam, jak stamtąd uciekałam.

Policja, pogotowie, bo się poraniłam po drodze. Są szczątki, kości. Ale nie mojego taty. Pogrzebany tam człowiek miał rozwaloną czaszkę i tylko tyle się dowiedzieliśmy. Wszczęto dochodzenie. Trwało długo ale... mój tata się znalazł. Na Białorusi. Żywy.

Uciekł, bo niechcący, w panice zabił tamtego człowieka. Co robił w naszym obejściu i czego chciał, ani jak wydawał te dźwięki nikt nie wie. Tata dał mu w łeb z zaskoczenia, z przestrachu. Gdy to zobaczył, schował ciało w tamtej zapomnianej piwniczce i uciekł tak jak stał, bo się bał. Lokalne powodzie, ogólny bajzel i cyrk pomogły mu zatrzeć ślady. Gdy się spotkaliśmy, miał już dość mocną demencję i pamiętał tylko to i to, jak bardzo za nami tęsknił, martwił się i bał. Przez cały ten czas dużo pił. Bardzo dużo.

Sprawa dalej się ciągnie. A ja sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Jestem przy nim na ile mogę. Mamy już nie mam, nie wytrzymała tego.

#zXHo1

Pracuję w dużej firmie. Wielka hala i 4 zmiany, 9 grup po kilkadziesiąt osób każda sprawiają, że każdy z nas zna tylko ludzi ze swojej grupy i właściwie to tyle.

Jako, że od każdej reguły jest wyjątek, są pewne panie, które kojarzą wszyscy.

Panie w wieku 55+ zajmują stały kącik ochrzczony przez nas 'Salem'. Nie bez powodu.
Pracuje tam 5 rozgoryczonych, zakompleksionych, pełnych nienawiści do wszystkiego i wszystkich wiedźm. Cała 5 to mieszkające z kilkoma kotami stare panny, całkowicie bezkrytyczne w stosunku do swojej osoby. Ich potencjalni wybrankowie uciekli oknem jakieś 30 lat temu, a kurz do tej pory unosi się nad drogą.

Osobniki te są chorobliwie otyłe, szacunkowo 110 kilo wzwyż. Dwie z nich mają problem z korzystaniem z toalety, bo kabiny są wąskie. Higiena osobista to też dość ciężki temat.

Ulubionym zajęciem czarownic jest przynoszenie własnoręcznych wypieków i raczenie się nimi podczas pracy. Serio, one nieustannie coś jedzą. Może po prostu lubią, a może to sposób na frustrację, nie wiem.
Ich drugą pasją jest uprzykrzanie życia innym i osiągnęły już mistrzostwo w swoim fachu. Nie ma takiej osoby w naszym gronie, która by nie miała do czynienia z ich złośliwością przynajmniej raz.
*Widzę, że się spieszysz? Zablokuję przejście i idź dookoła.
*Masz dobry humor? To ja powiem szefowi, że się obijasz.

I tak dalej.

W czym tkwi sedno sprawy?
Ostatnio modnym tematem jest 'dyskryminacja' osób otyłych. Temat aktywnie podchwycony przez Salem i wykorzystywany w każdej możliwej sytuacji. Bo świat jest zły i każdy jest przeciwko nim. Każdy tylko czeka, żeby powiedzieć coś niemiłego. Wszyscy inni są źli. W nich samych nie ma przecież nic niewłaściwego, prawda?

#3Pj9T

Podczas wakacji nasza szkoła przeszła remont, gdzie między innymi odnowiono salę gimnastyczną i wymieniono stary zużyty parkiet na piękną, nowoczesną posadzkę.

Przyszedł początek września i jak wiadomo z okazji rozpoczęcia nowego roku szkolnego został zorganizowany uroczysty apel, nie gdzie indziej, jak na wspomnianej wcześniej sali. Wszyscy na galowo, pełna elegancja, na drzwiach wejściowych do sali powieszone zostało nawet ogłoszenie, żeby wchodzić tylko w zmienionym obuwiu, jednak jak się okazało to ogłoszenie dotyczyło chyba tylko uczniów, ponieważ jedna z pań nauczycielek postanowiła przyjść w szpilkach. I to nie byle jakich, w życiu nie widziałam tak cienkich obcasów, już z daleka było ją słychać, jak przechadza się szkolnymi korytarzami, zmierzając na miejsce apelu i kompletnie nie przejmując się niczym, wparowała na salę.

Nie wiem z czego dokładnie jest ta podłoga, ale jest dość miękka, a obcasy szanownej pani nauczycielki dosłownie zatapiały się i zostawiały w niej dziury podobne do tych, jakie powstają w rozgrzanym asfalcie. Nie zareagował kompletnie nikt, chociaż widziałam, że parę osób się temu przyglądało, jednak nikt jej nic nie powiedział. Ja też nie, bo jestem tylko zwykłą szarą uczennicą, więc jakoś głupio mi było zwracać uwagę nauczycielce (bądź co bądź młodej i nawet sympatycznej), która ma być dla mnie autorytetem. Nie znam się, może się mylę, bo nie chodzę w takich butach, ale jestem prawie pewna, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje pod jej nogami, a wyglądało to tak, jakby się tym kompletnie nie przejmowała.

W piątek był dzień nauczyciela i cała sytuacja się powtórzyła. Teraz są dziury nie tylko przy wejściu i drabinkach, ale także i przed jedną z bramek i wszędzie tam, gdzie przechodziła. Powiedzcie mi, co trzeba mieć w głowie, żeby robić takie rzeczy i nie dbać o wspólne mienie? To uczniom się każe nosić obuwie z miękką podeszwą pod groźbą uwagi, czy obniżonego zachowania, a pani nauczycielka może beztrosko przechadzać się w szpilkach bez żadnych konsekwencji? Tylko jeszcze kilka takich imprez z udziałem tej pani, a podłoga będzie wyglądać jak sito… A może to ja jestem przewrażliwiona i wszystko jest okay? Zdarzyło się Wam zaobserwować podobne sytuacje?

Dodam tylko (bo może to ważne), że ona praktycznie codziennie chodzi w takich butach i o ile w zwykły dzień nie ma większego problemu (uczy matmy, więc na salę nie zagląda), tak właśnie podczas szkolnych uroczystości jest masakra. U innych nauczycielek, czy też mam dzieci również zdarzają się czasem obcasy, ale nie aż tak cienkie i nie robią aż takich szkód.

#mWoPx

Nie mogę żyć bez mojego kota.

Od dwóch lat mieszkam w internacie. Na weekendy i święta wracam do domu.

Jakoś pod koniec czerwca dostałam kota. Pokochałam go, spędzaliśmy ze sobą każdą chwilę. Niestety musiałam się wyprowadzić. W internacie jestem w poniedziałek rano. We wtorek na wieczór już nie mogę wytrzymać, i najczęściej w środę wracam do domu. Nie umiem żyć bez kota. Nie jest to mój pierwszy kot w życiu, ale do tego jestem najbardziej przywiązana, i on do mnie też. Zawsze kiedy wracam, on pierwszy mnie wita, miauczy, wskakuje na mnie i mruczy. Chodzi za mną krok w krok, nie wychodzę nigdy sama nawet na papierosa, kot zawsze chodzi ze mną.

Nie wiem czy to normalne, ale tylko tutaj o tym napisałam. Boję się powiedzieć komukolwiek, boję się że mnie wyśmieją. Wyprowadzam się z internatu do końca października, mama myśli że nie układa mi się ze znajomymi.

#IM2im

Mieszkam tuż obok moich dziadków, co skutkowało częstymi wizytami obu stron. Za każdym razem, gdy moi rodzice starali się mnie przekonać do odwiedzin staruszków, wymigiwałem się na różne sposoby - a to lekcje trzeba odrobić, pokój posprzątać lub nieraz wprost z czystego lenistwa odmawiałem pójścia w odwiedziny. Ojciec zawsze kwitował to słowami: "Nie wiesz ile masz czasu, tym razem lepiej chodź z nami", na co ja zawsze odpowiadałem, że czasu mam dużo.

Czas właśnie się skończył. Nie zdążyłem.
Tak bardzo mi przykro.

#N3fYm

Mam żonę i dwójkę dzieci. Jesteśmy szczęśliwi mimo, że absolutnie nie kocham żony. Nie wiem skąd to parcie na miłość i uważanie, że bez niej wszystko się sypie. Nigdy Oli nie kochałem, w sumie nie kochałem też nikogo innego. Była śliczną czarnowłosą dziewczyną, podobała mi się, była nawet mądra i porządna. Zdecydowałem się z nią umówić. Mówiłem jej słodkie słówka, spacerowaliśmy, spędzaliśmy razem czas. Jak to w związku, potem wspólna studniówka, matura i studia. Związek wszystko przetrwał. Dla mnie było w porządku. Im dłużej z nią jestem tym bardziej jest dla mnie ważne, żeby wszystko było dobrze. Za dużo czasu i wysiłku włożyłem w tą relację. Ona ma wszystko co jej trzeba, pomagam jej w domu, ma pieniądze, zapraszam ją na kolację od czasu do czasu, jeździmy na wakacje. Ale nigdy nie powiem jej, że jej nie kocham.

Ludzie to źle rozumieją. Dla wszystkich to od razu zdrada, rozwód i nie wiadomo co. A ja chcę z nią być z rozsądku i dla spokoju. Nie kocham nikogo, więc nie mam zamiaru jej zdradzać. Nie kocham nawet moich dzieci, to jednak nie znaczy, że ich nie chciałem. Wręcz przeciwnie. Ale to nic złego moim zdaniem. Niech one wierzą, że tak nie jest. Spędzam z nimi czas, szanuje ich matkę i wychowuje je na porządnych ludzi. I tyle wystarczy, moim zdaniem liczą się czyny nie motywacje.
Dodaj anonimowe wyznanie