Mam żonę i dwójkę dzieci. Jesteśmy szczęśliwi mimo, że absolutnie nie kocham żony. Nie wiem skąd to parcie na miłość i uważanie, że bez niej wszystko się sypie. Nigdy Oli nie kochałem, w sumie nie kochałem też nikogo innego. Była śliczną czarnowłosą dziewczyną, podobała mi się, była nawet mądra i porządna. Zdecydowałem się z nią umówić. Mówiłem jej słodkie słówka, spacerowaliśmy, spędzaliśmy razem czas. Jak to w związku, potem wspólna studniówka, matura i studia. Związek wszystko przetrwał. Dla mnie było w porządku. Im dłużej z nią jestem tym bardziej jest dla mnie ważne, żeby wszystko było dobrze. Za dużo czasu i wysiłku włożyłem w tą relację. Ona ma wszystko co jej trzeba, pomagam jej w domu, ma pieniądze, zapraszam ją na kolację od czasu do czasu, jeździmy na wakacje. Ale nigdy nie powiem jej, że jej nie kocham.
Ludzie to źle rozumieją. Dla wszystkich to od razu zdrada, rozwód i nie wiadomo co. A ja chcę z nią być z rozsądku i dla spokoju. Nie kocham nikogo, więc nie mam zamiaru jej zdradzać. Nie kocham nawet moich dzieci, to jednak nie znaczy, że ich nie chciałem. Wręcz przeciwnie. Ale to nic złego moim zdaniem. Niech one wierzą, że tak nie jest. Spędzam z nimi czas, szanuje ich matkę i wychowuje je na porządnych ludzi. I tyle wystarczy, moim zdaniem liczą się czyny nie motywacje.
Dodaj anonimowe wyznanie
Chyba jednak ich kochasz, tylko na swój sposób. Nie każdy kocha na zabój czy namiętnie. To, ze ci na nich zależy, nie opuszczasz ich,doceniasz ich i się troszczysz to jest miłość.
A nawet jeśli jednak to nie miłość, to według jego relacji jest dużo lepszym mężem i ojcem od wielu tych "kochających". Jak dla mnie układ w porządku, bo wszyscy są mimo wszystko zadowoleni.
Mówisz, że nie kochasz ani żony, ani swoich dzieci. Ale czy kiedykolwiek powiedziałeś swojej żonie, czy dzieciom, że ich kochasz? No bo ok, czyny, czynami, tj. dajesz kwiaty całujesz, itp. Ale przecież słowa "kocham cię" musiały kiedyś paść? Jakoś musiałeś wyrazić uczucia w stosunku do żony. Musiała wiedzieć, że ją kochasz, by wyjść za ciebie. No chyba, że zrobiła to z rozsądku i jej nie zależało by choć raz wy życiu usłyszeć, że ją kochasz?
Oczywiście, że mówiłem. To, że nie czuję miłości to nie znaczy, że nie mówię. Trudno byłoby żyć bez tego.
Kiedyś pewna starsza pani wspominała w wywiadzie swojego znanego, zmarłego męża.
Powiedziała, że on był skrytym człowiekiem, że nigdy nie mówił o uczuciach, nigdy nie powiedział jej że ją kocha. Ale ona zawsze czuła się kochana. I dzieci też czuły się kochane, nigdy w to nie wątpiły.
Tym bardziej, że to mi wygląda na coś z emocjami, jakiś problem.
Nie mam problemu z emocjami. Raczej z ich brakiem. Nie odczuwam zbyt wiele. Jestem racjonalistą liczy się dla mnie chłodna kalkulacja i tyle. Nie uważam się za spaczonego, bo nie sprawia mi radości cierpienie innych, po prostu wszystko mi jest obojętne.
To właśnie jest problem z emocjami Konioeg
Proszę, nie uznajecie, że udaję psychologa czy coś, autentycznie chce znać Wasze zdanie.
Bycie dobrym człowiekiem to decyzja, że chce się postępować jaknajlepiej, nie tylko bezwolne uleganie uczuciom typu litość, empatia.
W takim rozumieniu, psychopata jaknajbardziej mógłby być dobra osobą, po prostu miałby trudnej (nie wspierany empatią).
Czy nie tak dokładnie jak autor działałby psychopata będący dobrym człowiekiem?
@Serwatka31
Po pierwsze, psychopaci są pozbawieni empatii odpowiedzialnej za współodczuwanie (bo niepoprawnym jest stwierdzenie, że oni są pozbawieni empatii w ogóle - jest jej kilka rodzajów i niektóre z nich mają, inne nie).
Po drugie, przechodząc do sedna, bycie dobrym człowiekiem w przypadku psychopatów jest trochę bardziej skomplikowane. Oni nie tylko nie odczuwają emocji, ale też np. nie ulegają poczuciu winy. Nie działają z pobudek moralnych, gdyż ich nie mają, podobnie jak wyrzutów sumienia. W swoich działaniach dążą do maksymalnego zysku dla siebie, poszukują doraźnych przyjemności. Manipulują ku swojej korzyści, nawet nie zawsze robią to świadomie.
Według psychopaty decyzja o byciu dobrą osobą jest po prostu nieopłacalna, dlatego też jej nie podejmie.
Zakładając, że autor byłby psychopatą, który pragnie rodziny, domu, dzieci, jego sytuacja wyglądałaby mniej więcej tak:
Żona nie byłaby szczęśliwa. Początkowo związki z psychopatami są cudowne, powie Ci to każdy, kto kiedykolwiek w takim był. Po dłuższym czasie (dłuższy to kilka miesięcy) zaczynają się sypać po całości, w ten sposób, że psychopata zdejmuje maskę księcia z bajki, a druga połówka staje się ofiarą w toksycznym związku.
Autor nie pomagałby w domu, bo po co (czas można spożytkować lepiej), chyba, że miałby w tym jakiś bardzo konkretny cel (inny, niż odciążenie zmęczonej żony). Nie wydawałby na nią czy dzieci bezinteresownie dużych pieniędzy (brak częstych kolacji, wyjazdów etc.) Bardzo prawdopodobne, że notorycznie by ją zdradzał, pewnie i z kobietami i z mężczyznami (to częste wśród psychopatów), w poszukiwaniu wrażeń i nowości (uprawianie seksu z jedną i tą samą osobą przez kilka lat nawet dla zwykłych ludzi często robi się nużące i nudne, a co dopiero dla psychopatów!). Mógłby stosować przemoc co do żony czy dzieci (psychiczną i/lub fizyczną). Dzieci zapewne padłyby ofiarą chociaż przemocy psychicznej, mógłby wyrządzić im w ten sposób krzywdę nawet nieświadomie.
Po pierwsze: Noo, właśnie to powiedziałam.
Po drugie: To wiem, rozważam opcje, czy możliwe, by psychopata wybrał sobie cel bycie dobrym człowiekiem i potem wszystko zimno kalkulował w drodze do osiągnięcia swojego celu, a więc swojej korzyści.
A ty wyglądasz na podróbke psychologa
Właśnie o tym pisałam, najprawdopodobniej by sobie nie wybrał, bo to nie jest opłacalne w jego rozumowaniu.
Przeczytajcie koniecznie jego komentarze poniżej. Czyli mialam rację myśląc na studiach, że niektórzy wykładowcy to psychopaci bez uczuć... ;-)
Ja nie jestem pełnoprawnym wykładowcą, lubię ludzi ze środowiska akademickiego i zadaje się z takimi osobami, bo można z nimi podjąć inteligentną dyskusję, ale na uczelni pracuję tylko kilka godzin w miesiącu. Zajęcia na uczelni prowadzę, bo taki jest wymóg na studiach doktoranckich, żeby określoną liczbę godzin ze studentami odhaczyć. Poza tym normalnie pracuję. Kariera akademicka to dla mnie jedynie dodatek, wielkich zysków z tego nie mam, robię to głownie dla spełnienia swoich ambicji w czasie wolnym. A pracę ze studentami lubię. I nie dręczę ich, bo po co. Robią co chcą, to ich decyzja czy się uczą czy nie. Poza tym nikogo nie uwaliłem jeszcze, a nawet jak bym chciał to mnie też sprawdzają i oceniają. Nie prowadzenie zajęć sam.
Tym wszystkim co piszą, że koleś jest normalny i w porządku radzę poczytać jego komentarze pod tym wyznaniem. Zwłaszcza ten o rozstrzelaniu swojej rodziny podczas wojny. To psychopata.
Ten komentarz jest właśnie bardzo racjonalny i wyważony. Wojna to wojna, rządzi się innymi prawami. Chcesz patrzeć jak kilku gości gwałci twoją żonę i córkę, a potem daje im kulkę w łeb, czy wolisz im oszczędzić cierpienia? Nigdy do końca nie wiemy jak byśmy się zachowali w takiej sytuacji.
doznudzenia - tak bardzo racjonalne, szczególnie to, że za odpowiednią cenę sprzedałby każdego. A rodziny nie chciałby stracić bo mu runie jego porządek dnia.
Zgadza się - ziomuś jest psychopatą. Niezdolność do odczuwania "wyższych" emocji jest właśnie jedną z głównych oznak tego zaburzenia. Często psychopatia kojarzona jest przede wszystkim z seryjnymi mordercami i szaleńcami, jednak jest to błąd. Polecam autorowi wyznania trochę poczytać na ten temat.
@lavande
Każdy ma swoją cenę. Nie dla każdego są to pieniądze.
Nie wiem czemu autorze, ale czuje ze nie mogłabym Cie polubić. Wydajesz mi się dziwnym człowiekiem, i to takim w złym tego słowa znaczeniu. Ale to tylko moje zdanie.
Teoretycznie gdyby ktoś z Twojej rodziny nagle zachorował na ciężką chorobę, to starałbyś się zrobić wszystko, żeby tę osobę wyleczyć? Chodzi mi o poświęcone środki- niżej pisałeś o tym, że każde życie ma swoją cenę.
Co z Twoimi rodzicami? Jakie miałeś relacje z nimi?
Gdyby ktoś zachorował to bym mu pomógł. Ale co innego dać kilka tysięcy, no może kilkanaście ( zależy czy by mi ewentualnie oddali czy może to ktoś kto i tak ma 80 lat i tak czy siak umrze nie długo więc szkoda kasy), a co innego jak wariat sprzedać dom, samochody, wyczyścić konta, lokaty i sprzedać akcje. Tego bym nie zrobił. Jeśli by ktoś umarł, to zależy jak bardzo mi pomagał. Jeśli zmarł ktoś z rodziny, kto dawał mi prezenty w dzieciństwie czy ktoś z krewnych , kto teraz opiekuje się moimi dziećmi (choć one mają zazwyczaj opiekunkę) to owszem szkoda potencjalnych korzyści. Ale jeśli bym dostał ogromny spadek to trudno, byłoby to lepsze niż życie kogoś kto mi nie pomaga. Szkoda mi by było wujka, bo zawsze to ktoś fajny na grilla, żartuje, można z nim na grzyby, ryby pojechać. Zna się na autach itp. To są korzyści, jakby zmarł to szkoda potencjalnych przyszłych wypraw rodzinnnych i smętnej atmosfery przy stole wigilijnym. Ale nie byłoby mi smutno. Ludzie są warci tyle, co dobre wspomnienia i ich wsparcie. Dlatego los wujka by mnie obszedł, ale to czy zginie ktoś obcy z drugiego końca Polski czy tym bardziej Afryki mnie nie obchodzi. Gdyby Ola lub dzieci zachorowały starałbym się ich leczyć. Kilkadziesiąt tysięcy bym mógł wydać. Ale gdyby okazało się, że moje dziecko potrzebuje leczenia za 1,5 mln, a potem do końca życia 5 tys miesięcznie na leki to niestety nie podejmowałbym takich durnych działań nie przynoszących korzyści. Nawet jak bym sam umierał, to bym się nie ratował za wszelką cenę. Wydałbym tyle ile trzeba, ale gdyby okazało się, że niezaprzeczalnie umieram, to bym ukrócił swoje męki, a pieniądze bym zostawił Oli i dzieciom. Moje geny by przetrwały i miały to co im potrzeba.
Rodziców mam oboje, są dość bogaci, ale stereotypowi jak małpy nosacze. Co chwilę robią awantury z sąsiadami o to kto bogatszy i kupują nie wiadomo co. Dlatego ich unikam. Widuje ich kilka razy w roku, na różne święta czy jak czasem zostawiam im wnuki pod opiekę.
Ale dość rzadko głównie wtedy kiedy z Olą wyjeżdżamy na romantyczny weekend, bo rocznica czy jakąś inna okazja. Oni nie mogą za często zajmować się dzieciakami, bo je strasznie psują i rozpuszczają. No wiadomo dziadkowie czasem powinni wnuki widywać, ale moi rodzice przeginają. Jak tylko dzieciaki są u nich to całe osiedle musi o tym wiedzieć, żeby sąsiadów szlag trafił z zazdrości. No po prostu taki typ ludzi. A ja mimo wszystko nie chcę dziwić rozpieszczać. Ale mam dwie młodsze siostry i z nimi dogaduje się lepiej.
Trochę to wszystko takie.. Śliskie. Nie wiem. Strasznie obce. Tylko z drugiej strony, czy to takie złe? Skoro twierdzisz, że żona i dzieci czują się kochane, niczego im nie braknie (nie chodzi mi o dobytek materialny) z Twojej strony, to wydaje mi się to być w porządku.
Jednak nie potrafię sobie wyobrazić, żeby być w Twojej skórze. Nie brak Ci takiej namiętności, pasji, prawdziwej złości, zazdrości itp? Nie odczuwałeś tego, to pewnie nie wiesz, czego brakuje.. Co nie zmienia faktu, że dla mnie to takie życie bez ognia.
Zależy co dla kogo ważne. Ja bym nie mogła być z moim mężem gdyby nie łączyło nas duże uczucie, przyjaźń itp. No nie i już. Wiem że on czuje to samo.
A tak btw: skoro nie mówisz jej że ją kochasz to ona nigdy o to nie zapytała? Sama nie powiedziała tego? Jeśli tak to co jej na to powiedziałes?
Oczywiście, że mówię. Czemu by nie? Tak jest łatwiej. Ale w to nie wierzę. Nie ma dla mnie miłości jako takiej. Nie miałem nigdy ściskania w żołądku, tęsknoty za kimś czy rozpaczy po stracie bliskich. Ważni ludzie to ci których najdłużej znam. Wtedy co najwyżej szkoda mi wspólnych lat, spędzonego czasu i wydanych pieniędzy. Ja wszystko kalkuluję na matematykę. Zyski i straty.
Sam mowiles, ze nigdy jej nie powiesz ze ja kochasz, a teraz piszesz ze oczywiście ze mówię? Moim zdaniem to wyznanie to jedna wielka ściema, albo masz nie po kolei w glowie
No właśnie. Napisałeś że nigdy jej tego nie powiedziałeś. Więc jak? ;)
Napisałem, że nigdy nie powiem jej, że nie kocham jej. Przeczytajcie jeszcze raz pierwszy akapit, ostatnie zdanie mojego wyznania. A potem przyznajcie się do swojego błędu.
"Ale nigdy nie powiem jej, że jej nie kocham."
Może gdybyś ich stracił to byś się przekonał.
Tak jakoś przypomniał mi się ten facet, który podpalił swój dom i zginęła jego rodzina bo chciał mieć kasę żeby spłacić długi. Z badań wyszło, że jest niezdolny do uczuć wyższych, nie kochał swojej żony ani dzieci, mimo to normalnie funkcjonował w swojej rodzinie. Czy ty też byłbyś w stanie zrobić krzywdę swojej rodzinie żeby ocalić własną dupę?
Nie chciałbym ich stracić. Lubię spokój i porządek. Mam stały plan dnia ( w godzinach zmienny, bo wiadomo w mojej pracy mam spotkania raz o 9 raz o 12, dyskusje, wykłady ), ale wszystko musi grać idealnie. Natomiast palenie domu i rodziny to moim zdaniem działania szaleńca, któremu wszystko się wali. Poza tym nie doprowadziłbym się do długów, zarabiam sporo, dobrze inwestuje, zajmuję się wieloma dziedzinami biznesu i stracenie wszystkiego byłoby dla mnie niepowetowaną klęską. Ogromny cios dla moich ambicji. Zajmuję się takimi rzeczami zawodowo i kto jak kto, ale ja nie mogę tak po prostu głupio przetracić pieniędzy. Zabiłbym się pewnie wtedy. Dlatego bankierzy podczas wielkiego kryzysu rzucali się z okien. Natomiast rozumiem różne szalone działania, żeby się ratować i nie przeczę, że w kryzysowej sytuacji poświęciłbym każdego kto stałby mi na drodze.. Ale to tylko w akcie desperacji. Gdybym był nazistowskim oficerem w 45 i widział przez okno sowieckie katiusze to pewnie machałbym lugerem i strzelał w rodzinę, swoich żołnierzy i każdego kto tylko by się trafił. Nie zawsze można ocalić wszystkich. Czasem trzeba kogoś poświęcić. Nie jestem szleńcem pokroju Stalina, który do budowy swoich inwestycji poświęcał miliony obywateli czy wywoływał głód, bo to było daremne i szkodliwe. Ale uważam, że ludzkie życie ma cenę jak kazda rzecz i jeśli trzeba poświęcić kogoś to liczy się sukces. Nie za wszelką cenę, bo to oznaka desperacji. Ale ludzi ginęli i będą ginąć. Wydać miliony na ratowanie jednego życia zamiast zainwestować w rozwój państwa to marnotrastwo. Życie jest brutalne. Dla mnie liczy się kalkulacja, a nie moralność. Za odpowiednia cenę sprzedałbym każdego.
Konioeg- to co teraz napisałeś jest wręcz przerażające. I nie chciałbyś ich stracić z czysto egoistycznych pobudek, bo Twój porządek i spokój by runął. Ja tu widzę cechy osobowości psychopatycznej. Brak empatii i zdolności odczuwania emocji, egoizm. Najgorsze, że na tym zbudowaleś swoją rodzinę.
Dokładnie, zgadzam się z przedmówca i o tym właśnie napisałam w swoim komentarzu. Autor jest dziwny
A masz momenty kiedy robisz coś nie kalkulując na ile Ci się to opłaci? Zrobiłeś coś kiedyś od początku do końca spontanicznie? Bo rozumiem, że kalkukacja daje Ci kontrolę, a kontrola spokój? To jest celem?
I tak i nie. Nie można co chwilę kalkulować, bo poświęcanie zbyt dużo czasu na głupoty to marnotrawstwo. Kalkuluję porządnie tylko w przypadku ważnych rzeczy. I to moje kalkulowanie nie dotyczy czystej matematyki, nie licze dokładnie wszystkiego, bo mi się nie chce. Zazwyczaj po prostu obliczam szanse na zysk danego postępowania i skutki uboczne. Jak inwestuję, to nie potrzebuję do tego wykresów, tabelek itp, bo robię to na swoisty instynkt, który mnie nie zawodzi( po prostu mam doświadczenie) . Tak już jest w biznesie. Inwestuje w akcje A ponieważ np. wiem, że prezes konkurencyjnej firmy jest chory czy na urlopie i nie zrobią nic, żeby temu przeszkodzić. Nie chodzi tylko o pieniądze, czynnik ludzki to też ewentualne zyski i straty firmy. Lubię mieć wymyśloną wersję zdarzeń, a najlepiej kilka na wypadek zmiany planów, zawsze przygotowany do jazdy samochód i zapasowy czysty garnitur. Nie jestem pedantem, ale lubię mieć wszystko pod kontrolą. Kalkulacja daje pewność, że nie popełnię głupich błędów przez pośpiech i nie rozwagę. Zawsze kalkuluję, nawet jak robię coś spontanicznie.Po prostu dopasowuje do plan do niezaplanowanych działań.