Byłam zawiedziona, kiedy okazało się, że matury jednak się odbędą. Wiem, że to egoistyczne zachowanie, ale spróbuję to wytłumaczyć.
Za tydzień piszę maturę. Jasne, ci którzy mają za sobą ten egzamin wiedzą jaki to stres, jak ważne jest przygotowanie. Planowałam iść na medycynę, od 2 klasy chodzę co tydzień na zajęcia przygotowujące do matury z biologii i chemii. Na spokojnie przerabiamy cały materiał, skupiając się na trudnych zadaniach, robiąc dziwne, nietypowe zadania. I przestałam dawać radę, jeżeli chodzi o chemię. Nawet zdałam sobie sprawę z tego, że nie chciałabym pracować z ludźmi, wolę zwierzęta i planuję pójść na weterynarię. Więc w czym problem? Wiem, że rodzice oczekują wyniku z tych obu przedmiotów na poziomie min. 80% za pierwszym podejściem. Nie jest to z mojej strony wykonalne, ale ich jednym argumentem jest "wydajemy tysiące na te korepetycje". Zgadza się, to prawda. Chciałam skupić się na biologii i za rok powtórzyć maturę z chemii. Co usłyszałam? Prędzej wyrzucą mnie z domu, niż pozwolą poprawiać maturę, bo "co rodzina powie", "jesteś taka głupia, że się nie dostaniesz?", "Po co my wydajemy pieniądze na te korepetycje?". Zawsze mówią wszystkim, że idę na medycynę. W domu poniżają mnie, mówią, że i tak się nie dostanę na nic. W każdą sobotę mam zajęcia od 8-16. Z tygodnia na tydzień zadane około 450 zadań + arkusz + szkoła. Nie daję rady psychicznie. Dlatego tak liczyłam na to, że matura się nie odbędzie. Chciałam na spokojnie podejść za rok, powtarzając trudne dla mnie tematy.
Znacie takie sytuacje, że zachowalibyście się inaczej? Ja też, żałuję, że byłam słaba.
Parę lat temu moja mama wyjechała załatwić sprawy na parę dni, zostałam z ojcem i sporo młodszym bratem. Tego dnia był wieczór, dość ciepły. Był u nas znajomy ojca, a potem doszedł sąsiad z góry, który był u nas w domu pierwszy raz. Rozmawiał z nami o życiu, na początku nie zauważyłam, że jest pijany, nie znałam go. Powiedział do mojego ojca, że ma ładna żonę (mnie). Zrobiło mi się mega głupio, byłam wtedy strasznie nieśmiała i dziś wiem, że to tylko sąsiadowi powinno być wstyd, a mój ojciec zaczął się śmiać, że jestem "córą". Wtedy sąsiadowi zaświeciły się oczy, zaczął mnie podrywać, a mój ojciec zamiast mu coś powiedzieć, to bardzo go to śmieszyło. Cóż, nigdy nie miałam z nim dobrych kontaktów, ale wydaje mi się, że nie powinien mu pozwalać na mówienie sprośnych rzeczy w moim kierunku, jeszcze takich wulgarnych i bezczelnych. Uciekłam do pokoju.
Jakiś czas potem wszyscy się rozeszli. Ojciec gdzieś poszedł z kolegą, sąsiad do siebie, zostałam sama w domu z bratem. Słyszę pukanie, więc otwieram drzwi, a tam ten pijany sąsiad, pyta, gdzie ojciec, mówię, że gdzieś poszedł. Patrzy na mnie chwilę i pochyla się, żeby mnie pocałować, odsunęłam się i zamknęłam drzwi. Jakiś czas później wrócił ojciec, a mój młodszy brat powiedział mu, że sąsiad chciał mnie pocałować. I już chyba wiecie jaka była jego reakcja. Nic nie zrobił, dla niego było to zabawne.
Żałuję, że wtedy nie byłam bardziej pewna siebie. Gdyby to się stało dzisiaj, sąsiad usłyszałby niezłą wiązankę słów. Nie pozwolę nigdy więcej, żeby ktoś mnie poniżał. Takim ludziom jak ten sąsiad trzeba pokazać gdzie ich miejsce, bo mogą sobie pozwolić na zbyt dużo i może dojść do tragedii. Dodam jeszcze, że sąsiad był żonaty, miał syna i niemowlę w domu, a zachował się jak nie powiem co. Unikałam go cały czas, aż w końcu się wyprowadził i nie musiałam już go widywać.
Mój ojciec ma wyrzuty sumienia, że kiedy byłem dzieckiem ciągle pracował, zamiast rodzinnie spędzać czas. Mnie samemu nigdy nie przyszło do głowy, żeby na to narzekać. Za to teraz, gdy postanowił zostać dobrym tatą, to chyba jednak wolałbym, żeby wrócił do tej pracy po 12 godzin. Albo pojechał sobie z matką do Władysławowa czy innej Kudowy Zdrój i dał mi żyć.
Jestem dość znanym pisarzem. Nie chcę się chwalić, ale kilkadziesiąt tysięcy moich książek zostało sprzedanych. Więc nie jest źle, jakoś rozpoznawany jestem, trochę na tym zarabiam, choć nadal pracuję na etacie (bo lubię swoją pracę i póki co nie chcę jej rzucać, a nawet jak rzucę, to mam zamiar czasem symbolicznie pracować, żeby uprawnień nie stracić) i najwidoczniej jakiś warsztat mam.
Ale nie umiem ani trochę pisać tak od siebie. Po prostu nie jestem w stanie napisać nic długopisem na kartce. Muszę mieć dyktafon. Bo za szybko myślę i zanim to przeleję na papier, to zapomnę, coś pozmieniam itp. A jak nagram, to mogę to spokojnie napisać. Dodatkowo robię tysiące błędów. Naprawdę współczuję mojemu korektorowi. Ja bym sobie dawno w łeb walnął swoją książką, jakbym miał to g*wno poprawiać. No po prostu jestem szczery, wiem, że robię masakryczne błędy i je widzę. Tylko że dopiero po ponownym spojrzeniu 😂. Tak już mam - potrafię napisać "rze", "poniewash", "dlaczog", "absrtacyjny". Pogodziłem się z tym, w dwóch kolejnych zdaniach potrafię napisać ten sam wyraz na dwa sposoby. Choć teoretycznie wiem, jaka jest potrzebna forma. Po prostu piszę tak szybko, że gubię litery, zmieniam sylaby itp. Nie nadążam sam ze sobą. Jestem w stanie napisać prawie 500 słów na minutę, czytam prawie 1200 i gdybym miał to robić na głos, to bym seplenił, jąkał się. Jak piszę ręcznie w pełnym tempie, to sam nie wiem co piszę. Potrafię jednak kaligrafować, tylko że mnie to usypia. Za wolno dla mnie. Piszę kilkaset stron notatek miesięcznie. Różne bazgroły, aż sam po czasie części nie ogarniam. Całe życie cierpiałem przez to, że mimo że umiem tworzyć setki historii, tożsamości, różne nazwy itp., to nikt nie doceniał i nie nadążał za moim tokiem myślenia.
Nikomu nigdy o tym nie opowiem.
Pewnego wieczoru kilka lat temu wracałem z pracy, była późna godzina, po północy. Pewien odcinek mojej drogi powrotnej stanowił park. Idąc nim chciałem wyrzucić folię po zjedzonej bułce, więc podszedłem do najbliższego kosza i gdzieś między drzewami zobaczyłem jakąś parę, stali dość daleko i docierało tam bardzo mało światła z latarni. Już chciałem iść dalej, ale dostrzegłem, że dziewczyna zaczyna się z gościem szarpać.
Facet zaczął ją odkładać pięściami, grozić i zatykać czymś usta, a dziewczyna zanosić płaczem. Po chwili leżała już twarzą na ziemi, a typ zdejmował jej spodnie.
I tutaj zaczyna się część, przez którą do dnia dzisiejszego brzydzę się spojrzeć na siebie w lustrze.
Obejrzałem się dookoła, czy nie ma nikogo innego i z chorą satysfakcją patrzyłem, jak ktoś właśnie rujnuje kobiecie życie. Nic mnie tak w życiu nie podnieciło jak widok tego.
Dopiero gdy facet przestał się poruszać, zacząłem biec w ich stronę. Szybko wstał i chciał zwiać, ale z rozpędu rzuciłem się na niego, a że był mniejszy wagowo i starszy ode mnie, chwyt obezwładniający był prosty jak cholera, zadzwoniłem na policję i zwinęli go w następne 10 minut.
Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że nie podbiegłem od razu, wtedy dziewczyna by nie doświadczyła gwałtu. Wolałem stać i się patrzeć.
Powiem szczerze, że sama jestem strasznie skołowana. Wychowałam się w mocno wierzącej rodzinie. Wiara jest dla mnie czymś ważnym, jednak źle się czuję, bo nie zgadzam się z wieloma poglądami i zakazami religijnymi. Nie rozumiem zasad, których mam przestrzegać. Gdy zadaję pytania, każdy mnie zlewa, odpowiada półsłówkami czy wręcz krzyczy.
A ja po prostu nie widzę nic złego w homoseksualizmie czy aborcji. Ale największy problem mam z życiem seksualnym. Zaspokajam się i nie rozumiem, co jest w tym złego. Nie wiem dlaczego mam się z tego wyspowiadać, skoro nie robię nic okropnego. Nie chcę czekać z seksem do ślubu, nie widzę żadnych plusów z tego wynikających. Mam chłopaka i naprawdę tego chcemy. Po co mamy się zmuszać? Chcę również używać antykoncepcji, bo nie zamierzam być matką w niedalekiej przyszłości, a nie zamierzam rezygnować z cielesności. Zresztą uważam, że seks jest ważnym spoiwem związku.
Może niektórym moje pytania wydadzą się abstrakcyjne, ale ja jestem po prostu w kropce. Nikt mi nigdy tego nie chciał wytłumaczyć, a ja się czuję zagubiona. Jak mam przestrzegać czegoś, czego nie rozumiem i z czym się nie zgadzam? W Starym Testamencie jest masa okropnych fragmentów, które są dla mnie wręcz potworne. Jednak przecież to Słowo Boże...
Dostaliście kiedyś kosza? Jak się domyślam, znakomita większość na pewno. O tym właśnie będzie to wyznanie.
Jestem prawie 26-letnim facetem o urodzie 17-latka. Takie geny. Nic na to nie poradzę. Mam delikatny typ urody, młodo wyglądającą twarz, delikatny zarost, którego regularnie się pozbywam. Przy tym mam (!) 170 cm wzrostu, wiec nie jest aż tak „źle”. W życiu ten wygląd przysporzył mi pewnych trudności. Gdy wyglądasz jak „młodziak”, ludzie nie traktują cię poważnie. Przyzwyczaiłem się i mimo to staram się obracać to w żart i zamieniać to na zaletę. Dzisiaj natomiast zostałem powalony z nóg. Dosłownie i w przenośni.
Postanowiłem umówić się na nietypową randkę przez aplikację gejowską. Tak. Jestem biseksualny i panów także lubię.
Leżąc sobie wieczorem w łóżku, dostałem wiadomość. Jak to zwykle bywa, kolega chciał umówić się na zabawę. Takie spotkania w swoim życiu miałem dwa. Są całkiem nie w moim stylu. Tak czy siak - to miało być trzecie. Pewnie jak zwykle odpisałbym, że nie umawiam się na seks, ale mój rozmówca był bardzo w moim typie. Dość wysoki, blondyn z ładnymi oczami, 23 lata, sympatyczny. Od słowa do słowa po godzinnej rozmowie i wymianie kilku zdjęć - głównie swoich twarzy - umówiliśmy się na mieście. Nie było to trudne, bo od miejsca spotkania dzieliły mnie 3 km. W godzinę ogarnąłem się do stanu używalności i wyszedłem na spotkanie. Pan X wyszedł po mnie w umówione miejsce i szczęśliwie powędrowaliśmy do jego mieszkania. Mieszkanie jak mieszkanie. Byliśmy sami. Pół minuty rozmowy i zaczęliśmy to, po co właściwie się spotkaliśmy. Całowanie, przytulanie, zdążyliśmy ściągnąć spodnie (a właściwie opuścić o jakieś 20 cm, bo ściągnięciem bym tego nie nazwał) i mój nowy kolega oznajmił, że musi się napić.
OK. Pragnienie. Żaden problem. Słyszałem z kuchni, że X napił się wody z butelki, po czym wrócił do mnie. Troszkę przygaszony usiadł na krześle naprzeciwko i zaczął mówić.
Otóż mój niedoszły kochanek oznajmił mi, że na zdjęciach wyglądałem na starszego, a na żywo wyglądam zbyt młodo. Oczywiście przeprosił, był przy tym bardzo grzeczny i zaproponował, żebyśmy chociaż porozmawiali, ale widząc jego zakłopotanie sytuacją stwierdziłem, że dla zdrowia psychicznego obojga pójdę grzecznie spać do domu.
Punkt dla niego. Przynajmniej nie ma skłonności pedofila. Wytłumaczyłem koledze , że absolutnie się nie gniewam , nie jest mi przykro, bo jestem przyzwyczajony do takich sytuacji. W gruncie rzeczy tak właśnie jest. Wracając do domu cała drogę wewnętrznie śmiałem się z całej sytuacji.
Wychodząc z domu nie spodziewałem się, że wieczór zakończy się tak szybko i tak niespodziewanie.
Wyznanie o ludzkiej znieczulicy.
Na początek parę słów o mnie. Uczę się w liceum, nie pracuję, na wszystko dostaję od rodziców, a pieniądze z różnych okazji typu urodziny czy Dzień Dziecka mam na koncie oszczędnościowym. Czyli ogólnie nie mam góry pieniędzy. Jednocześnie kocham zwierzęta i obok ich krzywdy nie potrafię przejść obojętnie.
Jakoś w grudniu nikogo u mnie w domu nie było i musiałam wracać do domu na nogach. Idę więc, po próbie w szkole około 20, nagle coś w krzakach zaczęło wierzgać, więc zaczęłam uciekać. Stety czy niestety tknęło mnie i tam wróciłam. W tych zaroślach siedział zabiedzony szczeniak, brudny, chory, ze świerzbem itp. Do domu miałam parę minut, więc poszłam po koc i jedzenie, ale gdy patrzyłam jak szybko przełyka karmę i się przy tym trzęsie, to zabrałam go do domu. Z racji posiadania psa ze słabą odpornością, po ciężkiej operacji, ten młody został w takim domku gospodarczym.
Jedna fundacja go nie chciała, druga powiedziała, że zabierze, żebym zaczęła leczenie, a oni zwrócą. Nie będę opisywać czego mu tam nie wykryli, za leczenie buliłam ja, a fundacja się zmyła. Znalazłam mu dom tymczasowy, szukałam stałego.
Moja dalsza sąsiadka się o tym dowiedziała, i co? Powiedziała, że to jej ktoś podrzucił tego psa i nagle on zniknął (niby ja go zabrałam). Jak wyleczę go do końca, to ona chce go z powrotem. Powiedziała, że nie wpuściła go do domu, bo był taki schorowany, a jakby był zdrowy, to na parę minut by mógł wejść (przypominam: głodny, chory szczeniak w grudniu przy nocach -5 stopni), a w ogóle to po co ten weterynarz? Dodała, że w sumie to go nie zaszczepi, bo po co, przy drodze obok domu go coś klepnie (!) i będzie stratna. Ale ona kocha zwierzęta i tego szczyla również. Da mu zawsze jakieś pozostałości z obiadu, więc jaki problem? Będzie żył? Będzie.
Nie, nie udało mi się wytłumaczyć. Nauczona doświadczeniem, sprawdzaniem ludzi zanim oddam do ich domu szczeniaka z mojej hodowli, powiedziałam nie i koniec, kropka.
PS. Szczenię z historii znalazło kochający, dbający dom i ma się świetnie.
Ta historia równie dobrze mogłaby pasować do jakiegoś serialu paradokumentalnego.
Od jakiegoś czasu pośród moich rodziców dało się wyczuć zmianę stosunków. I to wyraźną. Wcześniej byli ze sobą razem niczym gołąbeczki, potrafili się tulić czy całować kompletnie bez okazji. Teraz jednak się to zmieniło.
Matka traktowała ojca coraz bardziej jak kumpla. Jasne, byli razem, całowali się, odnosili się razem do siebie z szacunkiem i sympatią, ale dla takiego wprawnego obserwatora jak ja było widać, że coś tu jest nie tak i coś mi śmierdziało.
Wstępnie myślałem, że to mi się coś powaliło, bo zwróciłem uwagę na swoje problemy bardziej ostatnio, a teraz dopiero się od nich uwolniłem, jednak pewnego pięknego dnia pojechałem do nich w odwiedziny. Pomagając mamie odkurzyć dom, znalazłem pod łóżkiem małą, ledwie zauważalną saszetkę z logo ulubionego superbohatera taty, a w niej komplet seksownej bielizny, pejcz, wibrator i kajdanki. Szybko ukryłem je z powrotem, aby mama nie zauważyła i zastanawiałem się od tego dnia, jak pogadać z ojcem o tym, co widziałem.
Czas mijał, a ja pewnego dnia znalazłem się w rodzinnych stronach. Zbliżały się imieniny mamy, to pomyślałem, że wpadnę z niespodzianką. Wiedziałem, że ojciec miał wtedy wolne, a matka była w pracy. Kupiłem ciasto. Klucze do domu miałem, więc wszedłem na pełnej przyczajce i usłyszałem w sypialni odgłosy bicia pejczem i kobiece jęki.
Wpadłem w złość, bo czym innym jest romans taty, a czym innym ostre pieprzenie laski na dniach przed imieninami mamy.
Zastałem moją matkę w tejże właśnie bieliźnie, smagającą pejczem jakąś jęczącą nastolatkę z wibratorem w wiadomym miejscu.
Mózg mi się zlasował. Odwróciłem się na pięcie, wyszedłem.
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, udajemy że nic się nie stało. Nawet nie mam pojęcia, co miałbym powiedzieć tacie albo jak zacząć temat z mamą.
Ostatnimi czasy strasznie swędziała mnie głowa i na dodatek zauważyłem, że moje paznokcie z jakiegoś powodu szybko robią się czarne, co było dziwne, bo przecież nie podejmowałem się żadnych robót fizycznych.
Dopiero teraz sobie uświadomiłem, że nabawiłem się wszawicy, a te paznokcie tak naprawdę wypełniały martwe wszy...
Dodaj anonimowe wyznanie