#b0uzA

Mój chłopak nie za bardzo lubi sprzątać, a co gorsza, nie czuje większej potrzeby robienia tego.
Zanim zamieszkaliśmy ze sobą, moje wielokrotne prośby i groźby, żeby w końcu zaczął dostrzegać i ogarniać cały ten syf i nieprzyjemny zapach, były całkowicie bezskuteczne. Obiecywał, że kiedy zamieszkamy razem, to się to zmieni i będzie się pod tym względem bardziej starał. Widząc, że powoli zaczyna wdrażać obietnice, zaryzykowałam i wprowadziłam się.

Jak się pewnie domyślacie - okazałam się głupia i naiwna. Po wprowadzce zaczęło się marudzenie, że sprzątanie raz na 1 - 2 tygodnie to za często, że po co, że i tak zaraz się ubrudzi i generalnie to można się przyzwyczaić. Jakiś czas po tym, jak się do niego przeprowadziłam, miała do nas przyjechać jego siostra. Jako że żyję według zasady "gość w dom, Bóg w dom" - nie było opcji przyjęcia jej do brudnego mieszkania i ku mojemu zaskoczeniu, mój chłopak się ze mną zgodził. Posprzątaliśmy więc razem, on nawet bez marudzenia.

Jego siostra była pierwszym naszym wspólnym gościem, a mój chłopak tak wczuł się w rolę gospodarza, że bardzo mu się to spodobało. Wpadłam więc na pomysł, żebyśmy częściej kogoś zapraszali, skoro tak dobrze wypadamy w roli gospodarzy. Bardzo mu się ten pomysł spodobał i tu już była połowa sukcesu. W końcu obopólne korzyści - on będzie mieć satysfakcję z tego, jakim jest świetnym panem domu, a ja będę mieć czyste mieszkanie.

Druga połowa sukcesu jest taka, że pod pretekstem zapraszania gości nauczyłam go regularnie sprzątać i teraz sam z siebie potrafi zrobić jakieś porządki :) Kolejnym sukcesem jest to, że jest mi za to wdzięczny.
Grunt to znaleźć dobry sposób na osiągnięcie celu!

#9Ac6E

Jestem przed trzydziestką i boję się ślimaków. Tych dużych, brązowych, bez skorupy. Niestety mimo mieszkania w jednym z większych miast w Polsce ciągle na nie trafiam. Kiedy jakiś pojawi się na mojej drodze, czuję paraliż i nie mogę się się ruszyć. Dopiero po kilku minutach patrzenia na to stworzenie moja fobia pozwala mi iść dalej. Boję się już nawet wychodzić z domu, a na samą myśl, że jutro muszę wyjść, skręca mnie i nie mogę spać. Wiem, że mnie nie zaatakują ani nie zjedzą i że to one boją się mnie, ale sama myśl nadepnięcia jakiegoś doprowadza mnie do paniki.

#u9azb

Jestem ateistką, ale często zazdroszczę wierzącym przekonania, że są jakieś odgórne zasady, którymi należy się kierować, i że ten wysiłek zostanie nagrodzony.
Bo tak w życiu to różnie; można mieć szczęście, choć samemu nie zrobiło się nic, albo najlepsze chęci i mnóstwo wykonanej pracy, która i tak pójdzie na marne.

Chyba chciałabym w cokolwiek wierzyć i mieć to przekonanie, że ktoś kiedyś wymyślił bezwzględnie mądre i właściwe prawdy.

#7zPqA

Boję się psów. Z tego powodu otoczenie daje mi do zrozumienia, że jestem dziwna, a w gorszych przypadkach, że nie mam uczuć, bo jak można nie kochać psów, tylko się ich bać? Dla wielu jest to mega dziwne, ja jednak nie rozumiem dlaczego i jak ktoś na tej podstawie może mnie oceniać? Inni boją się wysokości, myszy, pająków, mają klaustrofobię, a ja boję się psów. Ani ja, ani rodzice nie wiedzą skąd wziął się ten strach, nie wpłynęło na to żadne wydarzenie z przeszłości, po prostu odkąd pamiętam przeraźliwie boję się psów.

Gdy byłam mała, gdy tylko widziałam psa w swoim otoczeniu, wskakiwałam rodzicom na ręce i wysoko podnosiłam nogi, mam nawet takie zdjęcia w albumie. Próbowano „leczyć” moją fobię kupując mi pieska, początkowo wystraszona później go polubiłam, jednak nie wpłynęło to w żaden sposób na kontakt z innymi psami. W podstawówce do domu wracałam polną drogą, jakieś 200 metrów, codziennie bałam się, że spotkam po drodze jakiegoś psa, więc zawsze czekałam na koleżankę, która mieszkała niedaleko mojego domu, tak by ze mną wracała. Któregoś dnia stwierdziła, że ze mną nie pójdzie, namawiałam ją długo, aż wreszcie stwierdziła, że pójdzie, jak postawię jej colę. Tak też zrobiłam i robiłam tak później wiele razy, dałam się szantażować drugiemu dziecku, aż wreszcie dowiedzieli się o tym nasi rodzice i się skończyło…

Teraz, 20 lat później się z tego śmieję, ale zrobiłabym tak jeszcze raz… bo nadal serce mi staje, gdy w moim otoczeniu pojawia się pies.

#uMvIn

Zacznijmy od tego, że sama tego chciałam. To było planowane.
Kiedy uczyłam się w liceum, zawsze brakowało mi pieniędzy. Dla rówieśników byłam wieśniarą, bo nie miałam drogich ciuchów i modnych butów. Wtedy napotkałam gdzieś w internecie temat sponsoringu. A że byłam na krańcu wytrzymałości psychicznej (przez wspomniane wcześniej gnębienie i brak życia w szkole) i dodatkowo nie byłam już dziewicą, to stwierdziłam, że co mi tam.
Za swoją pierwszą "pracę" dostałam 600 zł. Co najśmieszniejsze, musiałam jedynie wbić się w kusą sukienkę, którą dostałam od X i spędzić z nim wieczór przy kolacji na konferencji medycznej i udawać inteligentną, błyskotliwą.

Spodobało mi się. Szybki sposób na zarobek, a przy okazji było całkiem miło.

Za drugim razem spotkałam się z młodym chłopakiem, który miał własną firmę (wiek około 28+). Tworzył pewne produkty, które rozprowadzał w zawrotnej ilości w sieciach różnych większych sklepów. Ten oto mężczyzna był bardzo subtelny, delikatny. Najpierw przegadaliśmy wiele godzin oglądając gwiazdy, słuchając przy tym muzyki. . To było naprawdę niesamowite przeżycie. Tutaj pierwszy raz uprawiałam seks z ww., ale grał on drugie skrzypce. Spotkałam się z kim kilka razy, aż w końcu bańka prysła, gdy wyszło, że ma narzeczoną (moje motto brzmiało: dopóki nie krzywdzisz siebie, ani tym bardziej innych osób - nie miej wyrzutów. W przeciwnym razie uciekaj).

Opowiadam o tym wszystkim, bo zbyt długo skrywałam to w sobie. Chcę również przestrzec wszystkie dziewczyny, które chcą się na to zdecydować, bo dalszą część historii nie będzie już taka kolorowa...

Trafiło raz na jeszcze młodszego chłopaka (przedział wiekowy 24-26). Po uprzedniej weryfikacji stwierdziłam, że to będzie ostatni raz. Jednak w trakcie, gdy jechałam z nim samochodem, zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że nie mogę tak dalej żyć. Jak się później okazało, nagrywał wszystko, co się dzieje telefonem. Nie było może zbyt wiele, a tylko rozmowa. Jednak zarejestrowane było to, w jakim celu zmierzamy do wybranego przez niego miejsca. Zrezygnowałam, więc się wkurzył. Wyrzucił mnie z auta i odjechał. Wracałam do domu z buta. Co najgorsze, okazało się, że ten koleś miał brata, który uczył się w mojej szkole. Wszystko rozniosło się z prędkością światła. A ja jeszcze rok po skończeniu szkoły nie miałam życia.

Czy żałuję tego wszystkiego?
Tak. Drugi raz nie postąpiłabym tak samo.
Ale czy zmieniłabym bieg historii?
Nie. Bo nie byłoby mnie teraz w tym miejscu, w którym jestem. To ukształtowało mój charakter. Gdybym zmieniła to wszystko, to mogłoby mnie nie spotkać to, co mnie spotkało.

#5bDVl

Zepsuł mi się komputer. Można jedynie spróbować odzyskać dane z dysku. Znajomy informatyk mojej mamy zaoferował, że zrobi to trochę taniej, "po znajomości". Zwlekam z zaniesieniem mu komputera i mam nadzieję, że w końcu wszyscy o tym zapomną. Na dysku był specjalny folder z retro pornografią, którą kolekcjonowałam przez ostatnie cztery lata. Nie tworzyłam żadnego babskiego FAP folderu. Po prostu bardzo podoba mi się estetyka tych zdjęć, no ale przecież nikt nie uwierzy.

#OrBVT

Czy jestem roszczeniową gówniarą?

Mam naście lat, utrzymują mnie rodzice. Zaznaczę, że nie mamy żadnych kłopotów finansowych. Jako dziecko zawsze miałam masę zabawek, lecz gdy podrosłam, pieniędzy przeznaczonych na mnie zaczęło jakby ubywać. Kieszonkowe dostaję właściwie tylko na wycieczki szkolne i obiady, czasem trochę więcej na jakąś pizzę czy loda. Na moje zainteresowania nie zostaje praktycznie nic. Kosmetyków nie używam, stare ubrania wystarczają mi w zupełności, nie chodzę na żadne zajęcia dodatkowe czy korepetycje, posługuję się przedpotopowym telefonem i komputerem. Nie narzekam. Problem pojawia się dopiero w momencie, gdy chcę kupić komuś prezent. Nie często, wszak mam tylko dwójkę przyjaciół, lecz dla moich rodziców to i tak zbyt duży wydatek. O rezygnacji z wycieczki nie ma mowy, są przecież tak rozwijające. Kiedy staram się jeść skromniej, by zaoszczędzić trochę pieniędzy, zarzucają mi, że próbuję kupić sobie przyjaźń. Twierdzą, że jakaś pierdółka za dziesięć złotych wystarczy, bo to i tak tylko symbol. Że znajomi sami kupują sobie rzeczy, których potrzebują. Że przecież lubią mnie za osobowość, a ona nie zmieni się, jeśli nie dostaną prezentów. Że skoro to takie ważne, powinnam zmienić towarzystwo na mniej roszczeniowe.

Jest mi przykro, czuję się winna każdej wydanej złotówki. Próbę własnoręcznego wykonania podarunku podjęłam tylko raz, została zarzucona przez docinki rodziców. Wciąż mówili jak potwornie brzydkie wyjdzie to moje dzieło, bo przecież ja nic nie umiem. Zresztą nieważne, czy będzie brzydkie, i tak od razu się rozleci. Mówili, że sprawię tylko przykrość osobie, którą chcę obdarować, bo dostanie jakieś gówno, podczas gdy inni otrzymują normalne prezenty. Mam dość. Czy naprawdę robię coś złego?

#8Lxos

Byłam zawiedziona, kiedy okazało się, że matury jednak się odbędą. Wiem, że to egoistyczne zachowanie, ale spróbuję to wytłumaczyć.

Za tydzień piszę maturę. Jasne, ci którzy mają za sobą ten egzamin wiedzą jaki to stres, jak ważne jest przygotowanie. Planowałam iść na medycynę, od 2 klasy chodzę co tydzień na zajęcia przygotowujące do matury z biologii i chemii. Na spokojnie przerabiamy cały materiał, skupiając się na trudnych zadaniach, robiąc dziwne, nietypowe zadania. I przestałam dawać radę, jeżeli chodzi o chemię. Nawet zdałam sobie sprawę z tego, że nie chciałabym pracować z ludźmi, wolę zwierzęta i planuję pójść na weterynarię. Więc w czym problem? Wiem, że rodzice oczekują wyniku z tych obu przedmiotów na poziomie min. 80% za pierwszym podejściem. Nie jest to z mojej strony wykonalne, ale ich jednym argumentem jest "wydajemy tysiące na te korepetycje". Zgadza się, to prawda. Chciałam skupić się na biologii i za rok powtórzyć maturę z chemii. Co usłyszałam? Prędzej wyrzucą mnie z domu, niż pozwolą poprawiać maturę, bo "co rodzina powie", "jesteś taka głupia, że się nie dostaniesz?", "Po co my wydajemy pieniądze na te korepetycje?". Zawsze mówią wszystkim, że idę na medycynę. W domu poniżają mnie, mówią, że i tak się nie dostanę na nic. W każdą sobotę mam zajęcia od 8-16. Z tygodnia na tydzień zadane około 450 zadań + arkusz + szkoła. Nie daję rady psychicznie. Dlatego tak liczyłam na to, że matura się nie odbędzie. Chciałam na spokojnie podejść za rok, powtarzając trudne dla mnie tematy.
Dodaj anonimowe wyznanie