#saFr1

Moja siostra od zawsze bardzo chciała mieć dziecko. Straciła pierwszą ciążę, przejmowała się, oczywiście, ale po prostu wiedziała, że to się niestety zdarza, trzeba żyć dalej, będzie kolejna. Straciła również kolejną. W trzeciej chuchała na siebie i dmuchała. Jej dziecko umarło tuż przed porodem (żadna wada, nieszczęśliwy wypadek, owinięta pępowina). W czwartej ciąży miała wypadek samochodowy. Mimo że nie prowadziła (kierownica kontra brzuch bardziej by to wyjaśniała), straciła ciążę.

Aktualnie przestała sypiać z mężem. Twierdzi, że nie wyobraża sobie najmniejszego ryzyka zajścia w ciążę, a o antykoncepcji tym bardziej nie chce słyszeć (ryzyko wywołania poronienia, jeżeli jednak jakimś cudem do zapłodnienia dojdzie jest na tyle duże, by osoby z naszym podejściem zniechęcać - osoby twierdzące, że to niemożliwe zapraszam do skorzystania z fachowych, branżowych źródeł). Każda próba rozmowy na ten temat jest ucinana stwierdzeniem, że widocznie nie ma mieć dziecka i nie zamierza zamordować kolejnego - bo jeśli zajdzie w ciążę i tak ją straci, więc to tak, jakby je mordowała. Psycholog nie może nic wskórać, a na psychiatrę ona się nie zgadza...

#XhGiG

Naprawdę jestem w ciężkim szoku, co ludzie ci potrafią zrobić. Szczególnie najbliższe osoby nazywane rodziną.

Od kwietnia postanowiono dać mi umowę o pracę. Ponieważ w czerwcu wyjeżdżam, a nie mam na tyle dni urlopowych, postanowiłem, że napiszę o urlop bezpłatny.
Ponieważ studiuję i zajmuję się treningami, pracuję tylko na rano i za niedługo myślę zacząć praktyki u jakiegoś fizjoterapeuty.
Wszyscy o tym wiedzą. W pracy. Rodzina.

Od jakiegoś czasu rodzina zachowuje się, jakby naprawdę chciała mi tylko dokopać. Widzę, że przeszkadza im to co robię. Przeszkadzają im moje studia oraz treningi. Oni umieją pilnować, abym na wypłatę przyniósł gorzałę, ale kiedy trzeba się pouczyć, bo mam egzaminy, to potrafią tysiąc podtekstów w postaci różnych pracy wykombinować.
Nie wiem co im narobiłem, nie wiem, za co mnie tak nienawidzą. Nie wiem dlaczego chcą zniszczyć moje życie.

Matka ostatnio zrobiła mi awanturę o to, że piszę podanie o urlop bezpłatny i sprytnie zeszła na temat pieniędzy, że mam dokładać tyle i tyle do domu. Zaczęła mi grozić jakąś wyprowadzką, a doskonale wie, że studiuję i że za większość spraw sam sobie płacę.
Przyniosłem ostatnie moje oszczędności z koperty i powiedziałem, aby się udławiła tymi pieniędzmi, za co mi jeszcze awanturę zrobiła. Zbieram na auto i nowy komputer, no i na swoje wydatki. Zabrała mi wszystko.

Zabrałem kopertę i zostawiłem cześć kwoty jaką i tak miałem zamiar dokładać do domu. Przychodzę na następny dzień i widzę swoją kopertę z wybraną prawie całą kasą. Było 800 zł, zostało 200.
Dzisiaj matka zostawiła mi 150 zł reszty. 100 dla mnie, 50 zł dla brata. Powiedziałem - o nie. Nie będzie rządzić moimi pieniędzmi

Matka, którą broniłem przed pijanym ojcem. Za którą nie raz się tęskniło. Okazało się, że jej zależy tylko na pieniądzach. Nie widzi świata poza pracą i pieniędzmi. Urodzona niewolniczka systemu.
I chyba wiem dlaczego tak jest cięta na te studia i treningi. Mam to rzucić i najlepiej by chciała, abym pracował na 3 zmiany po 12 godzin, bo ją tylko kasa interesuje.

#ip4Kx

Moją pasją od zawsze byly zwierzęta (i to nie tylko na zasadzie obejrzeć i pogłaskać).

W wieku 12 lat, jadąc do szkoły rowerem, przed koło niemalże spadła mi wiewiórka. Potelepało ją chwilę i przestała się ruszać. Przez chwilę widziałam jak "łapie powietrze" otwierając pyszczek, potem przestała. Nie wiedziałam, czy jest martwa, czy tylko nieprzytomna. Ostrożnie próbowałam ją przesunąć na pobocze - po co miał zostawać z niej placek - szczególnie, jeśli mogła jeszcze żyć. Nie udawało mi się jej wsunac na but by ją przenieść - za delikatnie próbowałam,a mocniej nie chciałam, żeby jej nie połamać. W końcu wzięłam ją do ręki - bezwładna, wciąż ciepla, miłe futerko, trochę pcheł.

Połozyłam ją na poboczu i pojechałam do szkoły.

Wracając po lekcjach wiewiórka wciąż tam leżała - miałam już świadomość, że na bank jest martwa.Zatrzymałam sie, żeby ją obejrzeć. Pchły zdążyły się juz wyprowadzić. Bezwład z kolei zastąpiło stężenie pośmiertne (pierwszy raz się z nim spotkałam). Ciekawość wzrosła.

Zabrałam ją. Naprzeciwko mojego domu stała opuszczona chatka - ogrodzenie dawno rozkradzione, teren mocno zarośnięty itp. Zostawiłam ją na "ganku" tam i poszłam do domu po... rękawiczki i nóż.

Zrobiłam jej "sekcję". nie do końca wiedziałam co jest czym - ale stwierdziłam, że później sprawdzę. Na koniec ją oskórowałam. Trochę z tym miałam problemów, bo głowa odpadła. To co zostało chciałam zakopać, ale nie wzięłam nic czym mogłabym wykopać grobek. Ostatecznie ciało wylądowało w mrowisku. Skórkę zabrałam (wyprawić sie nie udało - nie miałam pojęcia czym. Tanki usunelam na tyle dobrze, że skóra wyschła). Po tygodniu chciałam rzucić okiem na szkielet - ale nie został po niej żaden ślad. Mrówki zrobiły swoje.

I tak na koniec - wyniki mojej pierwszej sekcji - bezpośrednia przyczyna śmierci - porażenie prądem (przypalone przednie łapki) Pośrednio - przy upadku złamała sobie kark (dlatego odpadła głowa). Te oddechy, które "zarejestrowałam" było po prostu oddechem agonalnym - tzw. oddech biota

#s1Wqu

Boję się psów. Mały, duży, puszysty, szorstki, wesoły, spokojny, labrador czy owczarek - to nie ma znaczenia. Jak pies, to się boję.

Zdaję sobie sprawę, że obecnie duża część społeczeństwa posiada psy, które mieszkają z nimi w domach, dlatego umawiając się z nowo poznaną osobą na spotkanie najpierw proponuję, aby odbyło się w moim mieszkaniu, a jak się nie udaje, to ostrzegam, że boję się psów i proszę, żeby je zamknęli np. w pokoju na godzinę czy dwie. Zazwyczaj jest to respektowane i nie sprawiam tym ani właścicielom, ani psom większego problemu, natomiast zdarza się, że trafiam na upartych osobników.
Przychodzę do czyjegoś domu i pierwsze co wita mnie pies. Najczęściej paraliżuje mnie strach i nie jestem w stanie się nawet ruszyć, więc właściciele dumni z siebie mówią coś w stylu "no, widzisz, mój piesek jest słodki i grzeczny, nie da się go bać". Po kilkunastu sekundach odzyskuję mowę i daję delikwentowi jeszcze jedną szansę, aby zabrał psa. Ci zazwyczaj reagują śmiechem albo obrażają się i wtedy sobie wychodzę.

Wychodzę, żeby kilka dni potem zaprosić ich na "kolację na pogodzenie" i popatrzeć na ich przerażone twarze, gdy uciekają przed moimi wypuszczonymi na wolność szczurami lub pająkiem. "No co, przecież nie jest jadowity, jego nie da się bać".

#1Sopp

Mieszkam w małym mieście, gdzie wszyscy się znają. Moja mama przyjaźni się z panią Jadzią, która to ma dwudziestoletniego syna - Marcina. Ten gość jest stałym bywalcem jedynej naszej dyskoteki, gdzie - całkiem słusznie - uchodzi za natręta, zboczeńca i niewyżytego seksualnie oblecha. Ma w zwyczaju w dość odpychający sposób zagadywać do dziewczyn, brać od nich numery telefonu, aby potem wysyłać im sprośne wiadomości i nie mniej ordynarne zdjęcia. Zazwyczaj osoby, które znają jego „taktykę”, z miejsca każą mu spadać na drzewo.

Parę wieczorów temu byłam z koleżankami w rzeczonej dyskotece, kiedy dosiadł się do nas mocno wstawiony Marcin i zaczął bezczelnie się do mnie zalecać. W końcu uległam i zgodziłam się dać mu swój numer. Wiedząc, że gość jest tak pijany, że prawdopodobnie nie poradzi sobie z obsługą smartfona, zaproponowałam, że sama wpiszę się do jego książki telefonicznej. Mając już telefon w dłoni wyszukałam „MAMA”, a następnie zmieniłam nazwę kontaktu na moje imię.

Wczoraj dowiedziałam się, że pani Jadzia poszła z Marcinem do psychologa. Po dwóch dobach ciągłego otrzymywania od własnego syna zbereźnych wiadomości i fotografii jego przyrodzenia uznała, że najwyższy czas, aby zdrowiem chłopaka zajął się specjalista.

#pdrW3

Wzruszyła mnie historia dziewczyny, której mąż się wstydził, bo zostało jej po ciąży 7 kilo.
Moja siostra była przed ciążami piękną i szczupłą dziewczyną. Po trzech ciążach i porodach przytyła 20 kilo do wagi sprzed pierwszej ciąży (sukcesywnie po kilka kilo po każdej).
Wszyscy śmiali się z niej, że pewnie żre na potęgę i udzielali "dobrych rad", że powinna schudnąć.
A ona płakała mi w rękaw, że nie za chwilę nie nie ma siły na nic, że nic nie je niezdrowego, a tyje. Że jest tak głodna, że dopadają ją ataki, w których chętnie zeżarła by wszystko, co jej wpadnie w ręce i powstrzymuje się resztkami silnej woli. Nie pomagały jej ani spacery, ani treningi.
Miała stany depresyjne i wahania nastrojów.
Jak się okazało siostra ma PCOS i insulinooporność.
Przez wiele lat lekarze twierdzili, że "taka jej uroda", że powinna "zadbać o siebie". A ona była chora. Dopiero ostatnia pani ginekolog, prowadząca jej ciążę wykonała diagnozę.
Po roku terapii siostra jest 10 kg szczuplejsza. Dba o siebie jak wcześniej, ale dopiero leki pomogły. Więc nie każda nadwaga po ciąży to folgowanie zachciankom.

#my5jn

Mam 21 lat i panicznie boję się pracy. 


Stresuje mnie dosłownie wszystko co z pracą związane, począwszy od zrobienia CV, przez rozmowę o pracę, na faktycznym pracowaniu kończąc. Pracowałem raz, przez około pół roku w sieciówce, w galerii handlowej. Za każdym razem byłem zestresowany podczas każdej minuty w tamtym miejscu. Wszyscy mnie poganiali bo byłem za wolny, mimo że się starałem. 


Moim zadaniem było wykładanie towaru na magazynie i na sklepie. Przez pół roku miałem problem ze znalezieniem gdzie co leży. A jak jeszcze była zmiana ułożenia towarów to był kosmos. Jedynym plusem właściwie była szefowa, która była bardzo ludzka. 


Dało się z nią pogadać a nawet pożartować. Jednak kilka dni przed moim odejściem, musiała odejść i pojawiła się inna na jej miejsce. Nowa szefowa chodziła za mną cały czas, patrzyła się co robię i podnosiła głos jak coś zrobiłem źle. Strasznie mi się wtedy trzęsły ręce, a czasem nawet chciało mi się płakać. Niedługo później się zwolniłem, chyba obie strony na tym skorzystały.


Za rok kończę studia. Chciałbym się bardzo wyprowadzić z rodzinnego miasta bo już się tu trochę duszę, jednak boję się, że sobie sam nie poradzę. Co się stanie jak mnie wyrzucą z pracy? Albo będę pracował w miejscu, które mnie będzie wykańczało psychicznie.

#gPkBT

Dostałam od koleżanki paletkę cieni. Z reguły się nie maluję, ale postanowiłam wypróbować i w efekcie zrobiłam sobie makijaż pierwszy raz od ponad pół roku.

Efekt? W pracy nie poznała mnie recepcjonistka i musiałam pokazywać identyfikator. A mój mąż zaczął podejrzewać, że go zdradzam i teraz cały czas sprawdza mi telefon.

#lRCBq

Prowadzę dzienniki od dzieciaka, do teraz sobie siadam i coś tam spisuję, bo lubię. Zawsze w swoich specjalnych zeszytach chowanych po szafkach wypisywałam wszystkie moje najskrytsze sekrety, ważne daty, osiągnięcia itp., a nawet przyklejałam fotografie np. moich "kraszów", rysując serduszka wokół, parując nasze nazwiska albo wygląd domu. Byłam pewna, że nikt nie ma do tych zeszytów dostępu, więc nie krępowałam się z niczym i wpisywałam wszystko, co przyszło mi na myśl.

Kiedy nadszedł czas na wyjawienie rodzicom mojego największego sekretu, bardzo się bałam. Jednak miałam te już piętnaście zim na karku i byłam pewna tego, co się we mnie dzieje. Stwierdziłam, iż najpierw wyznam to mamie, i niemal mdlejąc oraz dławiąc się słowami, przełamałam się, odważyłam - palnęłam przy pomaganiu w obiedzie, że wolę kobiety. Moja rodzina razem z mamą jest typem homofobicznych osób, dlatego zmroziło mi krew w żyłach jej stoickie "Wiem" bez nawet spojrzenia na mnie. Myślałam, że nóż wejdzie mi do ręki, bo tak zaczęłam się trząść - z nadmiaru emocji. Po chwili dopytałam skąd wie, czy to po mnie widać albo co. Odpowiedziała, że czytała moje zeszyty i już dawno to zaakceptowała, "ale tego nie rozumie".

Moja reakcja była natychmiastowa, zapięłam psa na smycz i wyszłam na długi spacer, zostawiając w domu telefon. Wróciłam po jakichś trzech godzinach, jak nie więcej (pies się napoił i poszedł spać), poszłam prosto do mamy i zapytałam, jak długo grzebała w moich zeszytach i jakim prawem to robiła.

Okazało się, że od początku mojego pisywania zaglądała czasem na moje notatki "z ciekawości". Wiedziała, że jestem homo, bo dziewczyny "krasze" i widziała moje opisywane pierwsze zakochania w dziewczynach, a nawet jakieś próby związków. Wiedziała, że miałam myśli samobójcze i plany samobójcze. Wiedziała, że gnębiono mnie w szkole i że wiele moich wymówek, by zostać w domu, były z tego powodu - a nie ze złego samopoczucia. Wiedziała wszystko. I NIC nie zrobiła z faktem, iż spisywałam listy pożegnalne. Nie zainterweniowała - o nic nigdy nie pytała, nie poruszała żadnych tematów, nie gadaliśmy o poważnych rzeczach.

Czy od tego czasu przestałam pisywać dzienniki? Nie. Wręcz przeciwnie, pisałam wszystko jak leci, ubierając w najbardziej ohydne słowa - chcąc zrazić mamę. Nie wiem, czy ją zniechęciłam, jednak zaczęłam żyć otwarcie jak nigdy. Nabrałam odwagi co do siebie. A czy do teraz mama czyta? Nie, mieszkamy osobno.
Dodaj anonimowe wyznanie