#oujeb

Dwa lata temu dodałam wyznanie, które zaczynało się "jestem 38 prawie bezdzietną kobietą". Dziś mam 40 lat.

https://anonimowe.pl/aH02C

Dziś trafiłam na nie i przeczytałam wszystkie komentarze.
Odpowiem na jedno z popularniejszych zarzutów: mąż już jest po zabiegu, a ja zaszłam dwa miesiące przed tymże. A ja miałam zbyt dużo przeciwwskazań do sterylizacji.
Nie oddałam jej od razu, bo byłam pewna, że ją pokocham. Nie, bo tak myślałam. Bo tak mi wmawiano. A czemu oddałam ją dopiero wtedy kiedy miała 4 lata? "KTO NORMALNY ODDAJE SWOJE DZIECKO, CZY WY NA ŁEB UPADLIŚCIE?!?!" - tak mniej więcej wyglądała, tu ocenzurowana, reakcja rodziców, rodziny.

Zapewniłam jej wszystko co najlepsze, zajmowałam się nią, dbałam, ciągle byłam obok, kupowałam co zechciała, ale nie, to nie zastąpi dziecku miłości.

W święta 2018 spotkaliśmy się z Asią. Jest duża, chodzi do podstawówki, zdaje sobie sprawę (na tyle ile zdaje sobie dziecko) z całej sytuacji.
Nie jest skrzywiona psychicznie, ma mame-babcie, którą kocha. Wie, że jej nie urodziła, wie kim jesteśmy, zna powody. Krzyczy, śmieje się, biega, lubi konie i uczy się jeździć.
Kiedy nas poznała, przytuliła się, spytała o kilka rzeczy które lubię i zaczęła pokazywać swój pokój, dom, podwórko. Spytała czy to prawda, że mieszkamy "w polu" (mamy dom jednorodzinny i nie mamy sąsiadów), po czym zaśmiała się i stwierdziła "to musi tam być okropnie pusto, dobrze, że tu są inne dzieci".


Tak jeszcze dla tych zmartwionych: Aśka była kilka razy badana u psychologa, raz u psychiatry. Nie ma problemów poznawczych, uczuciowych ani rozwojowych.
Niestety moje uczucia zostały niezmienne, ale wspieram ją finansowo. Mamy normalny kontakt, bardziej jak w relacji z ciocią.

#HxKPd

Małoletnia córka kuzynki chodzi do tej samej szkoły, co ja przed laty. Siłą rzeczy znam większość jej nauczycieli i w ogóle pracowników szkoły, więc sobie o nich pogadałyśmy, wymieniłyśmy spostrzeżenia. 


Co mnie zmroziło to to jak bardzo pozytywnie wypowiadała się o woźnym, tym typowym woźnym z wąsem, co zawsze siedzi w kotłowni. Od kilkudziesięciu lat niezmiennie jest nim A. Mówiła, że jest super miły, że każdy dzieciak chce z nim gadać i że trzymać się z nim to prestiż. Ten woźny już dawno powinien był wylecieć z pracy. 10 lat temu przerwałyśmy zmowę milczenia. 


Na urodzinach koleżanki, babskim posiedzeniu przy soczku opowiedziałyśmy sobie wszystkie żenujące, oślizgłe sytuacje z nim związane. Szczególnie zapadła mi opowieść jednej z naszych koleżanek. Nie będę tu wchodzić w szczegóły. Powiem tylko tyle, że facet nie przebierał w insynuacjach do seksu i wprost potrafił proponować randki czy próbować pocałować co ładniejszą 13-15-latkę. 


Następnego dnia pełne determinacji opowiedziałyśmy swoje historie zaufanej nauczycielce. Ta wtajemniczyła panią pedagog, a ta dyrektorkę. Ucieszyłyśmy się, że potraktowano nas poważnie, że facet pewnie wyleci ze szkoły i nasza koleżanka przestanie się bać przychodzić i wracać z lekcji. I wiecie co zrobiły te wszystkie wspaniałe pedagożki? NIC! Nie wezwały rodziców do szkoły, nie zgłosiły sprawy na policję, nie postarały się o zwolnienie tego dziada. Możliwe, że dziad miał rozmowę dyscyplinującą i to tyle. 


Może nie molestował nas fizycznie, może to były tylko słowa, ale kuźwa on pracuje w placówce, w której uczą się dzieci! Ktoś, kto nie widzi problemu w próbach pocałowania nieletniej albo ktoś kto z obleśnym uśmieszkiem sadzi do 10latki teksty o tym, że bardzo lubi "lody" nie jest do końca normalny i nie powinien pracować przy dzieciach.

#0NREN

Pewnie nie będę pierwszym człowiekiem, który napisze wyznanie w tym stylu, ale jest to dla mnie problem na tyle uporczywy, że muszę się nim z Wami podzielić.


Otóż chodzi o seks. A właściwie jego brak. W wieloletnim związku, gdzie na początku był normą. Próbowałem szukać problemu u siebie, naprawdę, i nawet nie próbujcie mi wmówić, że jest inaczej. W kwestii psychicznej i interpersonalnej - nie mam nudnej, sztampowej pracy i posiadam swoje zainteresowania. Na wszelkie sugestie ze strony partnerki reaguje i staram się zmienić drobiazgi, które rzeczywiście nie są zbyt przyjemne dla ukochane. 


Ponadto jestem uważamy za człowieka zaradnego i w miarę oczytanego, a z pewnością nie posiadającego IQ na poziomie szympansa. Z całego serca staram się być miły, powstrzymuje się od uzewnętrzniania (nadmiernego) negatywnych emocji, cieszę się kiedy ona się cieszy, wspieram, nawet zdarza mi się wpaść na jakiś romantyczny gest. 


Przytulam kiedy płacze czy przynoszę czekoladki w czasie okresu, bo wiem już, że ma ochotę na coś słodkiego. Jeśli chodzi o fizyczność - dbam o siebie, wyglądam lepiej niż większość znajomych, mam modna fryzurę i odpowiednio dobrane ubrania. Brzucha piwnego również brak, mięśnie za to jakieś nawet mam! Bogaty nie jestem, ale biedny czy skąpy także nie. Nie szkoduję jej, jeśli widzę, że sprawia przyjemność i wywołuje iskierki w oczach.


A ona? Libido na poziomie dna rowu oceanicznego.
Próbowałem sugestii, rozpieszczania, zaskakiwania, namawiania, a w końcu nawet prostej rozmowy. Początkowo delikatnie, w późniejszym czasie szczerze i wprost. Efekt? Brak, chociaż niby wyglądała na rozumną w tamtej chwili.
Raz na ruski rok na odpierdziel.
A problemy? Każdy jaki widziała rozwiązałem albo powiedziałem co można z nim zrobić. Za przeproszeniem g*wno mi to dało. Do tej pory nie miałem pojęcia jak bardzo sfrustrowany seksualnie może czuć się człowiek.
Uprzedzając sugestie, w łóżku nie było problemów, dbaliśmy, aby obie strony były zadowolone i w 95% przypadków tak było, tylko ta częstotliwość zbliżeń.
Zdrada odpada, oboje od początku byliśmy przewrażliwieni na tym punkcie, jak również nie te typy charakteru. O to się nie martwię.
Jestem w kwiecie wieku, mam powodzenie u płci pięknej, mimo pewnej dozy nieśmiałości, a wyczekuje tego jednego dnia jak przedszkolak mitycznego Mikołaja. Nie tak to powinno wyglądać. 


I wiecie co?
Wcześniej nawet nie spojrzałem na inną kobietę, ale teraz zaczynam czuć się niczym drapieżnik. Walczę ze sobą, żeby nie zrobić czegoś złego, bo naprawdę kocham ją i chciałbym dzielić z nią resztę życia. Jednak jestem na skraju i wiem, że kiedyś pęknę. Czy to coś złego, że mam potrzeby naprawdę nie większe niż przeciętna osoba?

#9wT6a

Pojawia się wiele wyznań dotyczących niemalże wymuszania chodzenia do kościoła. A u mnie analogicznie wygląda sytuacja z wyborami.

Dzień jakichkolwiek wyborów wygląda dla dziadków jak święto. Mamy być elegancko ubrani i wszyscy pod rączkę iść do lokalu wyborczego - najlepiej tak, by widzieli nas wszyscy sąsiedzi.

Moment oddania głosu nie jest łatwy, bo dziadek po prostu wyrywa mi z rąk kartę do głosowania - on lepiej wie co jest dobre. Zdarzyła się sytuacja, że musiałam prosić o nową kartę. Każda próba sprzeciwu kończy się śmiertelną obrazą i awanturą wraz z wydziedziczeniem.

Gdy przestałam z nimi chodzić na wybory, szłam o takim czasie i stroju, jaki MNIE odpowiadał - dziadkowie wieczorem dzwonili do znajomego dopytać, czy byłam i w jakim stroju.

I tak dla prawie trzydziestoletniej osoby z wykształceniem prawniczym każde wybory to wizja awantury. Krzyków, że jestem głupia, bo jak tak można głosować, nic nie wiem o świecie i życiu. A w ogóle to szkoda gadać - wyrzekają się mnie... aż do kolejnych wyborów.

#1EcVc

Gdy miałam około 12 lat zaczęłam pisać z nieznajomym na gadu-gadu. Utrzymywaliśmy kontakt codziennie, rozumieliśmy się bardzo dobrze. Mogłam się wygadać komuś po szkole i zwierzać się z problemów. Był zabawny i bardzo go polubiłam. 


W końcu zaczął pisać dwuznaczne rzeczy. Na początku mi to nie przeszkadzało, jednak później zaproponował spotkanie w okolicznym lesie co wzbudziło mój lęk. Był taki sympatyczny, oboje lubiliśmy zwierzęta więc wypad do lasu nawet nie wydawał się taki dziwny. Odmówiłam jednak, i zablokowałam go na gadu-gadu. Wtedy chyba był to lęk przed samym spotkaniem z obcym niż z obawy co mogłoby się stać. Z perspektywy czasu widzę, że na 100% był to pedofil, który wiedział jak prowadzić rozmowę z dzieckiem... 


To co pisał zrozumiałam dopiero po latach, gdyż pamiętam większość zdań z tamtych rozmów, których do końca nie rozumiałam. Często sobie o tym przypominam i jestem wdzięczna sobie, że tak postąpiłam, możliwe że uniknęłam złamanej psychiki albo i śmierci.


Źle jednak mi z tym, że podobały mi się te rozmowy. Dopiero odkrywałam świat seksualności i cieszyłam się, że rozmawiam o tym z dorosłym...

#AiFeO

Kiedy jestem wśród ludzi i muszę wykonać jakąś czynność (podejść po jedzenie czy odezwać się do ekspedientki), trzęsie mi się głowa i barki. Wygląda to tak jakbym miała jakiś mini napad padaczkowy. Mam tak od drugiej klasy gimnazjum (teraz kończę studia) i o ile na początku było to tylko w naprawdę stresujących momentach (odpowiedź przed wymagającym nauczycielem), to teraz dzieje się tak nawet podczas stania na przystanku i wypatrywania autobusu. Trzęsienia te pojawiają się tylko w obecności innych ludzi, kiedy jestem sama jest normalnie. Nie odczuwam lęku przed ludźmi, w szkole podstawowej byłam bardzo aktywnym dzieckiem, choć zawsze troszkę introwertycznym, ale kiedy zaczęły się te epizody trzęsienia, całkiem się odizolowałam. Od rodziny, przyjaciół. W końcu jak można iść na spotkanie z kimś i nie potrafić nawet nalać sobie picia, bo głowa ci lata w jedną i drugą stronę...

Ta moja przypadłość bardzo mi przeszkadza, całkowicie usuwa moją pewność siebie. Ile już razy usłyszałam "nie denerwuj się tak", "spokojnie", "ale się trzęsiesz, przecież cię nie zjem". Zaliczenia moich studiów odbywają się w formie praktyczniej lub ustnej, gdzie w towarzystwie komisji musisz wykonać dane czynności. I tak choć sama wszystko wykonałabym poprawnie, trzęsienie i moje nieustanne próby odprężenia się i rozluźnienia tych mięśni kończą się negatywnymi ocenami komisji i wieloma poprawkami. Dlaczego wybrałam takie studia? Po prostu chcę to robić, w pracy będę też wykonywać swoje obowiązki bez tłumu gapiów, a wtedy nie mam żadnych problemów (sprawdzone na praktykach).

Czy byłam z tym u lekarza? Oczywiście, że tak. Usłyszałam "to skutek dojrzewania, samo przejdzie", "trzeba ćwiczyć mięśnie szyi i samo przejdzie", "może po prostu w taki sposób przeżywasz stres, staraj się relaksować i samo przejdzie", "proszę suplementować magnez i samo przejdzie".
Czuję się z tym coraz gorzej i już sama nie wiem co mam zrobić. Obecnie nie mam już żadnych znajomych, nie chodzę na imprezy czy spotkania, a całe moje życie to tylko obowiązki. (praca - studia - dom).
Nie proszę o diagnozę, bo wiem, że internety nie są od tego. Chciałam się tylko wygadać, bo coraz bardziej mnie to przytłacza.

#mAicO

Moja mam jest alkoholiczką. Załamała się po rozwodzie i zaczęła pić. W przeszłości też za kołnierz nie wylewała, ale wszystko było w granicach powszechnie akceptowanej „normy”. Teraz nie jest. Zrujnowała sobie zdrowie, jak nie przestanie pić, to zostały jej może 3 lata życia (opinia lekarza). Minęło 5 miesięcy, przez cały ten czas codziennie jej pomagałam, zastępowałam w pracy, kryłam, opłacałam rachunki, woziłam do psychologa, do szpitala, kupowałam leki. Mama się ogarnęła na całe 3 tygodnie. Wszystko było w porządku. Teraz znów wróciła do picia.

Ja już nie mam siły. Spodziewam się dziecka. Chcę się od niej wyprowadzić, bo ta sytuacja wykańcza mnie psychicznie. Ona nie chce przestać pic. Prosiłam, żeby poszła na terapię, żeby chodziła na AA, żeby poszła na odwyk. Chciałam wszystko załatwić, żeby tylko się zgodziła. Odpowiedz: nie i koniec. Boję się ją zostawić, bo nie wiem, czy utrata mnie pomoże jej się otrząsnąć, czy będzie gwoździem do trumny. Jeśli ktoś z was walczył z alkoholizmem bliskiego, to proszę o radę.

#5oj4S

Historia o mojej cioci, która pracowała przez ponad 45 lat w zakładzie dla seniorów z organizacji Caritas - bliżej znanej jako Czerwony Krzyż.

Ciocia dopiero przechodząc na emeryturę odetchnęła z ulgą. I dopiero teraz dzieli się z rodziną historiami z tej instytucji - z punktu, gdzie przebywała niemal dziennie. Przytoczę parę historyjek, w moim mniemaniu przerażających.

1) Jedna kobieta, miała w swoim pokoju zamontowane materace na ścianach, bowiem rzucała się na te ściany. Wiele razy ciocia obserwowała jak zakonnice zamykały drzwi - na których nie było zabezpieczeń - i słuchały, jak ta kobieta właśnie w nie uderza głową albo pięściami. Dopiero po jakimś czasie te drzwi otwierały i oglądały w jakim stanie jest.

2) Inna kobieta miała problemy z żołądkiem, więc często wymiotowała - z powodu chorób - i na siebie, i na podłogę. Zakonnice dopiero w czasie wieczornej kąpieli, która nie jest codziennie, a co parę dni, czyściły tę panią z wymiotów. Więc tak, leżała z nimi i chodziła z nimi przez długi czas.

3) Na obiady najczęściej gotowano dziwne mieszanki, typu makaron z fasolką po bretońsku albo kluski z chlebem i magi. Wszystkie potrawy były i są słabej jakości, myślę, że dla zwierzaków dostaniemy lepsze posiłki niż to, co chorzy dostają jeść. A uwaga, inni pracownicy niż zakonnice - zmuszani są do jedzenia tego, co seniorzy.

4) Ciocia wiele razy była świadkiem znęcania się nad starszą osobą. Dużo razy ktoś kogoś uderzył, popchnął, zdenerwował się i palnął tak, że polała się krew, porobiły się krwiaki. Ciocia wzywała lekarzy, ale oni zamiast zainterweniować, obejrzeli, czasem dali bandaż i wracali - olewając przemoc, o czym na pewno mieli świadomość, bo skąd osoba leżąca miała siniaki na brzuchu? Sama się uderzyła?

5) Ciocia wiele razy wzywała policję, bowiem zdarzały się nawet sytuacje, gdzie zakonnice ogłupiały chorych. Ktoś miał schizofrenię - żartowały sobie, by pogłębić czyjś stan. Gnębienie. Policja pewnego razu dała cioci mandat za to, że zgłasza coś, co nie wiąże się z prawdą.

Szkoda słów. Rozkładam ręce. I nigdy nie oddam nikogo z rodziców czy dziadków do zakładu. Nawet jakby kosztowało mnie to resztki sił, bo wiadomo, nie każdym seniorem łatwo jest się opiekować.

#n0F4k

O stygmatyzacji.
Jestem dzieckiem alkoholika. Teraz już niepijącego od dłuższego czasu, ale alkoholika. W okolicy jest znany z tego, że kiedyś cały czas chodził napierdolony jak Messerschmitt, a potem wyszedł na prostą.
Bajka tutaj się kończy, bo konsekwencję tego odczuwam praktycznie przy każdej styczności z alkoholem.

Bolesne jest postrzeganie mnie przez pryzmat mojego rodzica.
Zakaz picia na imprezach rodzinnych zrozumiem. W końcu często pojawiam się na nich wraz z rodzicami, więc nie będę pokazywać się ze strony, z którą oni cały czas walczą.
Gorzej tylko, że każda jedna okazja do wypicia alkoholu musi być równoznaczna z wytykaniem mi palcami tego, co miało miejsce w mojej rodzinie.
Co z tego, że piję dosłownie 3 piwa na miesiąc i to jeszcze nie zawsze?
Póki robię to samotnie i nikt tego nie widzi, to jest dobrze. Z tym że przez traktowanie mnie przez otoczenie absolutnie mam dość wchodzenia z kimkolwiek w bliższe relacje.
Pierwszy z brzegu przykład to regularne kłótnie z lepszą połówką o to, że w ogóle myślę o zakupie napoju procentowego.
Wszystkie osoby, z którymi kiedykolwiek zdarzyło mi się pić, po usłyszeniu o sytuacji mojej rodziny momentalnie odsuwały ode mnie jakiekolwiek trunki. W niektórych przypadkach doszło wręcz do kategorycznego odmawiania picia i zamiany tego na soczek tylko dlatego, że w najbliższej rodzinie mam kogoś ze ZDIAGNOZOWANĄ chorobą alkoholową.

Pozorne chęci odciągnięcia mnie od nałogu mają wręcz odwrotny efekt. Mając możliwość picia bez docinek od kogokolwiek, często kończę w stanie odległym od przyzwoitego.

I tak się powoli żyje z niezmywalnym, ale jak bolesnym znamieniem.
Dodaj anonimowe wyznanie