Wczoraj poszłam na obiad z moją na przyjaciółką, którą od dłuższego czasu usiłuję namówić do odstawienia mediów społecznościowych. Kiedy czekaliśmy na posiłek, Agata cały czas gapiła się w telefon, co trochę mnie zdenerwowało, jednak postanowiłam wstrzymać się z moja przemową aż do deseru.
Podczas jedzenia zupy zadławiłam się grzanką. Zaczęłam się dusić, kaszląc i błagając w duszy o najmniejszy łyk powietrza. Agata przestała się tępo gapić w telefon i… uśmiechnięta od ucha do ucha skierowała obiektyw kamery na mnie, aby nagrać „śmieszny filmik”. Pewnie bym teraz leżała już w trumnie, gdyby nie przytomny kelner, który chwycił mnie od tyłu i przycisnąwszy parę razy sprawił, że wyplułam z tchawicy grzankę. Kiedy ciężko sapiąc odzyskiwałam przytomność, Agata jak gdyby nigdy nic wrzucała nagranie na Facebooka…
Rozmowy z nią nie przeprowadziłam. Uznałam, że szkoda mi na to energii. Czas znaleźć nową przyjaciółkę.
O problemach psychicznych z trochę innej perspektywy słów kilka.
Pierwsze oznaki, że coś jest jednak nie tak, zauważyłam w okolicach 16 urodzin. Zdecydowanie za mocno przeżywałam posiadanie jakichkolwiek relacji z kimkolwiek. Chciałam, żeby wszyscy mnie lubili. By każda osoba, którą spotkam, przy każdej chęci wyjścia na miasto najpierw dzwoniła do mnie. Przestała mi wystarczać grupka znajomych, z którą się trzymałam - kiedy któreś z nich umówiłoby się z kimś innym beze mnie, świrowałabym. Ale ja zaczęłam chcieć więcej i więcej - zazdrość, złość o to, że osoby, których nawet nie lubię, nie zapraszają mnie do siebie po szkole? Oczywiście.
Kiedy ktoś zapraszał do kina - ogromna radość, euforia, poczucie, że "mam przyjaciół" (chociaż teoretycznie miałam i bez tego), potem świadomość, że osoby, które były ze mną w kinie, przyszły do siebie kolejnego dnia beze mnie - gniew, rozpacz, frustracja, czasami agresja (w formie porządnego nokautowania mebli).
Zaczęło się robić naprawdę źle. Jednego dnia płakałam w domu pod kołdrą, życząc wszystkim śmierci, drugiego dnia uszczęśliwiała mnie każda błahostka..
I to ten magiczny etap, gdzie 99% anonimowych rzuciłoby się w komentarze: to nie jest normalne, idź na terapię, tylko psycholog pomoże!
Problem taki, że ja o pomoc prosiłam. Bałam się, co się ze mną dzieje, przestawałam normalnie funkcjonować.
Szczera rozmowa z rodzicami - efekt? Nic. W życiu nie zapisaliby mnie do psychologa. Bo przecież tam chodzą czubki albo osoby, co się tną.
W szkole zero oparcia, rodziny w okolicy brak.
Starałam się, próbowałam znaleźć sposób, by zyskać pomoc i po prostu się nie dało..
Dwa lata męki.
Przez te dwa lata uzbierałam trochę oszczędności. Niedługo po 18 urodzinach nareszcie poszłam do już dawno wybranego psychologa.
Rozpoczęłam terapię, uczęszczam na regularne spotkania, różnica jest masakryczna.
Zaczynam czuć, że żyję. Umiem sobie radzić z napadami, a one same występują coraz rzadziej. Nikomu nie życzę już śmierci, bo mnie na lody nie zaprosił.
Teraz wszystko jest naprawdę inne, takie lżejsze, przyjemniejsze. Nie wiem tylko czemu musiałam czekać aż dwa lata? Pomoc mogłam uzyskać znacznie szybciej. W krytycznych momentach na trochę przed osiemnastką dochodziło już do form autoagresji. Kto wie, czy gdyby nie zwlekać jeszcze trochę, nie doszłoby do jakiejś tragedii? Przez rzecz tak banalną z punktu widzenia trzeciej osoby. Przecież to tylko zazdrość, pomyśl, że masz znajomych, a są tacy co mają gorzej i nie narzekają.
Cieszę się życiem coraz bardziej, jednak nigdy nie zapomnę tych ciemnych dwóch lat.
Świeżo po osiemnastce szczęśliwa poszłam do pierwszej wakacyjnej pracy. Na czarno, w jakiejś sezonowej knajpie, bo to było jedyne miejsce, gdzie przyjęli mnie praktycznie z dnia na dzień.
Reszta obsługi to panie z Ukrainy, jakaś studentka i kilka dziewczyn w moim wieku. Szef był wzorowym Januszem biznesu i regularnie wrabiał nas w wolontariat po godzinach. Odejść można w każdej chwili, ale bez wypłaty. Taka wizja mi się nie podobała i ogólnie nie wiedziałam co mam zrobić, no ale tak całkiem położyć uszy po sobie i zapieprzać to się nie godziło, więc przez kolejne trzy tygodnie każdy klient dostawał sporo większą porcję, albo jakoś tak zapominałam doliczyć napoje. Byłam przekonana, że to genialny sabotaż, ale chyba niewiele zmienił, bo szef nawet nie zauważył, że ma jakieś straty.
Wczoraj, gdy wróciłem do domu, zastałem moją dziewczynę biegającą nago po mieszkaniu. Krzyknąłem do niej, wściekły, żeby się ubrała, bo nie mamy firan, a rolety nie były zasłonięte - przecież sąsiedzi wszystko widzą.
Stwierdziła, że przy jej figurze i tak nikt nie zauważy, że jest gołą babą i wezmą ją za dziesięcioletniego chłopca.
Zostałam uratowana.
Od zawsze byłam bardzo nieśmiała i miałam problem z wysławianiem się przy ludziach (przy rodzinie, a co dopiero przy obcych). Żeby nie było, jestem dorosła i potrafię załatwiać jakoś swoje sprawy, np. w urzędach. Po prostu zajmuje mi to trochę więcej czasu.
W każdym razie tamtego dnia wracałam autobusem z uczelni. Byłam strasznie wymęczona, więc usiadłam sobie pod oknem, bo miałam jeszcze kawałek drogi. Miejsce obok zaraz zajął jakiś facet, nawet nie dużo starszy.
Po kilku minutach jazdy położył dłoń na moim udzie (miałam sukienkę) i najnormalniej w świecie zaczął mnie coraz śmielej dotykać, cały czas grzebiąc coś w telefonie i tylko odwracając się od czasu do czasu, by zobaczyć moją reakcję na jakiś ruch.
Myślałam, że zaraz zwymiotuję. Nie mogłam wydusić z siebie słowa i prawie się popłakałam. Nie mogłam się ruszyć, nic powiedzieć, chociaż wewnątrz wszystko krzyczało.
Właśnie wtedy pojawiła się ona - niska, malutka dziewczyna ubrana w różową spódniczkę. Zobaczyła co się ze mną dzieje i zaraz przecisnęła się do miejsca, w którym siedziałam.
"ZOSTAW JĄ PIER*OLONY ZBOCZEŃCU".
Powiedziała to głośno i wyraźnie, dodatkowo pokazując na faceta palcem. Wszyscy zaczęli się na nas oglądać, a on zaraz uciekł i wysiadł na następnym przystanku.
Potem zajęła jego miejsce i zaczęła się mnie dopytywać, czy wszystko okej. Oddała mi też całą paczkę chusteczek, gdy w końcu ze mnie zeszło i łzy popłynęły.
Wysiadła po czterech przystankach i przed wyjściem życzyła mi wszystkiego co najlepsze, a na następny raz kazała podobnym chamom po prostu przypier*olić.
Nie mogłam wydusić z siebie nawet podziękowania.
Moja mama przespała się z moim facetem. Nakryłem ich razem w łóżku w moim domu rodzinnym, a oni mnie nie zauważyli.
Nigdy nie byłem mściwy ani złośliwy, ale ta zdrada ze strony matki i ze strony faceta, z którym byłem ponad 2 lata tak mnie strasznie zabolała, że postanowiłem się zemścić.
Przez kilka nocy jego majtki prałem w proszku, który go uczula, a po kilku dniach, kiedy skarżył się na ból i swędzenie, wkroczyłem do akcji. Poszedłem do apteki po jakieś leki i przy okazji kupiłem maść na grzybicę dla pań. Powiedziałem mu, że kiedy byłem w aptece akurat mama zadzwoniła, że znowu ma grzybicę i mam jej kupić tę maść co ostatnio.
Mój były zaczął mi wyrywać tę maść i się nią smarować, przeklinając moją matkę i prosząc o wybaczenie.
Kazałem mu się wynosić, a matce powiedziałem, że przyznał mi się do romansu z jakaś starą babą, która dla niego nic nie znaczyła, a chciał zobaczyć jak to jest, i dlatego zakończyłem związek, bo przecież nie będę z kimś, kto mnie zdradza.
Dodałem jeszcze, że były miał różne choroby weneryczne i zawsze musieliśmy się porządnie zabezpieczać.
Tego samego dnia poszła do lekarza, bo się nagle źle poczuła..
Do dziś nie wie, że ja wiem. Mam to gdzieś. Nie zależy mi na niej, bo jest dla mnie nikim. Nigdy jakoś nie mieliśmy dobrych relacji i nie brakuje mi jej. Kontakt urwałem i nowego faceta jej nigdy nie przedstawię.
Moja babcia umarła. Była bardzo chora i nie miała szans na wyzdrowienie. Generalnie to bardzo zależało jej, abym miał dzieci, ciągle słyszałem, że to już ten czas (mam 32 lata).
Niedawno po dość długim i wyczerpującym związku rozstałem się, a dzieci w ogóle nie planuję. Dlatego wynająłem jakąś ciężarną Karynę z portalu dla matek i płaciłem jej za udawanie mojej narzeczonej. Przychodziłem z nią do szpitala, przynosiłem USG i udawałem, że cieszę się na zostanie ojcem.
Babcia umarła miesiąc po narodzinach dziecka, mogła je jeszcze potrzymać na rękach. Tak bardzo się cieszyła na tego wnuka, właściwie rozmawiała tylko o tym, dzwoniła, aby zapytać się o ciążę. Była bardziej nakręcona na bombelka niż sama Karyna. Reszta rodziny oczywiście wiedziała o przekręcie.
Nie żałuję ani trochę.
Dla ciekawskich, za jedną wizytę w szpitalu płaciłem 50 zł, za USG 30, a za odwiedziny po narodzinach 60.
Niedziela.
Stoję sobie, jaram szluga i oglądam wystawę sklepu modelarskiego. Za mną przechodzi para, młody chłopak ~20 lat z dziewczyną, z kwiatkiem w ręce. I słyszę "Stul pysk, suko, chyba lepiej wiem co jest najlepsze dla mojej matki". Mnie zatkało. Podczas gdy jestem jakoś tam w stanie wyobrazić sobie sytuację, że zwróciłbym się takimi słowami do kobiety, to mogłoby się tak zdarzyć tylko jakbym był ekstremalnie wkurwiony, tak już z wkurwometrem >3000. Odwracam głowę spodziewając się awantury. Ale nie, oni dalej spokojnie idą, spokojnie rozmawiając O_o
Raz, że nie ogarniam jak można w normalnej rozmowie zwrócić się tak do drugiej osoby. Dwa, to nie ogarniam jak ta laska mogła słuchać tego ze spokojem.
Bardzo chciałabym w przyszłości wziąć ślub i wyprawić wesele, z drugiej strony byłoby to dla mnie strasznie stresujące, upokarzające i przykre, bo... nie miałabym kogo zaprosić oprócz rodziców, dwóch braci i koleżanki.
Ostatnio odwiedziłam moją kumpelę. Siedzieliśmy sobie w kilka osób, było winko, fajna rozmowa i w pewnym momencie poczułam, że zbiera mi się na dwójeczkę, nie chciałam jednak przerywać konwersacji. W końcu udało mi się wyrwać do kibla. Mam taki nawyk, że zanim usiądę na sedes, muszę wyczyścić deskę, choćby nie wiem co się działo, choćbym miała wybuchnąć, po prostu muszę. Tak więc czyszczę tą deskę płynem do szyb, gacie opuszczone i nagle czuję, że moje jelita wypuściły potwora. Prosto na białe kafelki.
Cóż, ulga ulgą, ale trzeba to posprzątać. Biorę płyn do szyb, papier i sprzątam. Wtedy do drzwi puka kumpela i woła ''Błagam, pośpiesz się, bo zaraz się zesikam", więc trzeba się ogarnąć szybciej.
I wtedy zauważyłam, że skończył się papier. Szukam po szafkach, nie ma. A kafelek nadal brązowy. Wołam do kumpeli ''papieru nie ma''. To mi daje kilka dodatkowych sekund. Kumpela odchodzi od drzwi, idzie po papier, a ja biorę podpaskę z jej szafki i doczyszczam nieszczęsny kafelek.
O swoim tyłku już zapominam, szybko żegnam się z gośćmi i idę do domu.
Dodaj anonimowe wyznanie