#EFlYD

Nigdy nie chciałam mieć chłopaka. W przeciwieństwie do moich rówieśnic, które już w podstawówce rozmawiały o tym, który chłopak im się podoba, mnie to zupełnie nie interesowało, unikałam tych tematów jak ognia. Nigdy w życiu nie marzyłam też o ślubie i posiadaniu dzieci. Już od najmłodszych lat ceniłam sobie wolność, to, że żyję przede wszystkim dla siebie i mojej ukochanej siostry, z którą jesteśmy nierozłączne, mamy swój własny język, a nawet doświadczamy telepatii (bliźnięta jednojajowe tak podobno mają, więc nie jesteśmy wyjątkiem). Obie z siostrą mamy swój mały świat, na który składają się marzenia o podróżach, ukochana muzyka, pasje i rozliczne hobby. Lecz zewsząd wszystko, co nas otacza, skłania się ku jednemu – by kogoś spotkać i zrobić dzieci. Jak u jakichś zwierząt. I to powszechnie w mediach i ogólnie wśród społeczeństwa nazywane jest „miłością”... Tja... I tak sobie myślę: po co ludzie jak stado baranów ślepo dążą według tego jednego schematu? Mam wrażenie, że człowiek rodzi się wyłącznie po to, by mieć dzieci... A ja za nic w świecie nie oddałabym mojej małej pięknej wolności, by wychowywać dziecko, zrezygnować z wolności osobistej (mój mały świat hobby i marzeń) na rzecz chłopaka (tak, przy chłopaku wstydziłabym się wielu rzeczy, od niektórych spraw fizjologicznych, po oglądanie to, co lubię w internecie i TV). Jednym słowem, mając chłopaka, a potem męża (bo tak jest według mediów zaprogramowany każdy człowiek, co w rzeczywistości mija się z prawdą, bo ludzie to naturalni poligamiści), straciłabym wolność i szczęście.

Razem z siostrą jesteśmy po dwudziestce. Boimy się, co będzie, gdy stuknie nam trzydziestka. Mama nam pewnie na głowę wejdzie. Już nie raz miałyśmy wrażenie, że razem z tatą chcą nas wyswatać... Chyba nie widzą tego, że nam jest dobrze tak, jak jest i nie chcemy tego zmieniać. Wolimy wzdychać do ulubionych ideałów z TV niż marzyć o utracie wolności i szczęścia (wiązaniu się, byciu kurą domową, ślubach itp.) z kimś z naszego miasta...

#U6Rt2

Jakiś czas temu byłem w związku z pewną dziewczyną. Trwało to blisko cztery lata. Co ważne, była bardzo wierząca, więc o czymkolwiek przed ślubem nie było mowy. Czasem tylko, poniesieni chwilą, zaspokajaliśmy się oralnie. Co najważniejsze, każda próba włożenia choćby kawałka palca w wiadome miejsce kończyła się jękiem bólu i szybkim ostudzeniem sytuacji: „Wiesz, że mnie to boli, to czemu tak robisz?!”. Nie miałem dziewczyny przed nią, więc sądziłem, że to normalne u dziewic, że są aż tak ciasne.

Nasz związek skończył się po tym, jak dowiedziałem się, że zdradziła mnie ze swoim czarnoskórym znajomym, o którego przyrodzeniu (a ściślej jego wielkości) krążyły niemalże legendy...
Tak więc mój palec to było za dużo, ale penis grubości jej nadgarstka już nie...

#dgTIS

Pewnego razu, gdy w okolicy otworzyli basen, postanowiłem przejść się, sprawdzić jak się prezentuje i w ogóle. Z racji tego, że nie umiałem zbyt dobrze pływać, wpadłem na genialny pomysł — wypożyczę płetwy! No więc podchodzę do ratownika, tak na oko z 10 lat starszego ode mnie, normalnie ja do niego na pan, on do mnie też na początku (gówniarz byłem, ale wysoki)... i pytam, czy jest możliwość wypożyczenia płetw. On na to, że jak najbardziej, no i poszliśmy.
Wchodzimy do schowka ze sprzętem, on wchodzi na drabinę i zaczyna grzebać tam na najwyższej półce i pyta:
– Jaki rozmiar?
Ja na to:
– 46.
– To po ch*j ci płetwy?!

#Tlx3J

Baraszkujemy z dziewczyną na łóżku na rozłożonej pościeli. Ona co chwilę mówi, że koc się świeci, a ja na to: „Co ty gadasz, jak może się koc świecić?”. Atmosfera sięga zenitu, czas rozścielić łóżko. Stoję w negliżu przed łóżkiem i energicznym ruchem ściągam koc... To był jeden z największych błędów mego życia. 
Okazało się, że koc był naelektryzowany jak skurczybyk, a po szarpnięciu pierwszą płaszczyzną, z jaką miał styczność, była końcówka mojego Wacława. W jednej sekundzie ściągam koc, w drugiej leżę na podłodze, ścięty z nóg, ze łzami w oczach, a w tle słyszę jedynie paniczny śmiech mojej lubej i: „Co się stało? Co się stało?”.

Cóż, nikomu nie polecam, jeden z największych bóli, jakich doświadczyłem. Ale przynajmniej w przyszłości będę wiedział, dlaczego koce się „świecą”.

#xlZCM

Mam 24 lata, po maturze wyprowadziłam się z domu i wyjechałam na studia. Odkąd pamiętam, moja rodzina składała się z mamy, taty i starszej o 16 lat siostry, którą widziałam cztery razy w życiu — na swojej komunii, osiemnastce, na święta Bożego Narodzenia rok temu i na pogrzebie taty w tym roku. Owa siostra, mając 16 lat, wyjechała do USA do cioci, gdzie chodziła do szkoły i robiła karierę — tak mi mówiono przez 24 lata.

Po śmierci taty mama stwierdziła, że nasz dom jest za duży i go sprzeda, kupi sobie mniejsze mieszkanie, a resztę podzieli między mnie i siostrę. Jak zadecydowała, tak zrobiła. Podczas wyprowadzki na strychu napatoczyłam się na pewną drewnianą szkatułkę, którą otworzyłam, a w niej znalazłam zdjęcia mojej siostry w ciąży, zaświadczenia od lekarza, a także zaświadczenie adopcyjne między siostrą a „moimi rodzicami”. Po 24 latach odkryłam, że moja 16 lat starsza siostra jest moją matką, która tak naprawdę nigdy nie była w USA, lecz na leczeniu. Była uzależniona, przebywała w Monarze, nigdy mnie nie chciała i nawet nie wie, kto jest moim biologicznym ojcem.
24 lata byłam oszukiwana, ale mam wielką wdzięczność do moich rodziców, że mnie wychowali na dobrego człowieka i zawsze wspierali. Moja biologiczna matka nigdy nie wykazała się nawet jako siostra, więc matką byłaby jeszcze gorszą!

#pNuPB

Nigdy nie byłem „duszą towarzystwa”. Spokojny, pogodny i (przy dalszym poznaniu) rozmowny chłopak — taką miałem opinię. Nie izolowałem się od rówieśników, zawsze można było liczyć z mojej strony na pomoc, poradę czy po prostu rozmowę, przez co zyskałem paru przyjaciół, jak i ogólną sympatię dzieciaków z klasy.

Już na początku wakacji zauważyłem pewne zmiany. Stopniowo przestano mnie zapraszać na ogniska, urodziny, wypady nad nasze lokalne jezioro itp. Z początku nie zwracałem na to zbyt uwagi („Eee, błahostki”) i rozkoszowałem się upragnionymi wakacjami. Jednak z biegiem czasu to „izolowanie” zaczęło mnie trochę martwić. Oczywiście sam podejmowałem inicjatywę i nieraz zapraszałem kolegów czy też podczepiałem się pod ich spotkania, ale o mnie samym coraz rzadziej pamiętano.
Pewnego upalnego dnia, zauważyłem mojego najlepszego przyjaciela (powiedzmy, że był to Karol) i kilkoro kumpli na rowerach. „Oczywiście…” – pomyślałem, ale tym razem postanowiłem coś zrobić i trochę później wybrałem się do Karola, aby pogadać.
Przedstawiłem mu cały problem, naprawdę się przed nim otworzyłem, opowiadając o tym, jak brakuje mi wspólnie spędzanego czasu i po prostu towarzystwa. On wysłuchał mnie do końca, pocieszył i zapewnił, że to nic takiego, no i teraz będzie po mnie dzwonił za każdym razem. Byłem bardzo szczęśliwy, że zebrałem się do tej rozmowy. Naprawdę nie było to dla mnie łatwe, ale odczułem po niej ulgę i zrozumienie.
Tego samego wieczora babcia poprosiła mnie o kupienie czegoś, więc od razu wziąłem rower i ruszyłem w stronę sklepu. Jadąc do niego, musiałem minąć jezioro, dzięki czemu przypadkowo zobaczyłem wszystko jak na dłoni. Byli tam dosłownie wszyscy. Wszyscy z mojej ówczesnej klasy, wszyscy dalsi znajomi, dzieciaki z okolicy, ale nie to było najgorsze. Wśród nich zauważyłem świetnie bawiącego się (jak wtedy myślałem) mojego najlepszego przyjaciela, który jeszcze godzinę temu mnie pocieszał… To był moment, kiedy coś we mnie pękło…

Pomyślicie pewnie, że przesadzam i w sumie macie rację. Sam przeżyłem wiele gorszych sytuacji, ale mimo upływu wielu lat jedynie wspomnienie tego wydarzenia wywołuje u mnie taką niezrozumiałą ilość bólu i żalu. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, ale zwyczajnie nie potrafiłem dalej próbować. Z żadną z tamtych osób nie utrzymuję dziś kontaktu, za to niedawno po wielu latach samotności znalazłem przyjaciela.
Prawdziwego :)

#xRYeS

Kilka lat temu (miałem 20 lat) wprowadziłem się z siostrą i mamą do nowego domu, jeszcze nieukończonego. Był już wieczór, wszyscy zmęczeni, nikomu się nic nie chciało i każdy chciał iść spać, prócz mnie. 
Po godzinie każdy już spał, a ja oglądałem film w moim pokoju na nieukończonych drewnianych panelach, bo łóżko jeszcze nie było złożone. Dla nastroju zapaliłem sobie świeczkę....
W środku nocy budzę się, a przed twarzą mi się palą panele! Drzwi zamknięte, cały pokój w dymie, ja panika, ale szybko udało mi się ugasić pożar. Okno otworzyłem, by to wywietrzyć, starałem się robić wszystko tak cicho, jak się tylko dało, by nikogo nie obudzić. Zapaliłem światło i patrzę na podłogę, a tam kilka paneli spalonych... Myślę — co ja teraz zrobię? Wpadłem na genialny pomysł, by rozebrać podłogę i ułożyć ją od nowa... Udało się po części, bo nie starczyło paneli. Z rana siostra musiała dokupić nowe, wina poszła na tego, kto obmierzał metraż pokoi. :D
Spalone panele wystawiłem za okno, by w odpowiednim czasie wywalić je do kontenera razem z innymi materiałami budowlanymi. Do dziś nikt się o niczym nie dowiedział.

PS Teraz mieszkam sam, świeczki dalej palę, ale tylko w pancernym szkle.

#QXKtL

Od 3 klasy podstawówki zacząłem się jąkać, nie mam pojęcia czemu. Trzy lata chodzenia do logopedy (mówienie wierszyków i dmuchanie na świeczkę tak, aby płomienia nie zgasić) nic nie dały. Zrezygnowałem.
W życiu spotkałem dwie osoby, które po usłyszeniu mojej wymowy dosłownie wyśmiały mnie, stojąc twarzą w twarz. Jedną z nich był mój kierownik w poprzedniej pracy. Traktował mnie jak idiotę, pisząc markerem godzinę, na którą mam iść na przerwę. Jakby nie rozumiał, że mam wadę wymowy, nie słuchu... (tak właściwie to nie jest wada wymowy, jąkanie się to jakaś klapka w mózgu, która blokuje mowę. Nie czyni mnie to jednak nienormalnym). 
Zauważyłem jedną rzecz, kiedy jestem wśród znajomych – wśród osób, z którymi czuję się swobodnie, mówię normalnie. Co więcej, czasem mówią, żebym mówił wolniej.
Jak dla mnie jest to kwestia zaaklimatyzowania się w danym otoczeniu, przebywanie wśród przyjaciół, którzy się z tego nie śmieją. Poprawka – którzy się ze mnie nie wyśmiewają. Mam ogromny dystans do siebie, więc sam często żartuję z tej wady.
Ciekawy jestem, czy wśród anonimowych są osoby z tym problemem, bo niestety nie znam nikogo takiego osobiście. Jeśli tak, dajcie znać :)

#Ld906

Jak miałam z 9 lat, to byłam z mamą gdzieś na starówce. Patrzyłam sobie, jak jakiś pan robi bańki mydlane i nagle JEB! Dostałem takiego gonga w tył głowy, że klepnęłam twarzą w bruk i aż nakryłam się moimi czarnymi laczkami. Wstałam, popatrzyłam za siebie i zobaczyłam jakąś starszą panią. Tej się mina wykrzywiła w grymasie i burknęła mi: „Szukałam swojego wnuka, masz taką samą kurteczkę”.
Dodaj anonimowe wyznanie