#xRYeS

Kilka lat temu (miałem 20 lat) wprowadziłem się z siostrą i mamą do nowego domu, jeszcze nieukończonego. Był już wieczór, wszyscy zmęczeni, nikomu się nic nie chciało i każdy chciał iść spać, prócz mnie. 
Po godzinie każdy już spał, a ja oglądałem film w moim pokoju na nieukończonych drewnianych panelach, bo łóżko jeszcze nie było złożone. Dla nastroju zapaliłem sobie świeczkę....
W środku nocy budzę się, a przed twarzą mi się palą panele! Drzwi zamknięte, cały pokój w dymie, ja panika, ale szybko udało mi się ugasić pożar. Okno otworzyłem, by to wywietrzyć, starałem się robić wszystko tak cicho, jak się tylko dało, by nikogo nie obudzić. Zapaliłem światło i patrzę na podłogę, a tam kilka paneli spalonych... Myślę — co ja teraz zrobię? Wpadłem na genialny pomysł, by rozebrać podłogę i ułożyć ją od nowa... Udało się po części, bo nie starczyło paneli. Z rana siostra musiała dokupić nowe, wina poszła na tego, kto obmierzał metraż pokoi. :D
Spalone panele wystawiłem za okno, by w odpowiednim czasie wywalić je do kontenera razem z innymi materiałami budowlanymi. Do dziś nikt się o niczym nie dowiedział.

PS Teraz mieszkam sam, świeczki dalej palę, ale tylko w pancernym szkle.

#QXKtL

Od 3 klasy podstawówki zacząłem się jąkać, nie mam pojęcia czemu. Trzy lata chodzenia do logopedy (mówienie wierszyków i dmuchanie na świeczkę tak, aby płomienia nie zgasić) nic nie dały. Zrezygnowałem.
W życiu spotkałem dwie osoby, które po usłyszeniu mojej wymowy dosłownie wyśmiały mnie, stojąc twarzą w twarz. Jedną z nich był mój kierownik w poprzedniej pracy. Traktował mnie jak idiotę, pisząc markerem godzinę, na którą mam iść na przerwę. Jakby nie rozumiał, że mam wadę wymowy, nie słuchu... (tak właściwie to nie jest wada wymowy, jąkanie się to jakaś klapka w mózgu, która blokuje mowę. Nie czyni mnie to jednak nienormalnym). 
Zauważyłem jedną rzecz, kiedy jestem wśród znajomych – wśród osób, z którymi czuję się swobodnie, mówię normalnie. Co więcej, czasem mówią, żebym mówił wolniej.
Jak dla mnie jest to kwestia zaaklimatyzowania się w danym otoczeniu, przebywanie wśród przyjaciół, którzy się z tego nie śmieją. Poprawka – którzy się ze mnie nie wyśmiewają. Mam ogromny dystans do siebie, więc sam często żartuję z tej wady.
Ciekawy jestem, czy wśród anonimowych są osoby z tym problemem, bo niestety nie znam nikogo takiego osobiście. Jeśli tak, dajcie znać :)

#Ld906

Jak miałam z 9 lat, to byłam z mamą gdzieś na starówce. Patrzyłam sobie, jak jakiś pan robi bańki mydlane i nagle JEB! Dostałem takiego gonga w tył głowy, że klepnęłam twarzą w bruk i aż nakryłam się moimi czarnymi laczkami. Wstałam, popatrzyłam za siebie i zobaczyłam jakąś starszą panią. Tej się mina wykrzywiła w grymasie i burknęła mi: „Szukałam swojego wnuka, masz taką samą kurteczkę”.

#6nVtc

Wiosna, ciepłe popołudnie, ja — niespełna 15-letni chłopak oraz mój przyjaciel 17-letni Mariusz. Wioska, dzień jak każdy inny, szkoła, obowiązki domowe (praca na roli), a potem? No właśnie, co potem? Potem stało się coś, czego nigdy nie zapomnę.

Mieszkaliśmy na wsi, w sumie dalej tam mieszkam, autem jeździłem już od podstawówki, znałem wszystkie polne drogi we wsi. Tego dnia rodziców nie było w domu, a ja bez ich wiedzy wziąłem leżące kluczyki od starego, rzadko używanego samochodu i pojechałem do Mariusza. Jego rodziców też nie było w domu, pomogłem mu w jego obowiązkach (jak to na gospodarce) i chcieliśmy pojeździć samochodem, nie po szosie, po polnych drogach. Nie wiem, która to była godzina, mało pamiętam z tego co się później działo. Wsiedliśmy, ja za kierownicą, Mariusz z boku. Nie wiem, jaką mieliśmy prędkość, myślę, że koło setki, jechaliśmy jakąś polną drogą, straciłem panowanie, zsunęliśmy się z burty, dachowaliśmy chyba kilka razy, ja trzymałem się kierownicy, Mariusz jechał bez pasów, pamiętam jak „latał” po samochodzie, nie wiem, czy krzyczał, czy nie. Auto się zatrzymało, nie wiedziałem, czy wysiąść, ale wysiadłem. Mariusz nic nie mówił, podbiegłem do tylnych drzwi, żeby je otworzyć, próbowałem obudzić Mariusza — nie reagował. Byłem w szoku, nie pamiętam, co było dalej. Przyjechała policja, pogotowie, nie wiedziałem, co się stało, zabrali mnie do szpitala, tam się dowiedziałem, że Mariusz nie żyje, zmarł na miejscu, a ja? Nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie.

Minęły lata, żyję, mam się dobrze, chodzę do psychologa, takie dni jak dziś wracają bardzo rzadko. Nikt mnie o to nie obwiniał, wiem, że to głównie moja wina, wyrok, jaki dostałem, to jedynie dozór kuratora. Moi rodzice i rodzice Mariusza obwiniają siebie. Nikt nie powiedział, że to moja wina, ale ja wiem to i tak. Dalej jest mi ciężko z tym żyć, w głowie mam tylko jedno zdanie: „gdybym mógł cofnąć czas”. Wiem, że nic nie wróci Mariuszowi życia. Ale czasem wolałbym chyba być szykanowany za to, co mu zrobiłem. To przynajmniej byłaby jakaś kara dla mnie.

#dFNBj

Nastolatkowie to jednak są teraz głupsi niż kiedykolwiek. Tfu...

Kąpałem się w morzu na plaży nieopodal Koszalina, kiedy to jeden młokos w wieku lat na oko 15 wymyślił genialną zabawę. Nasrał, dosłownie: nasrał na piasek, wziął swoje gówno w rękę (tak, podkreślam: wziął gówno w rękę) i rzucił nim w swoją koleżankę. Na szczęście dla tej młodej dziewczyny w nią nie trafił, ale ja do dziś czuję na sobie smród tego gówna.

#BIIla

Gdy byłam w przedszkolu, podobał mi się syn pracownicy, zawsze jak odwiedzał swoją mamę, to starałam się być jak najbliżej i go zagadywać. Taka subtelna byłam.

Któregoś dnia siedzimy w kółku, i ja, mając po przeszpiegach odpowiednie informacje, wypaliłam: „A ja słyszałam, że pani syn to złamał nogę”.
Na co pracownica: „A ja słyszałam, że ty się podkochujesz w moim synu”.

Uciekłam do schowka na klocki, dramatycznie padłam na brzuch i odwrócona dupą do świata płakałam w wykładzinę.

Myślałam, że to mój najgorszy dzień.
No, do czasu, aż nie umarł mi członek najbliższej rodziny.

#ou0pS

Kiedyś zostaliśmy na imprezie we troje (reszta jakoś szybko się zawinęła): ja, moja dobra kumpela i znajomy typ ze studiów, który — jakoś tak wyszło — chciał się spotkać i pogadać, bo się dawno nie widzieliśmy. Ja ogólnie mało piję, ale ten typ lubił ostre walenie shotów, no i co chwilę coś zamawiał z baru i się nieźle zrobiliśmy. Szczególnie ja — i to do tego stopnia, że podczas rajdu po klubach w pewnym momencie po prostu wstałem i zacząłem iść w kierunku domu na autopilocie. Następne wspomnienie to brat i bratowa, którzy wyprowadzają mnie pod ręce ze szpitala o siódmej rano. Na wypisie ze szpitala zobaczyłem później, że przekroczyłem dawkę śmiertelną...
Po południu (oczywiście ledwie kontaktowałem) zadzwoniła do mnie kumpela z pretensjami, że ją zostawiłem samą z tym typem, a on ją niby odprowadzał, zamówił taksówkę i chciał ją zabrać na chatę do siebie, wiadomo po co. W pewnym momencie wręcz próbował ją wciągnąć do środka. Ogólnie była mega wkurzona i się pokłóciliśmy.

Po jakimś czasie okazało się, że typ, z którym byliśmy (dowiedziałem się tego od barmana z ostatniego klubu), wzmacniał moje drinki wódą. Dlaczego? Żebym się szybciej upił, bo mu przeszkadzałem w zaplanowanej akcji z wykorzystaniem mojej koleżanki. 
Do tej pory ch..ja nie cierpię – prawie zgwałcił moją znajomą, a mnie prawie zabił tym dolewanym alkoholem...

#KNsLG

Pamiętam taką jedną sytuację z czasów, gdy byłam małolatą. Otóż miałam 15 lat, kiedy doznałam urazu głowy podczas meczu piłki ręcznej i wylądowałam w szpitalu na wschodzie naszego pięknego kraju. Okazało się, że nie mam wstrząsu mózgu i w zasadzie następnego dnia mogłam opuścić szpital, jednak moi rodzice znajdowali się po drugiej stronie Polski, był środek tygodnia, wiadomo, mieli pracę i nie mogli mnie odebrać od razu, więc umówiliśmy się, że przyjadą po mnie w sobotę. Mój trener razem z resztą drużyny ruszał w trasę, by grać inne mecze w różnych miastach. Więc zostałam sama, musiałam zostać w tym szpitalu jeszcze przez cztery dni.
Leżałam na sali z jakimiś dwoma chłopakami niewiele starszymi ode mnie, była też jakaś kobieta z ropniem i ktoś jeszcze, ale ci chłopcy odegrali kluczową rolę. Leżeliśmy tam i zapoznaliśmy się trochę, takie niewinne, szczeniackie flirty się tam odwalały. Codziennie rano przy obchodzie pielęgniarka pytała wszystkich: „Gazy były?”, „Stolec był?”. Chłopcy śmiali się z tego i wołali „Taaa... Wielki stolec był, psze pani”. Ja się wstydziłam mówić, że robiłam kupę, szczególnie przy tych chłopakach, i przez trzy dni z rzędu mówiłam, że nie było stolca... Czwartego dnia rano, gdy po południu już mieli mnie odbierać rodzice, dwie pielęgniarki wyprosiły wszystkich z naszej sali i powiedziały do mnie: „Dziecko, czy ty naprawdę od trzech dni nie zrobiłaś kupy?”. Trochę się przestraszyłam, ale dalej szłam w zaparte, że nie robiłam, bo już głupio mi było teraz mówić, że przez trzy dni ściemniałam. Zrobili mi lewatywę, a na koniec wepchnęli czopek.

Morał? Przyznawajcie się do własnego gówna, bo narobicie sobie jeszcze większego smrodu.
Dodaj anonimowe wyznanie