#olh6k

Kilka dni temu uznałem, że najwyższy czas przedstawić rodzicom Monikę - moją dziewczynę. Ojciec, chcąc wyjść na luzaka, postanowił sobie zażartować i już w drzwiach rzekł do mnie: „To twoja dziewczyna? Chcesz mi powiedzieć, że zdążyłeś już rzucić tę, która przedstawiałeś nam wczoraj?”. Monika nie załapała specyficznego humoru mojego rodziciela i zamiast wybuchnąć wymuszonym śmiechem, odwróciła się, strzeliła mi w twarz i wyszła z domu.
Nie odbiera ode mnie telefonów, zablokowała mnie na Facebooku i nie otwiera drzwi swojego mieszkania, udając, że jej w nim nie ma. Zostałem pozbawiony szansy wytłumaczenia tego koszmarnego nieporozumienia.

#Hpyj2

Wczoraj kupiłam sobie specjalną opaskę na ramię, aby umieścić w niej mój telefon. Dzięki temu mogłabym słuchać muzyki podczas ćwiczeń, za wykonywanie których wreszcie postanowiłam intensywnie się zabrać. Okazało się, że mam za grubą łapę i choćbym stanęła na głowie, nie wcisnę jej w tę cholerną opaskę…

#UoyAg

Będąc w szkole średniej, na przełomie 1 i 2 klasy, zakochałem się w nauczycielce j. angielskiego, która uczyła połowę mojej klasy. Nie miała wtedy więcej niż 25-30 lat, skóra gładka jak niemowlaka. Figura drobnej amazonki, blond włosy za pupę i hipisowski, luźny, kolorowy ubiór. Dodatkowo cudowny akcent, poczucie humoru oraz stoicki spokój z szanowaniem każdego. Kochała też koty oraz stary rock. Była moim ideałem kobiety.

By zwrócić na siebie większą uwagę, udawałem totalną niemotę. Że nie widzę nic z tablicy, coś specjalnie źle przepisałem - by pokreśliła mi po zeszycie. Źle czytałem jakieś słowa, by tylko mnie poprawiła. I inne głupie zachowania z lekkimi uśmiechami.

Na każdych zajęciach z nią miałem "motylki w brzuchu". Patrzyłem na nią jak na dzieło sztuki, a kiedy na mnie spojrzała, chowałem te maślane oczka niewinnie. Pisałem o niej wiersze, marzyłem o tym, by na lekcji nie było nikogo poza nią i mną. Nawet opowiedziałem kumplowi, że chciałbym, by nas zamknięto samych w sali "przez przypadek". A ten wziął to na serio.

Poranna lekcja, nie było nikogo poza mną i nauczycielką w sali - grupa się zmówiła, o czym poinformowano mnie parę dni później. Ona powiedziała mi, że pójdzie po jakąś kserówkę dla mnie. Po chwili wpadł do sali mój kumpel, wyrwał z drzwi klucze i wyszedł z uśmiechem na całą gębę. Po może 10 min razem z obiektem westchnień usłyszeliśmy, jak ktoś grzebie w zamku. Zamknięto nas. Moja muza nie spanikowała, napisała SMS do jakiejś nauczycielki i powiedziała, że ktoś przyjdzie nas wypuścić na przerwie. Robiłem zadania z jej pomocą.

A w końcu przemogłem się i skorzystałem z danej mi szansy. Wyznałem jej prawdę, że bardzo ją lubię, podziwiam. Nie odpowiedziała, to dodałem, że chyba się w niej zakochałem. Uśmiechnęła się wtedy, nadal nic nie mówiąc. Zapytałem, czy poszłaby ze mną na kawę do niezbyt popularnej knajpki. Wtedy przemówiła, że też mnie lubi, jednak ma męża, dziecko i jest ode mnie dużo starsza. Zatkało mnie, zrobiłem się czerwony i było mi duszno.

Nigdy nie było mi tak wstyd, jak wtedy. Siedzieliśmy w niezręcznej ciszy do dzwonka, ona patrzyła się na mnie, a ja na swoją kserówkę. Potem uciekłem do domu z niewiedzy, co ze sobą począć.

Za ok. dwa tygodnie przeniosłem się do grupy pani, która uczyła drugą połówkę mojej klasy. Wymieniłem się z koleżanką, która od długiego czasu chciała się zamienić, ale nie było na taką umowę chętnych.

Na każde przypadkowe spotkanie z byłą nauczycielką lekko się uśmiechałem i schodziłem jej z drogi. Robiłem tak do końca szkoły średniej. Na ostatnim zakończeniu przemogłem się i wręczyłem jej bukiet kwiatów, przepraszając i dziękując. Przytuliła mnie i mrugnęła okiem, życząc powodzenia w życiu.

#2XoRO

Moi rodzice to debile. Nie piszę tego jako obrażony na świat podrostek. Jestem dorosłym mężczyzną, który dawno już założył własną rodzinę i ostatnio coraz częściej bierze mnie na przemyślenia o tym, jak daleko potrafi paść jabłko od jabłoni.

Pierwsze sygnały zacząłem dostrzegać już na etapie podstawówki, gdy próby proszenia o pomoc z pracą domową z każdym nowym tematem częściej kończyły się fiaskiem. Zwyczajnie poziom trudności zadań zaczął przerastać umiejętności rodziców. Matka pracowała całe życie w jednym sklepie, gdzie głównie sprzątała i wykładała towar. Na początku próbowali nauczyć ją pracy na kasie, jednak nie było dnia, by nie wróciła zła na siebie ze względu na źle wydaną resztę i nie były to drobne potknięcia - potrafiła wydać resztę większą od kwoty, którą dostała od klienta. Ojciec to budowlaniec, który od dzieciaka (zaczął w wieku 10 lat) pracował w ten sposób, najpierw z moim dziadkiem, potem ze znajomymi. Choć z tego co wiem, w głównej mierze też robił tam za tragarza, bo przy innych zadaniach potrafił solidnie narozrabiać przez brak pomyślunku.

Kończąc podstawówkę, miałem już na głowie wszystkie formalne sprawy rodziny. Wszelkie pisma i sprawy urzędowe spadały na mnie, rodzice nie potrafili zrozumieć ani słowa z formalnych listów, które otrzymywaliśmy. To ja musiałem dowiedzieć się co z danym pismem zrobić i jak właściwie załatwić formalności, a internetu jeszcze wtedy nikt nie miał, więc nie było jak szybko i wygodnie sprawdzić u "wujka Google". Z czasem, by nie musieć całych dni spędzać na załatwianiu spraw dwójki dorosłych ludzi, zacząłem przesiadywać w warsztacie sąsiada, gdzie tenże naprawiał wszelaką elektronikę. Elektronika z tamtych czasów była nieporównywalnie prostsza, było trzeba mocno się postarać, by ją zepsuć, co w skrócie oznaczało, że naprawa jest albo bardzo prosta, albo czegoś już nie da się naprawić. Nienaprawialne akcesoria zaczęły trafiać w moje ręce, bym przez majsterkowanie zaczął się uczyć fachu. Tak zrodziła się moja pasja, która w końcu została skumulowana w komputerach, co przerodziło się w zapał do tworzenia oprogramowania, czym do dziś się zajmuję.

Któregoś razu trafiła nam się perełka - skaner. Były to czasy, gdy o takich cudach mało kto w ogóle słyszał. Byłem zafascynowany, opowiadałem o tym w domu. Rodzice zrozumieli tyle, że wszystko co papierowe, można skopiować. Następnego dnia zostałem zaczepiony przez ojca, który wcisnął mi w rękę banknot i zapytał ile kopii jestem w stanie zrobić, by "starczyło na samochód". Nie dał się przekonać, że jest cała masa argumentów przeciwko spełnianiu takiej prośby. Mocno się obraził.

Dziś jestem programistą. Nijak nie potrafię zrozumieć, jakim sposobem "trafiło mi się" na tyle dobre uwarunkowanie intelektualne, gdy u rodziców jest w tym zakresie problem.

#Np5bM

Odeszłam od chłopaka, który jest niepełnosprawny. Zanim powiecie, że jestem szmatą bez serca... przeczytajcie.

Poznałam go w pracy. Przyjeżdżał na wózku niemal codziennie, by kupić owoce i warzywa. Pracuję na straganie, w naszym przypadku to wystarczyło, by po kilkuset "dzień dobry" wraz z uśmiechem, wzajemnie zaprosić się na kawę. Od razu się polubiliśmy. Chłopak z niego inteligentny, czarujący. Jest sparaliżowany od pasa w dół, przez wypadek jaki miał będąc nastolatkiem. Nie przeszkadzało mi to w niczym. Mieliśmy wspólne tematy i zainteresowania. Nie zwracałam uwagi na jego inwalidztwo.

Zaczęliśmy się przyjaźnić, a ja pomagałam mu jak mogłam. Byłam na telefon, kiedy czegokolwiek potrzebował. W ramach robienia mu zakupów, on robił obiad dla nas obojga. Mimo wózka jest sprawny i wiele razy udowodnił mi, że brak nóg nie robi z niego słabszego czy gorszego.

Po czasie zaczęliśmy umawiać się częściej. A potem przyszły pocałunki oraz mizianie się przed serialami, a nawet spanie ze sobą - nic więcej. Było nam dobrze razem. Jednak on chciał czegoś więcej, naciskał na współżycie. Kiedy odmawiałam, starał się zachęcać, aż robił mi wyrzuty sumienia mówieniem, że jest beznadziejny, że jestem z nim z żalu, że się go brzydzę itd. Odbierał wszystko personalnie. Potrafił mnie dotykać, by mnie przekonać. Potrafił mówić wulgarnie, opisując, co ze mną zrobi.
Nie chciałam się kochać, bo nie czułam, że to już ten odpowiedni moment.
Miałam tego dość. Tej presji. Chciałam się od tego wyrwać i zerwałam z nim.

Po paru dniach zaczęli wypisywać do mnie jego znajomi oraz rodzina na Facebooku. Okazało się, że to ja jestem tą złą, która jest bez serca i porzuca niepełnosprawnego tylko dlatego, że jest niepełnosprawny.

Nikomu poza wami, nie powiedziałam prawdy. Musiałam zmienić pracę, bowiem jego znajomi zaczęli mnie nachodzić i krzyczeć do mnie różne niemiłe określenia. Wyjechałam i zaczynam nowe życie w nowym mieście, w nowej pracy.

Nie wiem co myśleć o tej historii. Chciałabym o niej zapomnieć. Mimo to nadal mam jakiś żal w sobie.

#GEBCJ

We wrześniu skończę 15 lat. Mam czwórkę rodzeństwa w wieku 13, 6, 4 i 2 lata. Trójkę najmłodszych kocham całym sercem, ale najstarszy z nich mnie już przerasta. Całe dnie latam i opiekuję się dziećmi, sprzątam, gotuję. Nie mam czasu dla siebie i przyjaciół. W dodatku 13-letni brat wyzywa mnie od szmat, dziwek i różnych takich. Mama nie reaguje na to w ogóle, tata jak słyszy zwróci uwagę, ale to nie skutkuje. Gdy tata jest w pracy, mama wyzywa mnie tak samo jak brat. Zajmuję się jej dziećmi i pomagam jak mogę, a ona jedyne co mi mówi to "szmato, dostaniesz wpieprz i zamkniesz w końcu tego ryja".

Mam już tego serdecznie dość. Jak mam się od niej w końcu uwolnić? Nie wytrzymuję już psychicznie.

#3x4g0

Zacznę od tego, że nie wierzę w takie rzeczy i uważam to co mi się przydarzyło za bardzo kiepski zbieg okoliczności.

Jakiś rok temu rozstałam się z chłopakiem, który źle mnie traktował. Poniżał mnie, molestował, sprawiał mi ból, myślał tylko o zaspokojeniu siebie.
Mimo tego, że mnie krzywdził, byłam w nim szalenie zakochana, wierzyłam, że to ten jedyny, dlatego też przymykałam oko na to, że mnie krzywdzi.

Gdy się rozstaliśmy bardzo cierpiałam - codzienny płacz, lament, tęskniłam za nim tak bardzo, że dosłownie zaczęłam czuć fizyczny ból w klatce piersiowej. Przestałam jeść, schudłam parę kilo, leciała mi krew z nosa, nie mogłam spać, nie byłam w stanie pracować. Zaczęłam chodzić do psychiatry po tabletki, żebym mogła normalnie funkcjonować. Chciałam normalnie żyć, zapomnieć, iść do pracy, normalnie zjeść bez wymiotów.

Po czterech miesiącach mój smutek zaczął przeradzać się w gniew, chciałam, żeby zwyczajnie karma mu dojeb*ła, żeby poczuł się tak źle, jak ja się czułam przez te ostatnie miesiące, chciałam usłyszeć, że przydarzyło mu się coś okropnego, życzyłam mu tego z całego serca. Ale nic z tym gniewem nie zrobiłam, czekałam, aż złość mi po prostu przejdzie.
Nie przeszła.
Chciałam na czymś wyładować swoją złość. Na początku pisałam listy do niego, w których mu wygarniałam, ale nigdy ich nie wysyłałam. Napisałam, podarłam i wyrzucałam. Ale to nie pomagało.

Pewnego dnia mignął mi jakiś artykuł o laleczce voodoo.
Pomyślałam sobie, że to dobry sposób na wyżycie się. W artykule ostrzegali, że źle rzucony urok może wrócić do osoby, która go rzuca i takie tam brednie.
Niżej był podany przepis na ową laleczkę. Olałam go i postanowiłam zrobić to po swojemu, bo i tak nie wierzyłam, że cokolwiek mogło by się stać.

Zazwyczaj przy takiej lalce potrzebna jest jakaś osobista rzecz osoby reprezentującej laleczkę, włosy itp.
Nie miałam nic takiego, ale przypomniało mi się, że mój eks kochał śpiewać, a ja miałam jego nagranie audio na dysku, ideolo - pomyślałam.
Wydrukowałam fragment ścieżki na kartce i wycięłam z niej ludzika. Podpisałam "laleczkę" jego imieniem i nazwiskiem.
Uznałam, że będzie najbardziej cierpiał, jeśli zniszczę laleczce gardło, wtedy sobie nie pośpiewa. Nie miałam igieł, ale miałam zszywacz. Nadał się.
Po wszystkim podarłam laleczkę, a potem spaliłam.

Po jakichś trzech dniach dostałam zapalenia mięśni szyjnych, nie mogłam się ruszyć, każda pozycja sprawiała mi ból. Leczenie trwało jakiś tydzień.
Pomyślałam sobie, że urok laleczki nie zaatakował gardła eks, tylko moją szyję, bo olałam przestrogi z randomowego artykułu na fejsie.
Czy pochorowałabym się bez laleczki? Myślę, że tak, nadal nie wierzę, że magiczny kawałek papieru mógł mnie wtedy załatwić na tydzień. Ale więcej laleczek robić nie będę.

#zkskI

Kocham moją babcię, jednak z biegiem lat jest coraz gorsza do zniesienia.

Ma niemal 70 l. na karku, zawsze była kochaną babunią, dającą wszystko co kto zechce; smarującą pieczywo grubo i cieszącą się na widok odwiedzających. Miała temperament od zawsze i pokazywała, co jej się podoba, a co nie. Potrafiła krzyczeć, kiedy widziała złe zachowanie i kiedy coś nie przypadło jej do gustu. Jednak częściej była serdeczna aniżeli wściekła jak osa.

Od około 5 l. jest odwrotnie. Ciągle ma pretensje, ciągle jest nerwowa, nic jej się nie podoba, wymagań ma więcej niż ktokolwiek inny, słowami rani kogokolwiek i twierdzi: "jestem już stara i mi wolno".

Boli mnie, kiedy rani moją mamę, a jej córkę. Ma nową bluzkę - ryk, bo własnej matce nie kupi. Chciała iść do pracy - ryk, bo nie może zostawiać własnej matki. Przyniesie jej zakupy - ryk, bo coś jest złej jakości; a jak ciuch, to za mały lub brzydki. Ciągle pretensje, obrażanie oraz branie się na litość - to ją boli, tamto ją boli, jest za gruba, ma największego pecha i wszystko jest bez sensu.

Mama potrafi przyjść do domu, zasiąść w fotelu i płakać, bo coś ją dotknęło. Mówię jej "nie przejmuj się lub chodź do babci rzadziej, by cię doceniła" - to mama nadal łazi tam dzień w dzień i obrywa za staranie się, choć już tak kombinuje, ażeby jej dogodzić, że staje na głowie, by coś babci załatwić.

Jako wnuk pojawiam się tam raz na tydzień. Pracuję, nie mam czasu ani ochoty do niej chodzić. Zawsze dostaję po głowie, jakim niewdzięcznikiem jestem oraz jak kamienne serce posiadam - i od razu leci obelga do mamy, co ona za potwora wychowała; który na pewno nie posprząta jej grobu po śmierci.

Nie wiem gdzie podziała się ta kochana babunia. Czas spędza się z nią trudno, a każda minuta się dłuży. Mama jest uparta i na siłę chce udowadniać jak dobrą córką jest, babcia ma coraz gorszy charakter i wykłóca się o wszystko.

Czasem sam siebie przerażam i życzę jej w myślach śmierci bez większego pomyślunku.
Dodaj anonimowe wyznanie