#OnuaB

Nie uważam siebie bynajmniej za człowieka, który ma ogarnięte życie. Jestem nieszczęśliwy, myślę o odejściu z tego świata każdego dnia po kilka razy, nie mam prawie nikogo bliskiego. Jestem świeżo po zerwaniu. Nie znoszę swoich rodziców i wiem, że pewnego dnia zerwę z nimi kontakt. Nie widzę dla siebie żadnych perspektyw. Dlaczego o tym wspominam?

Bo szczerze trochę męczą już mnie wyznania niemot życiowych. Co druga historia to "ojoj mąż mnie zdradza, nie wiem co zrobić"; "mój brat jest faworyzowany, rodzice nie chcą mnie słuchać"; "nasz związek jest już na skraju upadku, ale uznaliśmy, że zamieszkamy razem i teraz są problemy" albo "stało się coś dziwnego i zamiast wyjaśnić wszystkim o co chodzi, pozwalam im mnie wyśmiewać i wyzywać". Naprawdę weźcie się w garść. I mówię to jako człowiek, który przeżył w życiu setki bardzo niemiłych sytuacji.

Dowiedziałem się, że dziewczyna mnie zdradza? Pięć minut później z nią zerwałem pomimo prawie 2 lat szczęśliwego związku.

Rodzice mnie poniżają, wyzywają, krzyczą i mówią, że jestem nikim? Odpowiadam im dokładnie tym samym. Wychodzę na tym lepiej niż wielu moich rówieśników, którzy dają sobą pomiatać. Płacą mi nawet czynsz za mieszkanie, do którego się przeprowadziłem.

"Znajomi" nie proponują prawie żadnych wyjść, odpisują na wiadomości trzy dni albo odwołują spotkania dziesięć minut przed czasem? Mówię im, że jest to ekstremalnie chamskie, niegrzeczne i mnie rani. Jeśli nic to nie zmienia, zrywam kontakt pomimo wielkiego oburzenia i pretensji.

Na rozmowie o pracę rekruter kombinuje jak tylko może, żeby wcisnąć mnie na jakieś znacznie gorsze stanowisko niż to, które było w ogłoszeniu? Mówię "dziękuję" i wychodzę.

Naprawdę znajcie swoją wartość i nauczcie się mówić ludziom wprost, co wam się nie podoba. Rozczulanie się nad sobą niczego nie da.

#fUVdt

Jechałam kiedyś pociągiem do mojego chłopaka. Pamiętam, że to była zima, śnieg. Jak zima, to wiadomo, kurtka, szalik i odpowiednie buty. Wyobraźcie sobie mój szok, kiedy naprzeciwko mnie usiadł facet, fakt, kurtkę i szalik miał, ale na nogach zamiast dobrych butów miał... sandały. Cholera, myślę, zwariował... ale nieee, wygląda normalnie, wiec hmmm, nie kumam.

I tu zaczyna się moja wtopa życia... Zerkam na jego nagie stopy, nagle wpadł mi do głowy pomysł, że zrobię zdjęcie, bo przecież nikt mi nie uwierzy, że widziałam takiego jegomościa. Tak więc wyciągam telefon, niby że coś czytam i cyk - robię zdjęcie. A tu flesz... Facet na mnie patrzy, a ja byłam w takim szoku, że wymamrotałam pod nosem coś w stylu "a co to mi tu... ekhmm" i głowa w drugą stronę. Czułam, że moja krew wrze. Do końca drogi siedziałam w bezruchu, aż szyja mnie bolała. Całe szczęście, że wysiadł wcześniej ode mnie.

PS. Fotę mam do tej pory :)

#bK1Cw

Pracuję w restauracji, takiej ą i ę, najwyższy standard jedzenia i obsługi, lokalizacja również jest super...

Najgorsza grupa klientów to osoby, które zamówią jedzenie z karty, po czym dodają - proszę to przygotować bez glutenu, później zamieniają mięso na tofu albo rezygnują z niego całkowicie, następnie zaznaczają, że są UCZULONE na cukier i chcą, by np. zastąpić go ksylitolem, następnie zaznaczają, że nie jedzą soli lub czegoś innego, a na samym końcu zwracają do kuchni prawie nietknięte coś, bo daniem tego nazwać już nie można.

Od jakiegoś czasu zacząłem olewać prośby o przyrządzenie czegoś bez glutenu - z prostego powodu. Osoby chore na celiakię doskonale wiedzą, co mogą zjeść (skład dania jest podany), a czego nie, jeśli nie są pewni, to pytają o to przed zamówieniem, a nie rzucają na końcu jak formułkę diety cud. Efekty? NIKT się nie skarżył, że bezglutenowe pieczywo jest glutenowe jak cholera, a dania przestały tak często wracać na kuchnię. Śledzę komentarze na temat naszej restauracji, opinie itp. - zero narzekań, ŻADNEGO negatywnego komentarza odnośnie pieprzonego glutenu.

Ludzie chyba myślą, że gluten to jakiś chemiczny specyfik a'la wzmacniacze smaku, barwniki itp. i że sypiemy to bez opamiętania do każdego dania.

#YEdoX

Aby sprawdzić, czy coś mi smakuje, wącham jedzenie. I nie chodzi mi o gotowe dania, tylko pojedyncze produkty.

Robię tak od kiedy pamiętam. Czuję, czy coś jest słodkie, gorzkie, kwaśne czy słone.
Kiedy w sklepie wąchałam jabłka aby sprawdzić, czy to są te co lubię. Teraz już wiem jaką mają nazwę i kupuję je bez wąchania. Jednak w sklepach gdzie nie ma nazwy jabłek muszę powąchać, żeby sprawdzić, czy będą mi smakować.
Podobnie mam z wędlinami czy ugotowanym rosołem. Wiem, jak pachną niedojrzałe banany lub zbyt dojrzale i niesmaczne.
Za to gotowe mrożone frytki śmierdzą dla mnie jak płyn do naczyń i zjem je tylko z ziemniaków, które dla mnie pachną (zapach czuję tylko po ich ugotowaniu) i nazwy smacznych ziemniaków również znam.
Na szczęście nie jestem z tym sama, ponieważ szwagierka mojego męża ma podobnie, a nasi mężowie dalej nie wiedzą jak możemy czuć inne zapachy, skoro wszystkie np. jabłka pachną dla nich tak samo.

P.S. Jabłka to jonagold, szampion i ligol, a ziemniaki bryza i orlik.

#oNx1P

Zimowym wieczorem, wraz z przyjaciółką, wracałyśmy autokarem do domu. Usadowiłyśmy się na wolnych, wygodnych tyłach i ruszyliśmy. Po drodze dosiadła się do nas młoda parka. Co ważne, facet siedział obok kumpeli, a ja spałam.

Nagle obudził mnie szept przyjaciółki: "Ej, kurna! Weź się przesuń, bo ten zboczeniec smyra mnie po nodze!!". Lekko przerażona i zaspana mówię: "Co?? Jak to możliwe, przecież on ma laskę obok siebie, trzyma ją za rękę". Pomyślałam, że to wstrętne i się lekko zagotowałam, więc bez namysłu nawrzucałam chłopakowi od zboków, co to się nawet przy dziewczynie powstrzymać nie potrafi.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a po chwili wziął na ręce swojego psiaka, który siedział na podłodze. Zbokiem roku okazał się uroczy jamnik...

Przeprosiłam, ale do dziś pamiętam, jak wtedy było mi głupio i ile się naprzepraszałam niewinnego chłopaka.

#NzwJ8

Przez pierwsze 10 lat swojego życia byłam przekonana, że mój wujek to mój starszy brat. Nie wiem, czemu sobie tak ubzdurałam, ale od dziecka chwaliłam się koleżankom w przedszkolu, jakiego to ja mam super brata, a w szkole pisałam wypracowania, w których go zachwalałam i byłam z niego dumna. Mieszkał od zawsze w naszym rodzinnym domu, był starszy o jakieś 8 lat, i nikt z rodziny nie zdawał sobie sprawy z tego, za kogo go uważam. Nie zwracałam zbyt wielkiej uwagi na to, że zwracał się do mojej mamy po imieniu, ale kiedyś z samej ciekawości spytałam, czemu właściwie tak robi. "Bratowujek" bardzo się zdziwił, że przecież czemu ma się do swojej siostry zwracać jak do mamy... Byłam w ciężkim szoku, że przez tyle lat żyłam w tej nieświadomości i długo musiałam dochodzić do siebie, ale po jakimś czasie zrozumiałam, że to byłoby nie do końca możliwe, bo gdyby naprawdę był moim bratem, to moja mama musiałaby go urodzić w wieku 12 lat.

#SMDxk

Jestem niska - gdzieś tak 150 cm. Byłam szczupłym dzieckiem, podczas dojrzewania nabrałam "kształtów", nie byłam gruba, ale do patyczaka też mi było daleko. Przy dobrych lotach miałam 55 kg, przy najgorszych 59 kg. Przy takim wzroście naprawdę widać każdy kilogram. Kiedy stałam się pełnoletnia, zaczęłam ćwiczyć. Trochę na siłowni i bardzo dużo biegania. 5-6 razy w tygodniu, minimum 10 km, a często 12-13. Czasami w wolne dni biegałam nawet dwa razy. Nadal nie wyglądałam jak patyczak, bo jednak mam dość kobiecą figurę, moja waga zatrzymała się na 54 kg i już zejść nie chciała, ale wyglądałam super! Naprawdę czułam się świetnie, uwielbiałam zakupy, na zdjęciach wyglądałam na mega zgrabną kobietę. Lubiłam siebie. Było jedno małe "ale". Wystarczyło 2 tygodnie bez treningu (przy naprawdę normalnej diecie, bez głodówek, bez napoi, słodyczy i fast foodów), a po mnie już było widać, że robię się pełniejsza. Po miesiącu to już w ogóle. Więc biegałam, zdrowo jadłam, ale potrafiłam pójść z koleżankami na lody czy zjeść kawałek tortu urodzinowego. Wszystko z głową.

W końcu zaszłam w upragnioną cìążę. Pojawiła się niedoczynność tarczycy (która mi została po porodzie, z tym że wyniki mi szalały co miesiąc), ciąża zagrożona z zakazem uprawiania sportu, ograniczeniem ruchu do minimum. Naprawdę starałam się jeść zdrowo i bez szaleństw, ale tyłam strasznie. Nawet chyba nie byłam zaskoczona. Po ciąży zakaz biegania, zakaz ćwiczenia brzucha - naprawdę spory rozstęp mięśni prostych brzucha, zresztą nie tylko to. I ja tak od endokrynologa do fizjoterapeuty, czasem ortopedy, nieomal z płaczem nad każdym posiłkiem, coś słodkiego? Wstyd mi nawet zjeść. Waga prawie 70 kg. Wyglądam strasznie! Najgorszy jest ten wielki, zdeformowany brzuch! Wiem, że potrzebuję bardzo intensywnych treningów codziennie, ale ciągle słyszę, że nie powinnam, bo pogorszę swój stan. Treningi lekkie guzik mi dają. Potrzebuję nowych ubrań, bo ze starej garderoby niewiele się nadaje, ale nienawidzę teraz zakupów. Wszystko leży beznadziejnie, we wszystkim wyglądam jak beczka, nieważne jaki rozmiar wezmę, czuję jakbym szarpała się z tymi ubraniami próbując je wcisnąć. Nienawidzę wychodzić, nienawidzę siedzenia zamknięta w domu. Podziwiam kobiety, które wyglądają super po porodzie. Nienawidzę siebie, że mijają kolejne miesiące, a ja nadal wyglądam tak źle. Jak widzę kogoś znajomego na ulicy, to udaję, że nie widzę, albo wchodzę do sklepu. Nie chcę tych spojrzeń, wiem, że wyglądam źle. Pocieszanie mnie wkurza, a dogryzanie sprawia mi przykrość. Z każdą kolejną porażką w sporcie, z każdym coraz gorszym wynikiem u lekarza czuję się gorzej. Wkurza mnie to "idź na basen!". Tak, bo każdy ma basen pod domem, bo każdego stać na wydanie kilku stów miesięcznie na dojazdy. Lubię biegać. Lubiłam. Teraz to już nie ma nic znaczenia.

#Yqzzp

Jestem osobą o dużej cierpliwości. Zawsze zanim zareaguję to czekam o wiele więcej czasu niż większość ludzi. Jestem też również w wieloletnim związku. Na początku było nam bardzo ciężko. Młodzi, na dorobku, bez wsparcia z niczyjej strony. Wiedziałam, że kwestie "nas'', spędzania czasu razem, potrzeb fizycznych muszę odłożyć na inny czas, miejsce, kiedy już nie będziemy musieli się martwić o nic. Minęło parę lat...

Założyliśmy rodzinę, o finanse się nie martwimy, mamy wszystko co powinniśmy mieć i... mam ochotę uciec z tego wszystkiego. Na początku związku mówiłam partnerowi, że jestem takim typem człowieka, który potrzebuje bardzo dużo czułości, czasu razem, seksu. Taka jestem i tyle. Rozumiałam też, że człowiek po pracy, po problemach nie ma czasu, żeby w tygodniu mieć czas myśleć o drugiej połówce. Rozumiałam to. Dni, tygodnie, miesiące, lata. Tyle czasu moje potrzeby były lekceważone i zbywane, że zaczynam to wszystko nienawidzić. Mówiłam i prosiłam jak wygląda dla mnie związek, a tymczasem mam wszystko co nienawidzę opakowane w złotej klatce. Bardziej niż kolejne pieniądze wolałabym weekend razem nad jeziorem we dwoje bez dzieci. Niemożliwe od paru lat. Spacer? Nieee... zmęczony, ale jak on potrzebuje wyjść, to ma zawsze siły. Teraz gdy tylko w niedzielę się mój mąż mną interesuje, ja już nie reaguję na cokolwiek. Mam dość. Nikomu nie mogę o tym powiedzieć, bo przecież seks raz na parę miesięcy to standard w związkach... Mam kasę, o co mi chodzi i generalnie zamknij się frustratko. Fakt, jestem frustratką. Bo mówiłam, prosiłam, spełniałam jego potrzeby. A moje? "Może kiedyś'' - które nigdy nie nadchodzi od lat.

#wD5II

Studia inżynierskie to był u mnie czas bardzo pozytywnego życia. Miałam paczkę znajomych, dziwna zbieranina, z różnych kierunków, ale bardzo kreatywna i zakręcona, a im więcej czasu razem spędzaliśmy, tym więcej pomysłów mieliśmy. Nasze imprezy zazwyczaj miały motyw przewodni, organizowaliśmy dla siebie i innych rzeczy od skoków na bungee i spływów kajakowych po przedstawienie teatralne dla rektora, w którym sami graliśmy. Ogólnie był to czas, kiedy wydawało mi się, że świat swoi otworem.
Był to jednocześnie czas, gdy na fb modne były funpage'e, które się lajkowało dla cytatów.

W tamtym okresie zaczęłam wpisywać do zeszytu różne takie cytaty, własne myśli, w większości krótkie treści pozytywne i/lub motywujące. W tym zeszyciku jest i tekst pasowania na rycerza Orlando Blooma w Królestwie Niebieskim, i przepowiednia o Powrocie Króla, i kawałek Testamentu Mojego Słowackiego, ale w większości testy typu "Nie pozwól, aby strach przed działaniem wykluczył cię  z gry". Zeszyt ma 32 strony, ponad połowa zapisana, kolorowa, różne wielkości liter, czcionki itp. Taki zeszyt dobrych myśli.

Studia skończyłam już kilka lat temu, mam rodzinę, problemy dorosłych. Przy przeprowadzce ten zeszyt włożyłam miedzy książki.

Ostatnio mój mąż chodził zamknięty, nie mogłam w żaden sposób do niego dotrzeć. Siła rzeczy się martwiłam.
Któregoś dnia wyciągnął ten mój zeszycik, przeczytał (ja później też) i jakby coś opadło, przegadaliśmy z pół nocy. Problemy może nie zniknęły, ale jesteśmy w tym razem i mamy siłę zapisanych x lat temu przeze mnie słów, które naprawdę działają. Gdy dopadają nas czarne myśli, rzucamy sobie tekstami z zeszytu w stylu "myśl o rozwiązaniu, a nie o problemie" i jakby ta dupa, w której jesteśmy jest mniej czarna i faktycznie szukamy rozwiązań.

PS Paczka się rozpadła.
Dodaj anonimowe wyznanie