Mając 15 lat, byłam na kolonii nad morzem. Dzieliłam pokój między innymi z pewną 10-latką. Po kilku dniach zaczęło okropnie śmierdzieć w pokoju. Sprawdziliśmy plecaki i bagaże, bo być może tam była jakaś stara kanapka czy coś. Jednak nic nie znalazłyśmy. Nawet wietrzenie pokoju nic nie dało.
Po kilku dniach okazało się, że ta 10-letnia dziewczyna co noc sikała w majtki w łóżku. I cały materac przeszedł okropnym z zapachem.
Do końca kolonii spała w pampersach.
Pracowałam w biurze w jednym z krakowskich bloków na samym dole. Biuro składa się z dwóch części. W jednej części biurko moje i szefa, a w drugiej części pokoik z łazienką. Dodam, że ta pierwsza część jest cała oszklona, więc przechodnie chodzą cały czas i widzą co się dzieje w środku.
Pewnego dnia do szefa przyszedł klient, i to bardzo ważny. Szef poprosił, żeby im nie przeszkadzać i w razie klientów umawiać na inny dzień. Zamknęli się w drugiej części, gdzie była toaleta. Poczułam ogromną potrzebę skorzystania z toalety, ale nie chciałam przeszkadzać w spotkaniu. Myślałam, że niedługo wyjdą, ale się myliłam. W końcu poczułam tak silne ciśnienie, że bez chwili namyślenia schowałam się pod biurko i nasikałam do kosza. Nie - szef mnie nie zobaczył. Przechodnie także nie. Stało się coś innego.
Gdy wyszli z pokoju, postanowiłam wylać zawartość do kosza. Powiedziałam do szefa, że muszę przemyć kosz, bo śmierdzi, i w tym momencie zahaczyłam koszem o krzesło i całą zawartość wylałam na ziemię i na siebie. Spaliłam takiego buraka, że postanowiłam się po tygodniu sama zwolnić, bo nie mogłam spojrzeć szefowi w oczy ze wstydu.
Od lat walczę ze sporą otyłością. Nie będę rozwodzić się nad tym, dlaczego do niej doprowadziłam - częściowo to wina zdrowia, częściowo zaniedbania. Jakiś czas temu przeglądając stare zdjęcia, patrząc też po sobie i tym jak źle się w "nowej odsłonie" czuję, postanowiłam coś zmienić. Dieta, plany na ruch. Trzymałam się wytycznych dietetyka, zdecydowałam się też pójść na siłownię.
Nastał ten dzień. Pani z recepcji zapewniała, że osobom, które przychodzą po raz pierwszy wskazują jednego z dostępnych trenerów i oni tam mają po prostu pokazać jak ustawiać te wszystkie maszyny, coś może doradzić itp. Nie był to jednak trener personalny, bo za takie usługi się płaci i umawia wcześniej.
Zaprowadziła mnie do szatni, powiedziała, że ogarnie trenera. OK, super. Poszłam się przebrać, ogarnąć. Wychodząc z szatni zauważyłam kto na mnie czeka. Gość był niewiele starszy ode mnie. Przytłaczała mnie jego forma i sylwetka, ale przecież sama sobie byłam winna temu jak wyglądam. Podeszłam, przywitałam się. Już na początku złapałam nieprzyjemne odczucie względem tego trenera. Otaksował mnie spojrzeniem, które mówiło wszystko. Zamiast zrobić to, o co prosiłam (pokazać co, gdzie, i jak), zabrał się za ten personal coaching, chociaż o to nie prosiłam. No ale trudno, trochę ciekawość, trochę wstydliwość zabroniły mi protestować (taa, wiem).
Rozgrzewka była strasznie ciężka dla kogoś o mojej wadze, a kiedy po kilku seriach nie miałam już po prostu sił i ledwo oddychałam - trener się nieprzyjemnie uśmiechał z tekstami "no co, nie dasz rady?", podwyższając poprzeczkę. Co jakiś czas odwracał się do jednego z kolegów i sobie dość otwarcie z moich zmagań drwili. Nawet jak później raczył mi pokazać działanie bieżni, rowerów i innych takich, to stał obok, ustawiając je wcześniej na bardzo wysokie obciążenie czy prędkość, mówiąc, że "skoro się spasłam, to powinnam teraz wytrzymać". I "pilnował", bym niczego nie obniżała. Tak więc pierwszego dnia siłowni miałam biegać non stop na prędkości ustawionej na 8 (i to pod górkę), na rowerze pedałować na poziomie 7. Naprawdę byłam bliska omdlenia, a moje stawy bardzo na tym ucierpiały. Potrzebowałam paru tygodni, by mięśnie nie bolały tak bardzo.
Nie poszłam z żadną skargą, bo nawet nie znałam imienia tego gościa (nie miał plakietki z imieniem ani nic). Może powinnam, ale za bardzo się bałam, nigdy nie byłam specjalnie asertywna. Na trochę odpuściłam sobie siłownię. Wróciłam jednak po jakimś czasie, z większym zapałem. Sporo schudłam, dużo jeszcze przede mną. Nie zwracam uwagi, czy ten trener tam w ogóle bywa, wolę nie mieć tej świadomości. Wiem tylko, że mocno mnie to do tego wszystkiego zraziło. I gdyby nie spora determinacja i motywacja, raczej bym wróciła do zajadania smutków czipsami.
Mam nadzieję, że są tam jednak jacyś przyjemni trenerzy.
Chciałbym nieco szerzej opowiedzieć o podejściu wielu ludzi do nowych technologi. Fachowo niemożliwość odnalezienia się w dobie internetu, telefonów i innych urządzeń typu SMART nazywa się "wykluczenie cyfrowe" i jest badane przez wiele instytucji. Wiele innych instytucji próbuje walczyć z tym zjawiskiem, ale jest to niezmiennie trudne. Dlaczego? Otóż lwia część tego zjawiska wynika właściwie tylko z betonowego uporu wykluczonych. No bo skoro oni całe życie wysyłali wiadomości gołębiem, to będą to robić do końca życia. Koniec i kropka. To ty świecie się do nich dopasuj.
Kilka przykładów.
Znajoma nr 1. Wiek ok. 35.
Nauczycielka. Ze względu na zawód powinna mieć opanowane korzystanie z komputera dość dobrze. W tym codzienne korzystanie, takie jak robienie przelewów. Ale nie. Ona nie ufa przelewom. Jedzie raz w tygodniu 20 km w jedną stronę do bankomatu, potem 20 km w drugą stronę do kasy, żeby popłacić rachunki (każdy płatny 1,50 zł). I tylko wtedy jest pewna, że będzie zapłacone.
Znajoma nr 2. Wiek zaraz po 30.
Temat - jak zgrać zdjęcia? Tłukę do głowy, że są genialnie proste usługi jak Google Photos (lub alternatywy) i przy jednokrotnej konfiguracji telefon sam kopiuje zdjęcia. Ale nie. Za trudne, bo mówię do niej po marsjańsku. Ale ona pamięta, że w podstawówce to było takie coś, co się chyba podczerwień nazywało (o bluetooth też nie słyszała) i mam jej to zrobić. Teraz. Zdalnie. Będąc 100 km od niej.
Przykład nr 3.
Rodzice. Do tego z typu "jestem rodzicem, więc to zawsze ja mam rację". Matka ma telefon tak zaawansowany, że powinien tańczyć i śpiewać. Ale kompletnie nie czuje potrzeby nauczenia się, jak z niego korzystać. E-mail wysłać? Za trudne. Ale telefon jest.
Przykład 4.
Podstarzały przedsiębiorca. Firma zatrudnia około 10 osób. Wszystkich aż skręca, że żaden proces nie wyrobi, jeśli on będzie firmą zarządzał zeszycikiem, który jest już żółty. Ale on nie popuści. Ludzie maja się zastosować do zeszyciku, a nie żeby zeszycik dopasować do XXI wieku.
Takich przypadków jest od cholery na każdym kroku. Ludzie cały czas potrafią mnie zastrzelić totalnie pytaniem w stylu "jak zrobić, żeby klawiatura nie pisała dużych liter" (znajoma nr 2). Ilekroć tak się dzieje, mam ochotę walić w ten zakuty łeb kijem w nadziei, że coś pęknie.
Mam wspaniałą dziewczynę, o jej zaletach mógłbym mówić w nieskończoność. Jednak nie mogę sobie poradzić z jedną rzeczą. Mianowicie K ma ogromne problemy z akceptacją swojego wyglądu i kompleksami.
Jako dziecko miła sporą nadwagę, przez co była prześladowana, wyśmiewana i gnębiona przez rówieśników, a matka potrafiła powiedzieć jej coś w stylu "inne dziewczynki wyglądają w tym tak ładnie, szkoda, że ty nie". Kiedy opowiadała mi o niektórych sytuacjach z dzieciństwa (płacząc), nie mogłem uwierzyć, że ludzie (w tym dzieci i członkowie rodziny) potrafią być tak okrutni w stosunku do dziecka/nastolatki.
Dziś K ma normalną wagę, kobiece kształty i figurę klepsydry. Nie jest chudziną, ale nic jej się też nie wylewa ze spodni. Dla mnie jest idealna.
Potrafi jednak popłakać się przed lustrem z powodu swojego wyglądu.
Latem chodzi w długich spodniach, bo wstydzi się ubrać krótkie spodenki czy sukienkę, nie ma w ogóle mowy o koszulce na ramiączkach, bo podobno ma "obrzydliwe" ramiona. Wyjście na plażę? Nie ma mowy, w długich spodniach będzie za gorąco, a krótkich nie założy.
Ciągle się zakrywa, wstydzi, krępuje.
Nosi rzeczy dużo za dużych, żeby zakryć "fałdy".
Na święta kupiłem jej sweter, który bardzo jej się podobał, w rozmiarze M, leżał na niej idealnie, ale stwierdziła, że jest jej za mały i wymieniała go na XL
Nawet podczas seksu zamiast myśleć o przyjemności zasłania swój brzuch albo przyjmuje niewygodną pozycję, po to żebym nie widział jakichś fałdek na brzuchu czy cellulitu.
Kiedy podczas przytulanek położę rękę na jej brzuchu czy udach czuję, jak się wzdryga. Nie przebiera się przy mnie, bo się wstydzi.
Kiedy próbuję jej mówić jaka jest piękna i że dla mnie jej ciało jest kuszące i najwspanialsze, słyszę, że kłamię i ją oszukuję. Łapie się wtedy za brzuch czy uda i wymienia wady, na które nigdy bym nie wpadł.
Kiedy jej mówię, że na ulicach widać wiele kobiet o większych kształtach z cellulitem i nie męczą się latem w długich spodniach, normalnie chodzą na plażę i nie chowają się w domach słyszę, że ona wygląda od nich gorzej.
Gdy tylko usłyszy śmiech w miejscu publicznym, to zaraz myśli, że ktoś się śmieje z jej wyglądu.
Widzę, jak bardzo się męczy i strasznie się o nią martwię. Ostatnio zaczęła też coraz miej jeść, boję się, że to wszystko odbije się na jej zdrowi.
Staram się jej pokazać, że z jej wagą i wyglądem wszystko jest w porządku, ale już nie mam pomysłu co robić.
Od 5 lat pracuję w prywatnej firmie, gdzie często jestem w terenie i mam służbowy samochód.
Noszę okulary, a moja wada się pogłębia z roku na rok, więc co pół roku przychodzę na okresowe badania do okulisty. Ostatnio podczas jazdy zauważyłam, że mam problem z ustalaniem odległości między autami na drodze i gorzej wychodzi mi parkowanie, a czasami obraz dwoi mi się w oczach. Diagnoza była jasna - mam astygmatyzm.
Szkła do okularów były cholernie drogie, a okazało się, że na tym się nie skończy, bo wada mi się pogłębia. I tu zaczyna się problem. Wiem, że nie powinnam już prowadzić żadnego samochodu, jednak to moja praca. Od dwóch miesięcy szukam nowej, ale nie mogę znaleźć nic w podobnej branży (związanej z ochroną środowiska), bo a to brakuje kwalifikacji, a to potrzeba kogoś, kto posiada prawo jazdy.
Mam wrażenie, że jestem w błędnym kole, bo żeby mieć za co żyć potrzebuję pracy, a żeby pracować potrzebuję sprawnego wzroku, który ciągle mi się pogarsza i na który muszę wydawać coraz więcej pieniędzy, które mam dzięki pracy...
Niestety, z braku ciekawych ofert składałam CV również w innych branżach, ale mieszkam w małej miejscowości i bez doświadczenia w finansach lub nawet na kasie nikt nie przyjmie kobiety po 30. Przynajmniej takie mam wrażenie, bo do tej pory miałam kilka telefonów, a ani jednej rozmowy o pracę. Raz zaśmiano mi się w słuchawkę, gdy pytając o szczegóły chciałam się dowiedzieć, czy umowa będzie o pracę. W ogóle o ofertach pracy mogłabym pisać dużo, bo czasami zakres pracy i warunki są mgliście opisane, a każde zapytanie jest zbywane lub wyśmiewane. Dziwi mnie też, że standardem jest umowa zlecenie w niektórych branżach.
Trochę to smutne, ale ryzykuję swoje i czyjeś zdrowie oraz życie tylko dlatego, że nie mogę nic innego wymyślić na tę chwilę. Przecież nie zmienię tak sobie pracy i nie pójdę wciskać komuś garnków przez telefon. Zastanawiałam się nad rentą, ale boję się, że mi jej nie przyznają, a mimo to mogę stracić prawo jazdy. Moja znajoma straciła z powodu padaczki, ale renty nie otrzymała. No i kwota takiej renty na pewno nie pozwoliłaby mi się utrzymać samej. Nie wiem co mogę zrobić i czuję się bezradna.
Chciałam się tutaj wyżalić i poczytać komentarze na ten temat, może nawet jakieś rady, chociaż jak znam anonimowych, każdy potępi moje zachowanie, bo robię coś, co teoretycznie może zagrażać każdemu.
Pracuję jako sprzątaczka w innym kraju. W ciągu tygodnia mam do po sprzątania 12 biur. Zazwyczaj staram się wykonywać swoją pracę w 100% dobrze. Zmieniam często ścierkę czy mopa, a toalety myję na samym końcu.
W kraju, w którym jestem, niestety ludzie do sprzątaczek nie mają zbyt dużego szacunku.. I tak jak w jednych biurach pracują super ludzie, którzy zawsze się uśmiechną i powiedzą ''dzień dobry'', a także w czasie sprzątania wyjdą z pomieszczenia, żeby mi nie przeszkadzać, tak w innych pracują buraki, którzy potrafią rzucić mi papierek pod nogi, nie mówiąc już o tym, że nie odpowiadają na zwykle ''dzień dobry''.
Zatem co robię? W tym drugim przypadku najpierw biorę się za umycie kibli. Wycieram bardzo dokładnie cała toaletę nie stosując przy tym żadnej chemii, a później... No cóż, szacunek za szacunek, tą samą ścierką wycieram biurko paniusi, której niechcący papierek po cukierku wypadł z ręki akurat kiedy koło mnie przechodziła... Albo panu, który uważa się za nie wiadomo kogo i nie jest w stanie odpowiedzieć nawet na ''dzień dobry'', za to patrzy się przy tym na mnie z pogardą.
Satysfakcja niesamowita :)
Mam/miałam przyjaciela, który był dla mnie jak rodzina. Bardzo go kochałam (jak brata). Wspierałam go w walce z jego problemami, niską samooceną, byłam przy nim zarówno w szczęśliwych, jak i smutnych momentach.
Wspierałam go podczas pisania pracy inżynierskiej, opiekowałam się nim podczas choroby i w trudnych sytuacjach rodzinnych, byłam jedyną osobą, która kupowała mu prezenty na urodziny czy święta. Myślałam, że to przyjaźń na całe życie.
Należy tu wspomnieć, że mój przyjaciel jest gejem. Nigdy nie miałam nic przeciwko osobom homoseksualnym. Przyjaciela wspierałam, mówiłam mu jakim jest wartościowym i zdolnym człowiekiem, że może być szczęśliwy, że nigdy nie będzie sam, bo w moim domu zawsze znajdzie się dla niego miejsce, w którym będzie mógł być sobą (bardzo obawiał się, jak jego rodzina zareaguje na wiadomość, że jest gejem).
Jakiś czas temu zaczął się w moim życiu ciężki okres (wiele problemów rodzinnych, z którymi nie umiałam sobie poradzić). Wspomnę jedynie, że nie mogłam jeść, spać, ciągle się zamartwiłam. Bardzo potrzebowałam wsparcia/obecności bliskiej osoby, przyjaciela, z którym mogę porozmawiać o wszystkim. Zawsze myślałam, że mam taką osobę w życiu, jednak byłam w błędzie.
Mój przyjaciel nie miał dla mnie w ogóle czasu. Kiedy prosiłam go o rozmowę, to mówił, że możemy popisać, bo on nie ma teraz czasu "gadać", po dwóch wiadomościach przestawał się odzywać, kiedy już udało się nam spotkać, to siedział z nosem w telefonie, a gdy do niego mówiłam, zwyczajnie mnie nie słuchał, bo był tak zajęty przeglądaniem profili na gejowskich portalach i pisaniem z obcymi ludźmi. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko temu, żeby korzystał z takich aplikacji, ale jeżeli siedzi się przy przyjacielu potrzebującym wsparcia, to należy poświęcić mu trochę uwagi, a nie pisać z obcą osobą. Kiedy w końcu miałam już dość i powiedziałam mu, że nie ma przy mnie korzystać z tych portali, bo jak się z nim spotykam to po to, żeby z nim porozmawiać, a nie żeby patrzeć, jak siedzi z telefonem. No i zostałam nazwana homofobem.
Ja, osoba, która mówiła mu jakim jest wartościowym człowiekiem, która niejedną noc z nim przesiedziała jak było mu źle z powodu orientacji, wysłuchiwała jego żali i starała się go wspierać najlepiej jak umiała.
Zostałam okrzyknięta najgorszą, bo nie podobało mi się to, że ważniejsze ode mnie (od bliskiego przyjaciela) są obce osoby, ludzie, z którymi często tylko pisze i nawet się nie spotyka albo zobaczy się parę razy. Nie raz i nie dwa odwoływał nasze spotkania, bo spotykał się z kimś poznanym przez internet (z kimś, kogo widział pierwszy i ostatni raz), i to wtedy, kiedy ja go potrzebowałam.
Czy to tak trudno oderwać się od telefonu na kilka godzin podczas spotkania z bliską osobą? Tak trudno umówić się na inny dzień? Czy słowo przyjaciel już nic nie znaczy?
Miałam kiedyś wszy na głowie, bo kolega przyszedł do szkoły i wszystkich zaraził. No więc jako mała dziewczynka ok. 11 lat ubzdurałam sobie, że pozbędę się tych wszy, gdy je komuś przekażę, czyli kogoś zarażę. Byłam przekonana, że ten kolega właśnie w ten sposób pozbył się swojej choroby i ja postanowiłam, że zrobię tak samo.
Następnego dnia poszłam do pobliskiego lumpeksu ze starszą siostrą pod pretekstem, że mi się nudzi, to sobie jakieś ciuchy pooglądamy. Gdy tylko nie patrzyła, to brałam jakiś ciuch i wycierałam w niego głowę. Później widziałam, jak inna pani przymierzała te ciuchy, więc byłam pewna, że udało mi się wyleczyć i przekazać chorobę dalej.
Wróciłam szczęśliwa do domu i powiedziałam mamie, że nie mam już wszy, a ta mi nie uwierzyła i umyła mi głowę jakimś dziwnym płynem. Parę dni później rzeczywiście nie miałam już wszy i byłam świecie przekonana, że mój sposób zadziałał. Teraz wiem, że to bzdura i przy okazji trochę mi głupio, że inni również mogli złapać przeze mnie wszy.
Ponieważ zbliżały się wakacje, a wakacyjne plany zakładały wyjazd do Grecji, wybrałem się do operatora komórkowego, aby dowiedzieć się, jakie poniosę koszty internetu.
Wchodzę do salonu, za biurkiem młode dziewczę, lat maksymalnie 25.
Pytam o koszty w Grecji, mówię, że bez netu to łatwo nie jest i mimo że to Unia, to wiadomo, coś tam więcej się płaci.
Pani mnie wysłuchała i udzieliła odpowiedzi:
- Ale Grecja nie jest w Unii Europejskiej...
Pierwsza moja reakcja - śmiech. Myślę sobie - żarcik taki sobie rzuciła. Ale patrzę na jej młodą twarz i jednak nie... mówi całkiem poważnie. Więc brnę w temat dalej... Mówię:
- Kurcze... a ja już tyle euro kupiłem...
Jej odpowiedz z pięknym uśmiechem na twarzy:
- Pan się nie przejmuje. Na miejscu na pewno to panu wymienią.
Pozbierałem szczękę z podłogi. Info o kosztach netu podała mi chyba z Azji, bo po tym wstępie niewiele już rozumiałem z tego, co do mnie mówiła.
Reklama tego operatora naprawdę nie kłamie... U nich nie ma nudy.
Dodaj anonimowe wyznanie