Chciałam napisać tutaj swoją historię, żeby przestrzec dziewczyny, które umawiają się na randki z kimś obcym przez internet. Róbcie to, ale z głową!
Sytuacja ta miała miejsce 3 lata temu. Miałam wówczas 18 lat. Umówiłam się z chłopakiem o kilka lat starszym ode mnie przez popularną aplikację randkową. Poszłam z nim na piwo. Fajnie mi się z nim rozmawiało. Randka wydawała mi się bardzo udana, choć jak na razie nie planowałam po pierwszym spotkaniu niczego więcej. Wypiliśmy po dwa piwa i opuściliśmy lokal. Chciałam już wracać do domu, ale on zaproponował, żebyśmy poszli do niego. Mieliśmy obejrzeć jakiś film i jeść popcorn. Po namowach zgodziłam się, bo wydawał się w porządku, nie dawał mi żadnych aluzji seksualnych ani nic z tych rzeczy.
W połowie filmu koleś zaczął się do mnie mocno przystawiać. Kładł się na mnie, wpychał mi język do buzi, macał. Odpychałam go mówiąc, że nic nie chcę więcej, że nie mam ochoty, za mało się znamy itd. Odpuszczał, ale za kilka minut znowu robił to samo. W końcu miałam dość i powiedziałam mu, że muszę wracać do domu, bo już jest późno. On powiedział, że nie chce, żebym szła, kocha mnie i nie chce mnie stracić, że powinnam być cały czas przy nim. Zamarłam. Nie chciał mnie wypuścić. Drzwi zamknął na klucz jak wchodziliśmy, bałam się. Nawet nie pomyślałam o tym, żeby krzyczeć. Próbowałam go przekonać, żeby mnie wypuścił, on nie chciał. Z bezsilności zaczęłam płakać. Potem usłyszałam, jak ktoś wchodzi po schodach i zaczęłam krzyczeć. Ten wtedy się rozpłakał i powiedział, że mnie puści, tylko niech nie robię mu problemów. Wyszłam stamtąd biegiem jak tylko otworzył drzwi.
Następnego dnia pisał do mnie, że mnie przeprasza, że on nie wie co mu odbiło, jest chory psychicznie, nie brał leków. Pisał, że nie miał zamiaru mi zrobić krzywdy, chciał tylko, żebym była z nim, że ma teraz myśli samobójcze po tym co zrobił. Zablokowałam go i zapomniałam o sprawie. Ale nigdy nie sądziłam, że takie rzeczy mogą mi się przydarzyć.
W pierwszej klasie liceum mieliśmy jechać na wycieczkę w Tatry. Na godzinie wychowawczej mieliśmy ustalić, co w tych górach będziemy robić.
Klasowa „elita” żądała wyjścia na Giewont. Nie zgodził się jednak na to wychowawca, twierdząc, że na wycieczkach szkolnych lepiej wybierać jakieś mniej wyczerpujące szczyty.
Nawiasem mówiąc, klasowa „elita” próbowała z tego powodu (a także z kilku innych równie błahych) zmienić wychowawcę.
Nadszedł dzień wycieczki. Za namową przewodniczki weszliśmy na Sarnią Skałą, górę dużo łatwiejszą od Giewontu. Na następny dzień w planach było wejście na Nosal. Nie doszło jednak do skutku, bo elita miała zakwasy i obtarcia, o kacu nie wspominając. Byliśmy zatem tylko na spacerze w Dolinie Kościeliskiej.
Nie ma zawodu, na którym człowiek może się bardziej zawieść niż psychiatra i psycholog. Jesteś w rozsypce, szukasz rozpaczliwie pomocy... Myślisz, że być może specjalista po studiach i kursach zrozumie twoje problemy. Niestety, to zupełnie tak nie działa.
Moje historie może zabrzmią jak "fejki" zmyślone dla lajków w internecie, ale niestety dokładnie tak to wyglądało.
Najpierw starałem się o pomoc z NFZ. Trafiłem do depresyjno-szarego budynku z lat 50. Pani psychiatra i jej sekretarka siedzą dwa metry od siebie w jednym pomieszczeniu. Siadam na krzywym krześle i mówię, że nie jest mi komfortowo rozmawiać o swoich problemach, gdy tuż obok znajduje się osoba trzecia. Sekretarka próbuje ze mną dyskutować i po minucie wychodzi oburzona, trzaskając drzwiami. Psychiatra rozmawia ze mną około 25 minut, stwierdza kilka chorób i wypisuje jakieś tabletki oraz skierowanie do psychologa.
Pani psycholog z NFZ. Czekam ponad 40 minut pod jej drzwiami, ponieważ na tę samą godzinę umówiła jeszcze dwóch pacjentów. Gdy w końcu wszedłem do gabinetu, zastaję najbardziej stereotypową Grażynę, jaką tylko można sobie wyobrazić. Przyznaję bez bicia, że niektóre spostrzeżenia i domysły na mój temat miała zaskakująco słuszne, biorąc pod uwagę jak krótko rozmawialiśmy. Niestety na tym pozytywy się kończą.
"Skoro ma pan takie problemy z ludźmi i jest pan tak bardzo negatywnie do nich nastawiony, niech pan pójdzie pracować do McDonalda. Tam się pan nauczy szacunku do innych ludzi, ponieważ musi pan być miły dla klientów i współpracowników. Wyrzucą pana z jednego, z drugiego, ale za trzecim razem się pan już w pełni odnajdzie". Po prostu mnie zatkało. Ale to nie ostatni raz.
Czekałem na ponowną wizytę u psychiatry około dwa tygodnie - gdy znowu tam wróciłem, pani wypisała mi błyskawicznie receptę i zbyła w 5 minut ("proszę pana, ja nie ma dzisiaj czasu rozmawiać, pacjenci na mnie czekają"). Poczułem się potraktowany jak gówno; z każdą wizytą w tym miejscu czułem się coraz gorzej. Dlatego zdecydowałem się na psychologa prywatnego.
Pan Mariusz podczas pierwszej wizyty odezwał się z pięć razy, nijak nie komentując problemów, które mu opisywałem. Podczas drugiej wizyty urwał mój monolog w połowie i powiedział, że na dzisiaj już starczy.
- Ale jak to "już starczy"? Minęło pół godziny, a płacę panu za godzinę.
- Ja nie pracuję na godziny. Ja pracuję metodycznie.
Więcej już do niego nie przyszedłem.
Pani Hania podczas pierwszej wizyty była naprawdę wspaniała i podała mi wiele sensownych rad. Niestety, czar prysł przy drugim spotkaniu, gdzie twierdziła, że sam sobie stwarzam problemy, zamiast "po prostu iść do pracy", gdzie zwyczajnie nie będę miał czasu myśleć o negatywach życia. Następnie dodała, że "ma pan dwie ręce i dwie nogi, przecież to wielkie szczęście".
Wróciłem do domu i się rozpłakałem.
Byłam w związku z transseksualistą. Kiedy przyznał się przede mną, nie byłam zaskoczona. Zawsze zachowywał się jak mężczyzna, zawsze ubierał się jak "on", nie "ona". Zakochaliśmy się w sobie i choć wiele stało na przeszkodzie - nie zrażaliśmy się. On miał brać za niedługo testosteron, w przyszłości planował operację. Nie czułam, że tworzymy jakąś "inną" parę, kiedy pojawialiśmy się gdziekolwiek.
Było cudownie. Rozumieliśmy się i szanowaliśmy. Mieliśmy niemal identyczne zainteresowania i czas spędzany razem, był przemiły. Planowaliśmy wspólną przyszłość, chcieliśmy wyjechać do innego miasta niż to rodzinne, chcieliśmy się usamodzielnić i w małym mieszkanku opiekować się kotami, które oboje kochaliśmy.
Niestety "przez" to, że mój chłopak był trans, moi znajomi zerwali ze mną kontakt. Nie akceptowali go, na mnie patrzeli z obrzydzeniem. Było mi żal i czułam się zraniona, ale nie walczyłam o grupę, która i tak nie przełknęłaby mojego wyboru. Realizowaliśmy małe kroczki z nim, aby zbliżać się do naszych planów.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden wieczór. Zadzwonił do mnie kompletnie niespodziewanie i poprosił, bym przyjechała pod sklep - słabym głosem powiedział, że go napadli. Kiedy tam dotarłam, zastałam go całego w krwi. Chciałam zawieźć go na pogotowie, ale odmówił, tak samo z policją. Zajmowałam się nim przez dwa dni, prosząc o zgłoszenie tego do organów ścigania i aby zrobił sobie wszystkie badania. Był uparty, nie chciał upokorzeń (bowiem dokumenty nadal miał "damskie"). Dałam spokój.
Trzecią noc po napaści spędziłam z nim (nie mieszkaliśmy jeszcze razem), bo skarżył się na ból głowy. Robiłam mu okłady, dawałam tabletki - mimo to się pocił, zwijał z bólu, porozumiewał się ze mną jękami i innymi odgłosami. A później zemdlał i oddychał płytko. Pogotowie zabrało go na sygnale, od razu trafił na salę operacyjną. Krwiak.
Niestety na stół trafił za późno. Zmarł podczas prób ratowania go. Pisząc to, mam ochotę wyć, ale nie posiadam już łez. Zgłosiłam, co się wydarzyło i zaczęli szukać napastników. I na szczęście przy tamtym sklepie był monitoring. Jak się okazało, wśród bandytów był jeden z moich byłych przyjaciół.
PS. Znaleźli całą paczkę, nie czeka ich za miła przyszłość. A ja chodzę na terapię. I nadal serce mnie boli - z powodu miłości oraz przyjaciela, którego jak się okazało wcale nie znałam.
Szkoła była dla mnie bardzo stresująca. Komu mówiłem o moich odczuciach albo problemach - mówili, że przejdzie, że mi minie, że wyolbrzymiam lub że bez sensu się nakręcam. Mój koszmar trwał od podstawówki do technikum. Każdy dzień szkolny to była tragedia. Nie radziłem sobie ze swoimi emocjami: bałem się odezwać, bałem się zjeść przy innych, bałem się nawet zapytać kogoś z klasy o to, gdzie mamy lekcje... I nie, nie byłem bity czy gnębiony (aż dziwne, wiem), nie znęcano się nade mną ani w domu, ani w szkole. Byłem spokojnym dzieckiem z nalepką "aspołeczny dziwak". A w środku mnie działo się naprawdę wiele.
Od małego brzdąca się trzęsłem, łamał mi się głos, nawet popuszczałem siku. Zamykałem się w sobie, nie chciałem czytać na głos albo ćwiczyć na wf-ie przy innych. Chodziłem z nosem w książkach albo ze słuchawkami na uszach, na przerwach uciekając do łazienki zjeść, a na lekcjach siadając sam - na krześle obok kładąc plecak, by nikt się nie dosiadł. Wiele razy byłem w panice, zamykałem się w toalecie na lekcje, a najwięcej razy uciekałem ze szkoły lub wagarowałem.
Miałem parę wizyt u szkolnych psychologów, parę rozmów z rodzicami - ale zawsze pojawiało się stwierdzenie, że ja tak mam, taki jestem, a szkoły to nikt przecie nie lubi. Fakt, że codziennie było mi niedobrze, miałem bezsenność i podskakiwałem na widok cienia - też był normalny.
Nikt nie brał mnie na poważnie. Prób samobójczych czy okaleczeń nikt u mnie "nie widział". A ja jak miałem w sobie wiele strachu, obaw, blokad i innych utrudniających mi funkcjonowanie brudów, tak miałem przez te wszystkie lata.
Po końcu szkoły średniej jaką zdałem cudem, bo frekwencję miałem tak niską, że nie powinni mi zaliczyć klas - nie umiałem rozpocząć dorosłego życia. Wziąłem się za leczenie, mając już dość, gdzie wykryto mi parę zaburzeń. Walczę o siebie bez wsparcia - rodzina nadal ma moje uczucia za bezsensowne i twierdzi, że przesadzam. A jak za parę lat z tego wyjdę, mam nadzieję, że uda mi się coś w życiu osiągnąć.
Bez strachu, bez mdłości, będąc wyspanym i mając stabilne dłonie... Marzenie.
Jestem tegoroczną absolwentką gimnazjum. Przez trzy lata uczyłam się intensywnie, by pójść do wymarzonego liceum. Chodziłam na korepetycje, uczęszczałam na kursy, jednakże reforma zrobiła swoje i okazało się, że mimo całkiem niezłych wyników nie zostałam przyjęta do żadnej placówki, prócz jednej prywatnej szkoły, która oferuje beznadziejny program nauczania.
Co w tym anonimowego? Ano to, że moi rodzice to ludzie wykształceni, którzy od zawsze planowali, że osiągnę taki sukces jak oni. Jednakże mój ojciec od początku twierdził, że nigdzie się nie dostanę bez jego pieniędzy i że kolokwialnie mówiąc - jestem do dupy.
Gdy oznajmiłam rodzicom, że nie dostałam się do żadnej placówki, wpadli w szał. Zaczęli się na mnie wydzierać, mówić, że jestem bezwartościowa, a później zamknęli mnie w pokoju na klucz i kazali dzwonić po szkołach, by któraś mnie przyjęła. Niestety jest już za późno. Nie wiem co robić, bo nie dość, że sama jestem przytłoczona, to moi rodzice potęgują ten stan. Zastanawiam się nad edukacją domową na rok, ale oni się w życiu nie zgodzą. Niebawem rozpocznie się rok szkolny, a ja nie mam dokąd wracać.
Chciałabym opowiedzieć tutaj historię, która wstrząsnęła mną do szpiku kości i choć minęło już pół roku, odkąd wszystko się skończyło, nadal nie potrafię tego pojąć.
Ale od początku.
Kilka lat temu z braku laku postanowiłam zacząć sprzedawać swoją uzywaną bieliznę. Na Instagramie napisał do mnie jakiś oblech, pomyślałam - czemu nie? Szybko stało się to moim w miarę stałym źródłem zarobku. Potem zaczęłam z klientami za pieniądze uprawiać tak zwanego cyberka. Miałam kilku stałych i za jedną noc potrafiłam wyciągnąć od nich spore pieniądze, które wydawali na to, by zobaczyć moje gorące fotki (od szyi w dół oczywiście), powymieniać wiadomości i ostatecznie majtki, które miałam na sobie, dostać w paczce kilka dni później.
Jednym z takich klientów był X (zachowam jego anonimowość, tak jak i on zachowywał moją). Mieszkał kilkaset kilometrów ode mnie i był ponad dekadę starszy.
Na samym początku po prostu uprawialiśmy słynnego cyberka, a on kupował majtki. Któregoś razu w całym tym zamieszaniu napisał, że "spuszcza się we mnie", a kilka dni potem zapytał, czy zrobię test ciążowy.
Coś mnie podkusiło, żeby w to brnąć. Napisałam, że jestem w ciąży i będziemy mieli dziecko. Był zachwycony, a potem kazał mi przestać sprzedawać majtki mówiąc, że on będzie mi wysyłał co tydzień pieniądze na życie. Tak jakbym była dziwką, którą on uratował.
Oczywiście nie przestałam sprzedawać majtek, ale on o tym nie wiedział. Dalej udawaliśmy, że ciąża postępuje, bierzemy ślub i wynajmujemy razem mieszkanie. Historia jak prawdziwa, mówię wam.
Po 9 miesiącach (wszystko trwało trochę ponad rok) "urodziła nam się" córeczka. Zaczęliśmy pisać tak, jakbyśmy się nią zajmowali, chodzili do pracy, oddawali ją na weekend do rodziców i szli na randkę. No wiecie, o co chodzi. Normalne życie dorosłych ludzi, tylko wszystko działo się na czacie z Instagrama.
On wysyłał mi mnóstwo pieniędzy i nazywał kochaniem, a ja poczułam, że chcę go poznać. Nie płacił mi już za internetowy seks czy majtki, a za to, że udawaliśmy rodzinę na czacie. Był wspaniałym człowiekiem, a ja zaczęłam się w nim zakochiwać.
Pewnego dnia napisał mi, że to koniec i za wszystko mi dziękuje. Nie rozumiałam, o co chodzi. Wyjawił mi, że umiera, jest śmiertelnie chory i przez ponad rok byłam jedyną osobą, która dla niego istniała. Napisał, że dzięki mnie przeżył swoje prawdziwe i piękne życie, miał cudowną żonę i córkę. Potem pożegnaliśmy się i zniknął.
Jego profil kilka dni później został usunięty. Sama nie wiem, czy człowiek faktycznie zmarł i jego rodzina zatarła po nim ślady, czy po prostu znudziła mu się zabawa. Wiem, że nie mam pojęcia czemu, ale cholernie za nim tęsknię i czuję się, jakbym straciła męża i dziecko, chociaż ani jednego, ani drugiego w życiu nie miałam.
Ostatnio spotkała mnie niemiła sytuacja i chciałam się nią podzielić, być może żeby ostrzec ludzi.
Mieszkam z chłopakiem w jednym z większych miast Polski, gdzie oboje studiujemy i wynajmujemy mieszkanie. Niedawno popsuło nam się okno balkonowe, nie domykało się do końca (nadawało się do regulacji). Mój ojciec zajmuje się takimi rzeczami, ale z racji tego, że mieszka 100 km dalej, nie chciałam mu zawracać głowy. Zapomniałam o tym oknie, pochłonięta codziennymi sprawunkami.
Wczoraj, gdy byłam sama w domu, przyszedł jakiś pan, reklamując się jako złota rączka. Pokazał mi swoją wizytówkę i wyglądał na osobę, która może się takimi rzeczami zajmować (skrzynka na narzędzia itp.) Wpuściłam tego pana do domu, a on po obejrzeniu okna najpierw powiedział, że będzie to kosztować 20 zł, a potem nagle cena uległa zmianie i zaśpiewał mi ponad 200 zł. Nie znam się na takich rzeczach, a on mówił ile to nam nie ucieka ciepła w mieszkaniu itp., więc powiedziałam mu, że tylko zadzwonię do taty i do chłopaka, a on w tym czasie miał po coś tam iść. Tata wyśmiał ten pomysł, tłumacząc mi, że regulacja okna nie powinna tyle kosztować, a chłopak zabronił mi wpuszczać tego człowieka do domu.
Po 10 minutach pojawił się znowu ten człowiek i grzecznie mu tłumaczę w drzwiach, że niestety, ale jednak nie jestem zainteresowana. Przeprosiłam go za to, że zmarnował przeze mnie czas i że zawracałam mu głowę (choć zmarnował może jakieś 5 minut). W tego gościa nagle jakby diabeł wstąpił. Zaczął się na mnie drzeć, że jestem niepoważna, że mi pół chaty wywieje zimą, pytał się też, czy nie jestem aby upośledzona, że nie czuję jak mi wiatr wieje w domu (szpara miała może jakieś 2 mm). Chwycił mnie też za rękę i próbował szarpać. Roztrzęsiona wyrwałam mu się i szybko zamknęłam drzwi. Stał tam potem dobre 15 minut i coś szurał. Gdy spojrzałam przez wizjer, gościu majstrował coś przy zamku. Wydarłam się do niego, że dzwonię na policję i się ulotnił.
Dzisiaj zamontowałam dodatkowy zamek.
Nie wiem, czy ten pan był chory, czy aż tak go zdenerwowałam, czy po prostu chciał mi zrobić krzywdę, ale dawno się tak nie przestraszyłam. Morału nie będzie, bo nie każdy jest takim kretynem jak ja, by wpuszczać obcych ludzi do mieszkania.
Mam siostrę, bliźniaczkę. Podobną, nie identyczną, chociaż pomyłki w identyfikacji która to która są częste.
Od ponad dwudziestu lat zawsze byłam tą drugą. Zaczęło się od dnia narodzin, ciągnęło się w życiu rodzinnym, w szkole, wśród znajomych. Byłam dodatkiem, gorszym, niechcianym i często odrzucanym. Zawsze porównywali mnie do starczej siostrzyczki twierdząc, że powinnam brać z niej przykład.
Irytację, niechęć i złość w takich sytuacjach przelewałam na nią, obwiniając ją za wszystko. Nasze relacje nie były więc zbyt bliskie, chociaż po przejściu na swoje i ograniczeniu kontaktów, zmianie środowisk ociepliły się. Na tyle się poprawiły, że kiedy nas obie życie postawiło przed ścianą i grunt się nam posypał (obie miałyśmy mieć w mniej więcej tym samym czasie kosztowną operację, u mnie szykowało się sporo wydatków i wisiała nade mną i partnerem wizja przeprowadzki do większego miasta, a siostra musiała znaleźć na szybko inne lokum), stwierdziliśmy we trójkę, że "spoko, zamieszkajmy razem. Będzie taniej, może się nie pozabijamy przy okazji.
Minęło kilka miesięcy, kryzysy mieliśmy za sobą, a narzeczony i siostra dogadują się świetnie. Tak świetnie, że dwa tygodnie temu po imprezie u znajomych, z której zerwałam się wcześniej, bo do pracy na 6, z rana zastał mnie uroczy widok ich dwojga, świecących nagimi dupami z pokoju siostry.
Nie budziłam ich, ostrożnie zamknęłam drzwi, wyszłam do pracy i odbębniłam swoje. Wróciłam, zastanawiając się, co mnie czeka w mieszkaniu. Przyznają się? Będą kłamać? Przemilczą sytuację licząc, że o niczym nie wiem?
Cóż, milczeli. Ja również.
Dzień później wzięłam wolne w pracy. W czasie, kiedy ich nie było, spakowałam rzeczy, zgarnęłam zwierzaki i z tobołkami pojechałam do rodzinnego domu. Rodzice nadal nie wiedzą, czemu z dnia na dzień zwaliłam im się na głowę.
Siostra i chłopak wydzwaniają i piszą. Nie mają chyba jednak odwagi zajść i spróbować pogadać.
Ja "rozmówiłam" się z nimi w liście, zostawionym razem z pierścionkiem zaręczynowym. Wypisałam wszystko, co chciałabym im wywrzeszczeć. Wolę to jednak załatwić na spokojnie, bez krzyków, awantur i łez. Prosiłam też, by nie rozpowiadali wokoło o tym epizodzie - zaraz by się rozeszło i zrobiło głośno na mieście.
Ciężko mi zapanować na emocjami, zawsze bałam się, że przejmą nade mną kontrolę i rozryczę się jak bóbr, więc je tłumiłam. Przez te dwa tygodnie płakałam tylko raz - w noc, kiedy wprowadziłam się do rodziców.
I jestem z siebie dumna - zachowałam zimna krew, nie popadłam w "depresję", nie użalam się nad sobą. Szukam aktualnie pracy poza miastem, rozglądam się za mieszkaniem, w którym będę mogła trzymać psiaki i gryzonie.
Wiem jedno - nie żałuję. Chociaż znowu zostałam zepchnięta na drugie miejsce.
Kiedyś mój (już eks) chłopak zaprosił mnie do siebie na pizzę i film, bo rodzinka wyjechała na wakacje. Pizza zamówiona, film odpalony, wszystko pięknie cacy. Po skończonym filmie zachciało nam się miłości. Czułam, że coś zaczyna mi się dziać z żołądkiem, ale to zignorowałam. Skończyliśmy i poszliśmy do kuchni na papierosa całkiem nadzy. Usiadłam na rogówce i sobie rozmawiamy. Nagle zachciało mi się puścić bąka. Chłopak poszedł do łazienki na dwójkę (obojgu nam pizza zaszkodziła), no to ja sruuu. Niestety... Zesrałam się na rzadko. Szybko wstałam i wzięłam ścierkę do blatów i zaczęłam to gówno ścierać... Chłopak wyszedł z łazienki, więc szybko poszłam ogarnąć osraną dupę... Po wszystkim wróciłam do kuchni. Ukochany wziął do ręki ścierkę w celu starcia blatu, bo poleciał mu popiół z papierosa. Minę miał dość skrzywioną, przyłożył ścierkę do nosa, bo poczuł, że coś jest z nią nie tak. Krzyknął: "Ku*rwa, ja pie*dolę! Co matka z nią robiła, że tak wali gównem?!".
I wziął ją wyrzucił.
Nigdy się mu nie przyznałam, że to moja wina, bo dupa mnie oszukała.
Dodaj anonimowe wyznanie