Podoba mi się pewien chłopak z mojej klasy. Dobrze nam się rozmawia, lubię jego towarzystwo, zaczęłam więc zastanawiać się, czy zechciałby może się ze mną umówić. Planowałam zapytać go o to już wiele razy, ale za każdym razem brakowało mi odwagi - nie wiem, czy to nie za wysokie progi jak na taką szarą mysz jak ja.
W zeszłym tygodniu wracaliśmy razem ze szkoły i postanowiłam, że jednak to zrobię. Już miałam powiedzieć o wspólnym kinie, kiedy Tymek wyparował: „wiesz, że twój mózg sprawia, że widzisz siebie jakieś 5 razy bardziej atrakcyjną niż w rzeczywistości jesteś?”.
Fajnie. Teraz to chyba nigdy go nie spytam.
Czasami stojąc na przystanku, gdy widzę, że ktoś pali papierosy, a dym leci w moją stronę, to zaczynam kaszleć i się krztusić, żeby tej osobie zrobiło się głupio i więcej nie paliła na przystankach.
Mam przyjaciółkę. Znamy się od zawsze. Rok temu poznała faceta. Zakochała się i świat zaczynał i kończył się dla niej na nim. Kiedy go poznałam, zdecydowanie go nie polubiłam. Ale ona była szczęśliwa więc nic nie mówiłam.
Jakiś miesiąc czy dwa po poznaniu go, byłam w barze z mężem i szwagrem, i zobaczyłam go jak dość machanie podrywa inne dziewczyny. Zadzwoniłam do przyjaciółki od razu jej o tym powiedzieć, na co ona stwierdziła tylko, że jej facet jest w pracy i na pewno go z kimś pomyliłam. Powiedziałam, że nie jestem ślepa i to jest on. Nie uwierzyła mi. Porobiłam zdjęcia i nagrałam filmik. Spotkałam się z nią następnego dnia. Wciąż mi nie uwierzyła, była na mnie bardzo zła, pokłóciłyśmy się niesamowicie, padło wiele ostrych słów.
Nie rozmawiałyśmy przez kolejne parę miesięcy, aż pewnego dnia późnym wieczorem przyszła do mnie.
Nigdy nie zapomnę tego widoku. Kobieta, która od zawsze była dla mnie jak siostra, stała przede mną zapłakana, posiniaczona i cała poszarpana. Okazało się, że w końcu sama odkryła, że jej ideał nie tylko podrywa, ale też posuwa wiele innych kobiet. Kiedy już w to uwierzyła, postanowiła się z nim skonfrontować, a on dostał szału, pobił ją i zgwałcił. We mnie obudził się potwór, naprawdę chciałam w tamtym momencie zabić tego faceta. Na szczęście mój mąż wykazał się rozsądkiem, od razu zadzwonił po policję, postanowiliśmy też, że moja przyjaciółka zamieszka teraz z nami aż wydobrzeje.
Sprawa jest w toku, jak się okazało to nie jest pierwsze takie oskarżenie.
Ja natomiast po tym wszystkim nie mogę sobie wybaczyć tej kłótni. Bo gdybym ja zmusiła żeby mi wtedy uwierzyła, gdybym nie była tak dumna i się do niej odezwała wcześniej, może by do tego wszystkiego nie doszło. Teraz moja przyjaciółka chodzi na terapię, ale nie wygląda nawet jak cień dawnej siebie. Jej spojrzenie jest puste i nie ma już w nim mojej siostry.
I to wszystko moja wina...
Zawsze byłam ładna i głupia. Przez szkołę się jakoś prześlizgnęłam i sobie dalej żyję. Sporo w życiu uszło mi płazem z powodu urody.
Jakiś czas temu stwierdziłam jednak, że chciałabym się jakoś rozwinąć, poszerzyć horyzonty. Zaczęłam więc czytać książki. Nie naukowe, bo się na tym nie znam i byłyby dla mnie niezrozumiałe.
Zaczęłam czytać takie zwykłe książki. Najpierw lektury szkolne, których nigdy nawet nie dotknęłam, bo wydawały mi się nudne.
"Lalka" mi się bardzo podobała (szkoda mi było Wokulskiego. Łęcka to niezła s*ka!), "Dziady" zupełnie nie - to był dla mnie jakiś bełkot i odpuściłam.
Potem przerzuciłam się na kryminały. Słyszałam, jak ludzie często mówili coś o Agacie Christie. Wiedziałam, że to była jakaś pisarka, ale żadnej książki nie znałam. Przeczytałam więc kilka. Świetne były.
Teraz czytam fantastykę. Szukam swojego ulubionego gatunku (chyba). Próbuję wszystkiego po trochu i na razie w ogóle mnie to nie nudzi. Wręcz przeciwnie - chcę więcej!
Nie sądzę, żebym się od tego robiła jakaś mądrzejsza, ale zauważyłam, że styl wypowiedzi mi się zdecydowanie poprawił i słownictwo rozszerzyło (może więc jednak jestem odrobinę mądrzejsza? Nie wiem).
W każdym razie piszę o tym tutaj, bo może to brzmi głupio, ale dla mnie to spore osiągnięcie.
Znajomym ciężko mi się tym pochwalić, bo dla nich czytanie książek to głupota i strata czasu. Wstyd, ale kiedyś też tak myślałam.
Piszę to jako odpowiedź na wyznania dotyczące adopcji zwierząt ze schronisk, gdzie pracownicy niechętnie wydają zwierzęta albo natarczywie sprawdzają przyszłego właściciela. Faktycznie przypadki opisane w wyznaniach (np. odmówienie adopcji psa, bo ktoś ma tatuaże) są nie na miejscu i absolutnie nie zgadzam się z tym. Jednak zachowanie pracowników schronisk nie jest bez przyczyny. Jako jedna z nich opowiem wam o kilku przypadkach, przez które bardzo nieufnie podchodzimy do potencjalnych właścicieli. I sądzę, że dzieje się to wszędzie.
1. Młoda kobieta chce adoptować małego kotka. Zaznacza, że balkon ma zabezpieczony, wie czym karmić kota, nie posiada małych dzieci ani innych zwierząt, które mogłyby zrobić kotu krzywdę. Wizyta przedadopcyjna też nie wzbudza podejrzeń. Więc kota oddajemy. Miesiąc później ta sama kobieta przychodzi z owym zwierzakiem, mówiąc, że kot jest niegrzeczny. I zastajemy taki widok - kot wychudzony, z jakimiś strupami na pyszczku i obciętymi wąsami. Co się okazało? Pani jednak ma małe dzieci, które tak zamęczyły kociaka, że ten przerażony ukrywał się ciągle pod kanapą, nie chciał jeść i nawet do kuwety bał się podejść, więc załatwiał się tam gdzie siedział, czyli pod kanapą. Nadal się zastanawiamy gdzie ukryła dzieci podczas wizyty przedadopcyjnej...
2. Pewien pan chce adoptować psa. Sam mówi, że ma doświadczenie, wie co i jak. My się zgadzamy, ale wyraźnie zaznaczamy, że to nie pies na podwórko i budę, był wychowywany w mieszkaniu i to typ psa "kanapowca". Pan oczywiście twierdzi, że pies będzie w domu. I jakoś kilka miesięcy po wydaniu psa, dzwoni do nas jakaś młoda dziewczyna, mówiąc, że jej sąsiad trzyma psa na łańcuchu przed domem, pies wychudzony, z ranną szyją od łańcucha. Zadzwoniliśmy po odpowiednie służby, właściciel zgodził się oddać psa, po czym ten miał trafić do nas. No i przyjeżdża, patrzymy - nasz pies, wydany temu panu do domu na kanapę... Brak słów.
3. Pewne małżeństwo adoptuje małego szczeniaka, kundelka. Kilka miesiecy później oddają go nam, mówiąc, że myśleli, że jest rasowy, ale jak dorósł to okazało się, że nie, i oni nie chcą takiego brzydkiego. Okazało się też, że pies musiał być bity.
4. Starszy pan adoptuje psa. Jakiś czas później ktoś go do nas przywozi, mówiąc, że pies porzucony od tygodnia błąka się po jego osiedlu. Tak, pies od nas, wydany tamtemu panu.
5. Kobieta adoptuje od nas kota. Kilka miesiecy później go oddaje. Kot wrócił bardzo schorowany z niewydolnością nerek (jak się później okazało). Pytamy czemu nie zabrała go do weta, a pani stwierdziła, że przecież to kot i sam powinien dojść do siebie. Zastanawia nas też, czemu kot ma wielką zieloną plamę na grzbiecie. Pani tylko wzdycha, że jej siostrzenica się z nim bawiła i postanowiła pomalować go farbą. Co ciekawe przed adopcją, owa pani przedstawiła się nam jako istny ekspert od kotów.
Dlatego nie dziwcie się nam, że mamy aż tak ograniczone zaufanie do potencjalnych właścicieli oraz, że chcemy przez jakiś czas kontrolować zwierzaka.
Był upalny lipcowy dzień. Około 10 rano mój znajomy ze szkoły miał wypadek na motorze. Na skrzyżowaniu zderzył się z tirem i zmarł na miejscu. Ciało chłopaka leżało kilka godzin w pełnym słońcu w rowie, a jego mama odganiała muchy, bo z jakiegoś powodu technicy czy tam policja nie mogli szybciej zabezpieczyć ciała.
Jest coś takiego, czego bardzo wstydzę się przed rodzicami i całą rodziną.
Czasami gdy jest mi przykro albo po prostu mam na to ochotę, potajemnie przebieram się w kigurumi (taki pluszowy kostium) lemura i idę spać, przytulając białego pluszowego misiaczka. Jeśli miałem szczególnie zły dzień, to słucham smutnych piosenek i płaczę tuląc misia.
Kiedyś starsza siostra chciała mnie rano obudzić i przyłapała mnie, że spałem z misiem. Pamiętam jej zażenowaną i zszokowaną twarz, tak jakbym zrobił coś bardzo złego.
Było to już jakiś czas temu. O tym wszystkim wie tylko moja dziewczyna, która też często śpi w kigurumi. I gdy ona to robi, to jest to normalne, nie musi się z tym kryć przed rodzicami, nikt nie ma nic przeciwko. A ja muszę, bo przecież to nienormalne, że 20-letni chłop ma jakieś uczucia…
Cierpię na nerwicę lękową. Tak bardzo bałam się śmierci rodziców, że ulżyło mi, gdy tata umarł.
Historia będzie gówniana. I to dosłownie...
Ale zacznijmy od początku. Kilka lat temu wyprowadziłam się z domu do jednego z większych miast w Polsce. Zamieszkałam razem z koleżanką i dwójką obcych nam, młodych osób. Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że nigdy nie robiłam kupy poza rodzinnym domem, choć miałam 25 lat.
I tu zaczynają się schody...
Miałam wielkie trudności z robieniem dwójki do tego stopnia, że potrafiłam tydzień jej nie robić, a po tym czasie w weekend jechać do domu głównie po to, żeby zrobić szybki "zrzut". Ciągle wydęty brzuch, bóle i puszczanie cichaczy gdy nikogo nie było w pobliżu to normalka. Dopiero po pół roku gdy wiedziałam, że jestem sama w mieszkaniu, a współlokatorzy wyszli na zajęcia stwierdziłam, że nie wytrzymam, zrobię szybko swoje i będzie po kłopocie na kolejny tydzień.
No i gdy tak siedziałam na tronie i robiłam dwójkę życia słyszę, że ktoś wchodzi do mieszkania. Modliłam się, żeby od razu poszedł do pokoju. Pech jednak chciał, że pierwsze co to złapał za klamkę toalety i zapytał ile mi to jeszcze zajmie, bo strasznie chce mu się siusiu. Niewiele myśląc odpowiedziałam, że już wychodzę.
I zaczęło się... W mojej głowie miałam tysiąc myśli co teraz, narobiłam komorę gazową na całe mieszanie, zrobiłam się czerwona jak burak i aż oblał mnie zimny pot. No, ale trzeba było działać i to szybko. Spuściłam wodę. I co? Nic!!! Jeden, drugi raz i nic!!! Ten "zrzut" był wyjątkowo ogromny, w końcu trzymałam go cały tydzień w sobie i nie chciał cały się spłukać. Koledze powiedziałam, że zaraz wychodzę, a ja drugi raz czekałam, aż spłuczka napełni się wodą. Mijają minuty, a ja wpadam w coraz większą panikę. Niewiele myśląc owinęłam rękę papierem toaletowym, złapałam to co zostało, zawinęłam w niego, wypsikałam toaletę odświeżaczem i wyszłam. Kompletnie nie myśląc co robię zobaczyłam otwarte okno w kuchni, więc cały zwitek wylądował na trawniku przed domem. Tak, rzuciłam zawiniętym papierzakiem przez okno w kuchni na trawnik. Pech chciał, że sąsiad szedł z psem i akurat ten strasznie zainteresował się tym co tam leży. Jednym chapsnięciem pies rozwalił pancerz mojego papierzaka, pokazując swojemu panu całą mordkę w kupie. Do końca życia nie zapomnę miny tego gościa, gdy patrzył to na mnie, to na psa.
Od tego czasu bałam się spotkać tego sąsiada na klatce, dlatego też wyprowadziłam się z tamtego mieszkania.
Do dnia dzisiejszego mam problemy z robieniem dwójki i gdy przypomnę sobie tę historię, to nie mam pojęcia co mnie opętało...
Gdy moi rodzice się rozstali, spełnił się mój koszmar.
Ojciec wywalczył opiekę nade mną. Wygrał, bo mama chorowała na schizofrenię i sąd przez to ją zdyskwalifikował. I myślę, że jedna historia wystarczy do przedstawienia tego jak wyglądało moje życie z nim. Miałam zapalenie płuc, wysoką gorączkę i czułam się ledwo żywa. Ojciec stwierdził wtedy, że mam nie robić problemów, bo on nie ma czasu na lekarzy, więc mam nie wymyślać i iść do szkoły, bo tam mi przejdzie. Po drodze zemdlałam i musiałam trafić do szpitala. Gdy ojciec przyjechał, pierwsze co zrobił to uderzył mnie, za robienie mu problemów. Byłam przez niego tak terroryzowana i zastraszana, że o tym co się działo w domu, odważyłam się powiedzieć dopiero, gdy skończyłam 18 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie