Kiedy byłem dzieckiem, koniecznie chciałem kupić gazetę pornograficzną i ją przejrzeć. To były czasy, kiedy o internecie mało kto w ogóle słyszał, więc sprawa była bardziej skomplikowana. Wymyśliłem plan, ale wstydząc się wprowadzić go w życie osobiście, wciągnąłem w to młodszego kolegę.
Napisałem list krótkiej treści, który miał być od jego ojca i wysłałem go do pobliskiego kiosku.
"Uprzejmie proszę o sprzedanie mojemu synowi gazety XYZ - Jan Nowak".
Plan wypalił, więc obskoczyliśmy jeszcze 3 kioski w mieście. Do dziś gratuluję sobie sprytu.
Przeczytałam jeden komentarz, gdzie autor pisze, że omal nie spalił domu kilkadziesiąt lat temu i mi się coś przypomniało.
Jak miałam 5-6 lat, mieszkaliśmy na wsi w starym pałacu. Mieszkały tam też 2 rodziny i babcia. Była ona bardzo stara i miała problemy psychiczne. Był też ogromny, wspólny strych na samej górze. Często się tam bawiłam. Któregoś dnia jak zawsze spędzałam czas na strychu, tym razem ze starszą siostrą. Bawiłyśmy się zapalniczką, podpalałyśmy rogi kartonów z ubraniami (było ich tam mnóstwo) i od razu gasiłyśmy. To było jakoś przed południem. Zabawa się znudziła i wybyłam na cały dzień na dwór z dziećmi sąsiadów. U nas to było normalne jak dzieci znikały na cały dzień na wsi, bo każde się znało i każdy siebie nawzajem pilnował.
Nie pamiętam później jak było dokładnie, ale do dziś pamiętam, jak wracałam do domu, bo zaczął padać mocny deszcz. Cały dach pałacu płonął. I to okrutnie. Głośne trzaski, ogień. Mój mózg stwierdził, że to meteoryty. Byłam przerażona. Nie mogłam znaleźć rodziców, więc pobiegłam do tłumu gapiów i tam znalazłam siostrę. Babcię sąsiedzi wyciągali siłą, bo stwierdziła, że to jej dom i ona w nim umrze. Ogólnie katastrofa. Pożar 2 pełne dni. Nic z pałacu nie zostało.
Chciałam nakreślić sytuację, żeby móc napisać o co dokładnie mi chodzi w tym wyznaniu.
Otóż cały czas byłam pewna, że to ja spaliłam dom. Wszyscy mówili, że to właśnie ta babcia paliła w piecu trocinami i ogniem zajął się najpierw komin, a później reszta. Nie wierzyłam w to nigdy. Wierzyłam mocno, że to ja byłam winna. Tak mocno, że przez 10 lat nikomu o tym nie powiedziałam. Nawet po tych 10 latach jak ktoś wspominał o pożarze, bałam się. Dopiero jakieś 3 lata temu przyznałam się mamie. Mama się zaśmiała i powtórzyła wersję z kominem. Ulżyło mi, że to z siebie wyrzuciłam, ale i tak wciąż nie jestem tego taka pewna, mimo zapewnień innych, że to wina starszej pani.
Z chłopakiem byłam 4 lata. Kochałam go bardzo. Tak bardzo, że jego podłe zachowanie wobec mnie usprawiedliwiałam i wybaczałam.
Na początku związku było cudownie. Był kochany, starał się. Ale z czasem zaczęło go wszystko we mnie denerwować. Pamiętam, kiedy pierwszy raz nazwał mnie "pierdolną idiotką". Potem było coraz gorzej. Kłótnie zamieniały się w fale wyzwisk z jego strony. Przeważnie powód sprzeczek był tak błahy, że aż szkoda słów. Ale on się nie kontrolował. Co chwilę słyszałam że jestem głupia, durna itp. Miałam go dość. Ale nie pozwolił odejść. Z początku mnie przepraszał. Z czasem tak odwracał kota ogonem, że to ja się czułam winna. Tańczyłam jak mi zagrał, przy okazji starałam się jak mogę, chciałam być "idealną przyszłą żoną". Tyle że zamiast to doceniać, on tego wymagał. Moim obowiązkiem było gotowanie dla niego, sprzątnie po nas i najgorsze, co odrzuca mnie do dziś, robienie mu loda. Bo kobieta która kocha - robi. A jak nie zrobiłam? Mówienie mi jak beznadziejna i daremna jestem. Oczywiście dodatkowo odzywał się do mnie chamsko, głównie wyzwiskami, ciągnął kłótnie ile się tylko dało i dopierdalał mi tak, żebym finalnie ja go przeprosiła. No a ja to, cholera jasna, robiłam. Zależało mi aż za bardzo.
Potem już było tylko gorzej. Nazywał mnie kurwą, szmatą, suką, jebaną pizdą itd, mogłabym wymieniać i wymieniać. A ja sobie na to pozwalałam. Ile czasu przepłakałam w tym związku, to moje. Stał się dla mnie po prostu dupkiem. Umawiał się ze mną, po czym wychodził z kolegami, a ja zostawałam w domu. W tygodniu to pół biedy, ale na weekend? Szlag mnie trafiał, gdy on szedł się bawić do kolegów (którzy swoją drogą bardzo mnie lubili), a ja siedziałam sama w mieszkaniu. Nie raz mi mówił, że mówię jak skończona kretynka (nie piję, mam uczulenie na alko), on mnie do znajomych nie będzie zabierał. Wierzyłam mu w to. Wierzyłam, że ja jestem problemem. Dopóki nie odważyłam się spytać znajomych, czy naprawdę to co mówię nie ma sensu i jestem tak zjebana jak mój luby mi powtarzał. Zdziwieni zaprzeczyli, powiedzieli że jestem jedną z normalniejszych dziewczyn, jakie poznali. Swoich znajomych już nie miałam. Sugerował mi, że go kłamałam mówiąc, że moje życie erotyczne przed nim było średnio interesujące. Uważał, że z każdym moim kolegom spałam. Wymusił na mnie zerwanie kontaktów. Koleżanek za wiele nie miałam, więc będąc z nim nie została mi żadna.
Czułam się samotna. Momenty jak facet się troszczy o kobietę, jak pokazuje swoją miłość widziałam tylko na filmach.
W końcu powiedziałam dość. Ale nie tak jak milion poprzednich razy. Zablokowałam go gdzie tylko mogłam i wyjechałam za granice. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek kurwił na mnie bez powodu. Przez niego sama się nie szanowałam. Teraz czas przywrócić dawną pewność sobie. Trzymajcie kciuki!!
W dzieciństwie miałam królika. Był moim najlepszym przyjacielem. Bardzo o niego dbałam.
Jednak pewnego dnia, gdy wróciłam ze szkoły, klatka była pusta. Rodzice powiedzieli mi, że królik bardzo źle się poczuł, zawieźli go do weterynarza, a tam okazało się, że jest bardzo chory, więc został uśpiony i spokojnie odszedł z tego świata do nieba dla zwierząt. A po latach się wydało, że rodzice wcisnęli mi tą bajeczkę, bo byłam dzieckiem, a tak naprawdę mój młodszy brat udusił go podczas zabawy.
Trochę się wstydzę pisząc to.
Jesteśmy z moim mężem razem 4 lata, 2 po ślubie. Jesteśmy bardzo zgodnym małżeństwem, mamy synka i 2 dziecko w drodze. Oboje są chciani i "wystarani". On jest super tatą, syn go uwielbia, ma do niego świetne podejście. Prowadzi ze mną dom i ogólnie jest wzorem. A mimo tego czasami nie wiem ile z nim jeszcze wytrzymam.
Mój mąż ma bardzo niskie libido. Nie chce ze mną sypiać, każdorazowo jest to moja inicjatywa. Kiedyś prawił mi dużo komplementów, dawał mi drobne upominki, przytulał. Dziś nawet nie bierze mnie za rękę na ulicy ("bo mu gorąco"). Opiekuje się nami i okazuje mi miłość w sposób, który do mnie nie trafia. Jesteśmy super parą na pokaz, w środku czuję, że to we mnie umiera. Przykro byłoby mi się z nim rozstać, ale on nie dba o naszą miłość. Wszystko co robi (np. zdjęcia mi na wczasach) robi dlatego, że go o to wyraźnie proszę. Rozmawiam z nim. Często. Mam nawet wrażenie, że temat go męczy. Czuję się brzydka i niekochana, a naprawdę uważam, że jestem zadbana i w miarę ładna. Nie wiem gdzie popełniam błąd.
Niedziela 5.00 rano, jeszcze nie śpię, z nerwów boli mnie brzuch, usypiam co chwilę budzące się dzieci. Mój horror zaczyna się przeważnie w piątkowy wieczór, a kończy się późnym wieczorem w niedzielę. W mieszkaniu u góry słuchać hałasy, tupanie, krzyki, wyzwiska... To mój teść alkoholik.
Nie wytrzymuję, chwytam kolejny raz po telefon, tym razem decyduje się zadzwonić... 1 1 2... Drżącym głosem tłumaczę kobiecie co się dzieje. Po pół godzinie przyjeżdża patrol. Wychodzę do nich w piżamie i proszę o pomoc. Pukają do drzwi u góry, teściowa wpuszcza ich do kuchni gdzie odbywa się głośny monolog mojego teścia pijaka. "Proszę pana, proszę iść spać, proszę dać spać swojej rodzinie", "ja nie mam rodziny to są debile", "albo pójdzie pan spać albo pojedzie pan z nami", "no pójdę, no" "to do widzenia, dobranoc, żebyśmy nie musieli drugi raz przyjeżdżać za pół godziny".
Opadły mi ręce... Zgadnijcie co było dalej...
Drugi raz już nie zadzwoniłam, dziękuję za takie wsparcie...
Policja się dziwi, że dochodzi do tragedii, skoro nie potrafią pomóc nawet w takiej oczywistej sytuacji...
Pan alkoholik jak gdyby nigdy nic wychodzi o 5 do pracy wraca po 15... i tankuje w siebie dzień w dzień 8 piw i rano jedzie do pracy. Prawo jazdy odebrane dwukrotnie na rok i co? I dalej jeździ na podwójnym gazie. W weekend 30 piw w 48h z małymi przerwami na sen przy stole, a w poniedziałek rano jak gdyby nigdy nic - do pracy. Przykładny obywatel - przecież pracuje.
Niebieska karta? To jakiś żart. Pijak dalej pije, a żona jest wzywana na wyjaśnienie kilka razy do pomocy społecznej... To nie jest normalne, to jest chore.
A ja mam już dość. ;(
Pracuję w korporacji już jakieś 7 lat. Od około 3 lat pracuje tam pewna dziewczyna, nazwijmy ją Zuza.
Od początku miedzy nami nie zaiskrzyło, cały czas jej dokuczałem, a ona mi, wiecznie sobie dogryzaliśmy. Ładna z niej dziewczyna, ale lekko grubsza, nigdy nie patrzyłem na nią jak na dziewczynę dla mnie. No i sobie tak pracowaliśmy razem aż do tej pory.
Tylko że... teraz jestem w niej totalnie zabujany. To co mi w niej przeszkadzało zacząłem lubić, czasami gdy rozmawiamy w grupie, to zauważyłem, że mamy takie same poglądy, lubimy te same rzeczy. Po prostu strasznie ja polubiłem, nie mówiąc o czymś więcej.
Najgorsze jest to, że ona mnie nie lubi i myśli, że ja nie lubię jej. Próbowałem złapać z nią kontakt, czasami do niej napiszę na messengerze z jakąś głupotą, ale odpisuje krotko i zwięźle, a mi głupio jest zapytać nawet co u niej słychać. Próbowałem z nią pogadać w pracy, ale zawsze albo odchodzi albo odpowie krotko i nie ciągnie tematu.
Przegryw ze mnie totalny.
Chciałabym opowiedzieć Wam o moim panicznym strachu przed ginekologiem.
3 lata temu przeszłam operację wycięcia guza, który znajdował się przy moim jajniku. Spokojnie, na szczęście nie był złośliwy. Spędziłam wtedy w szpitalu prawie miesiąc, trochę trwały te wszystkie badania, a do nich zaliczała się wizyta u ginekologa. Wysłano mnie od razu do pani ginekolog w tym samym szpitalu. Miałam wtedy 19 lat i nigdy wcześniej nie byłam u ginekologa i bardzo się stresowałam...
Pani uspokajała mnie, żeby się nie denerwować, bo nic nie będzie bolało. Chwilę później nagle wepchnęła we mnie z całej siły jakieś narzędzie (przepraszam, ale nie mam pojęcia co to było), tak jakby chciała przebić mnie na wylot. Poczułam taki ból jak nigdy w życiu. Przeszywał całe moje ciało i wrzeszczałam tak, że później miałam zdarte gardło przez kilka dni. Pani od razu zmieniła swoje pozornie przyjazne nastawienie, zaczęła na mnie krzyczeć, że symuluję, bo to przecież tak nie boli. Powtórzyła czynność i znów wrzeszczałam z bólu, tym razem krzyknęła, że nie da się mnie zbadać i kazała mi się ubrać.
Kiedy podniosłam się z fotela, nie mogłam ustać na nogach, kuliłam się i bolało mnie całe podbrzusze, płakałam z bólu. Pani oczywiście nadal niezbyt w to wierzyła, co było dla mnie najbardziej rozczarowujące w tej wizycie.
Teraz boję się iść do ginekologa i w ogóle wątpię, że kiedykolwiek to zrobię. Wiem, jak ważne są wizyty kontrolne, ale na słowo "ginekolog" mam w głowie wizytę u tamtej pani i łzy same napływają mi do oczu. Mam też świadomość, że każdy ginekolog jest inny i ma inne podejście, ale myślę, że sami wiecie jak ważne są pierwsze wizyty u specjalistów typu ginekolog czy chociażby dentysta. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek się przełamię do kolejnej wizyty... Boję się też komukolwiek o tym powiedzieć, bo mogę zostać potraktowana tak jak podczas tamtego badania. Wydaje mi się, że nikt mi w to nie uwierzy. Pani ginekolog chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, jaką wyrządziła krzywdę mojej psychice...
Mam 35 lat i do tej pory myślałem, że te cienkie warkoczyki na głowie Afroamerykanów, to są naturalne włosy, niesplecione. Po prostu myślałem, że jednym rośnie afro, a innym warkoczyki.
Żona uświadomiła mnie podczas oglądania serialu, 30 razy pytając, czy mówię serio.
Mówiłem serio.
Gdy byłam dzieckiem, miałam pewną starszą koleżankę Anię, która zawsze wpadała na głupie pomysły i wykorzystywała to, że byłam młodsza i mniej o świecie wiedziałam.
Kiedyś bawiłyśmy się u mnie w domu, po szkole i postanowiłyśmy poszukać słodyczy w szafkach. Słodyczy nie znalazłyśmy, za to w ręce wpadła nam paczka prezerwatyw moich rodziców. Ania powiedziała, żebyśmy dla zabawy przebiły paczkę szpilką, bo kiedyś słyszała o czymś takim w jakimś żarcie i to będzie śmieszne. Ja, niezbyt rozumne dziecko, stwierdziłam, że w porządku, będzie śmiesznie. Jakoś kompletnie nie wpadłam na to jak to działa, bo nie miałam wtedy w ogóle pojęcia o takich sprawach. I cóż, 9 miesięcy później urodziła się moja bardzo niepełnosprawna umysłowo siostra, która obecnie jest utrapieniem dla całej rodziny. Kochają ją, ale opieka nad nią jest wykańczająca. Czuję się z tym okropnie, mimo tego, że nie wiadomo czy to akurat wina tych prezerwatyw, bo rodzice mogli ich po prostu nie użyć lub zauważyć, że są przebite. To też powód, dla którego nie wiem czy się do tego przyznać czy nie, w końcu minęło już z 8 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie