#W7yn9

Moja dziewczyna zaczęła jakiś czas temu regularnie kupować różne rzeczy na popularnym serwisie zakupowym. Złapała na to taką zajawkę, że założyła czat grupowy na fejsie z naszymi znajomymi i wrzucała tam foty różnych produktów, które jej doszły po miesiącu. To sztućce, to spinki do włosów, jakieś rzeczy dla kota, czasem trafił się mały sprzęt. Wszystko spoko, dziewczyna chce podzielić się dobrym zakupem ze znajomymi, okej. Ale to co zobaczyłem wczoraj, zwaliło mnie z nóg…
Wrzuciła zdjęcie nowej bielizny. NA SOBIE. Centralnie zdjęcie gołego tyłka w stringach.

Nikt tego nawet nie skomentował, w najbliższą sobotę robimy domówkę, a mi wstyd zobaczyć się z tymi ludźmi. Poza tym jestem na nią wściekły, wszyscy moi koledzy widzieli gołą pupę mojej dziewczyny.

Nie wiem, wytłumaczcie mi jeśli coś źle pojmuję, ale to chyba nie jest normalne?!?

#VVeYo

Gdy byłam już w widocznej ciąży, babcia mojego męża zepchnęła mnie ze schodów, bo jak twierdziła, nie chce, żeby jej wnuczek miał dziecko z taką bezbożnicą jak ja.

Mnie i dziecku na szczęście nic się nie stało, jedynie zdarłam kolano. I sprawa mogłaby się skończyć w sądzie, gdyby nie to, że babcia umarła tydzień później na zawał. Może to właśnie karma...

Na pogrzebie się nie pojawiłam, mąż też nie.

#UC8fo

Czasami ludzie ogłaszają na różnych stronach i grupach, że muszą oddać psa, bo ktoś w domu ma alergię albo jakieś inne uczulenie. Z reguły denerwują mnie takie posty, a komentujący nie mają litości dla tego kto wstawia ogłoszenie. Najczęstszą radą jest: "oddaj gówniarza, bo pies/kot był pierwszy!".

Moja ciotka chyba wzięła sobie to do serca. Ma dwoje dzieci, czternastolatka i czterolatkę, mieszkają niedaleko nas. Ciocia zawsze miała fioła na punkcie zwierząt, od mało wymagających jak rybki, po naprawdę duże psy takie jak bernardyny. Na ten moment ma w domu trzy psiaki i kota, ale wiem, że myślała nad jakimś kolejnym futrzakiem. Niby ok, ciocia naprawdę dba o swoich pupili. Może nawet za bardzo? Szymon ma astmę, którą zdiagnozowano u niego kiedy zaczynał podstawówkę. Kilkukrotnie tracił oddech i pod dom zajeżdżała karetka. Ciocia była przerażona i zabrała go na badania - stwierdzono silną alergię na psią ślinę i sierść. W domu były wówczas dwa psy, jednak nikomu nie przyszło do głowy by je gdzieś oddawać. Z jednej strony czyn godny pochwały, z drugiej Szymek musi mieszkać w domu, gdzie w każdym zakątku czyha na niego zagrożenie. Dopiero poza domem naprawdę odżywa, chociaż i tak nie rozstaje się z inhalatorem.

Później urodziła się Zuzia i chociaż na początku wydawało się, że obecność psów w niczym jej nie przeszkadza, to lekarz potwierdził smutne wyniki badań. Po kontakcie ze zwierzętami mała dostaje okropnej wysypki na całym ciele, robi się czerwona na twarzy i kaszle. Niby ciocia jakoś temu zapobiega - kupuje jej leki, nie pozwala psom wchodzić do jej pokoju, ale i tak każdego dnia istnieje ryzyko, że Zuzia zakrztusi się na śmierć.

I teraz najlepsze - ciocia znalazła sposób jak pogodzić miłość do zwierząt z miłością do dzieci.

Dogadała się z babcią i zawiozła do niej dzieciaki - nie na wakacje, ale na stałe. Rodzina była w szoku, ale według cioci jest to idealne rozwiązanie. Teraz na babcię spadł obowiązek dowożenia wnuczki do przedszkola, a wnuka na przystanek autobusowy. Zuzia kompletnie nie rozumie czemu mama wyrzuciła ich z domu, Szymon jest załamany i wściekły. Moja mama jeszcze próbuje jej przemówić do rozumu, ale ciotka jest uparta i nie da sobie niczego wytłumaczyć. Za to na Facebooku jest bardzo aktywna - gdy tylko ktoś ogłasza, że chce oddać psa, ciocia komentuje jako pierwsza. Na ten moment zaklepała sobie już jamnika i dwa kotki znalezione w lesie. Jako argument, żeby to jej oddać zwierzaki podaje fakt, że w domu ma już inne i nie ma dzieci, którym obecność zwierząt mogłaby przeszkadzać.

#THyRg

Mając 22 lat, poznałam w internecie Kamila, starszego o rok ode mnie. Dzieliła nas cała Polska, ale zaczęliśmy ze sobą bardzo dużo rozmawiać, pisać prawie codziennie, a potem nawet dzwonić. W końcu zakochałam się w nim (na tyle ile się da przez internet), a on we mnie. Wydawał mi się wtedy chodzącym ideałem, studiował weterynarię, czytał te same książki co ja, był szarmancki, uczuciowy i inteligenty. A do tego był również bardzo przystojnym, wysokim blondynem.

Nasza internetowa miłość kwitła, jakkolwiek to brzmi, bo ani razu się wtedy nie widzieliśmy na żywo. Strasznie chciałam się z nim spotkać, ale miałam ciężkie studia, do tego praca, a z kolei, gdy trafiała się jakaś okazja to akurat on miał coś pilnego. Nigdy też nie udało się nam porozmawiać na kamerkach internetowych, bo zawsze coś stało na drodze, a to komputer mu się popsuł, a to ma gości itp. Jakoś kompletnie nie wzbudziło to nigdy moich podejrzeń. Byłam strasznie zaślepiona i naiwna. Nawet na tapecie w telefonie miałam jego zdjęcie, które mi wysłał. Jedno z wielu. Jednak pewnego dnia napisał mi, że ma zupełnie wolny tydzień i może do mnie przyjechać. Byłam cała w skowronkach, dosłownie skakałam ze szczęścia. Nawet na bilet mu dorzuciłam, bo był chyba biedniejszym studentem niż ja. Miałam go odebrać z dworca o 15 i zabrać do siebie. I tu następuje zwrot akcji.

Owszem, przyjechał do mnie, ale okazał się zupelnie inną osobą. Nawet nie miał na imię Kamil, tylko Kazimierz. Zamiast być starszy o rok, był starszy o 7 lat. Nie studiował weterynarii, tylko dorywczo pomagał ojcu na budowie. Nie był też wysokim, przystojnym blondynem, tylko niższym ode mnie o co najmniej 10 centymetrów, wychudzonym chłopem, którego twarz wyglądała na starszą niż jest, dodatkowo brakowało mu kilku zębów, ale chyba większy problem miał jednak z higieną. Wyglądem przypominał wręcz menela. Okazało się, że zdjęcia jakie mi wysyłał, były zdjęciami jego kuzyna. A co do reszty... Otóż podobno często w sieci udawał kogoś innego, ale jak poznał mnie, to się zauroczył od razu, jednak bał się przyznać, że przedstawił się jako ktoś inny. Potem wciąż kłamał, bo przecież odrzuciłabym go gdybym znała prawdę. Gdy nie mógł pisać, bo jak twierdził, miał zajęcia, tak naprawdę pił z kolegą, bo jak się okazało, jest też "początkującym" alkoholikiem.

I co sobie myślał przyjeżdżając tu? A no to, że skoro tak go pokochałam, to wybaczę te kłamstwa i zaakceptuje go takim jaki jest. No niestety. Gdy już mi wszystko wyjaśnił, a ja w końcu doszłam do siebie po tym szoku, po prostu odprowadziłam go na dworzec i poszłam do domu, płakać w łóżku. I tak przepłakałam chyba z 3 dni, nikt mnie nigdy tak nie oszukał. W końcu doszłam do siebie, a z nim urwałam kontakt tego samego dnia, w którym przyjechał. Potem już raz na zawsze odechciało mi się szukać miłości w internecie. Teraz te historie wspominam jako idealną lekcję życia, cóż, mam nauczkę, za to, że byłam taka głupia i naiwna. Choć przyznam, że on tez był bardzo dobrym kłamcą i manipulatorem.

#jDoPl

Jako, że wielkimi krokami zbliża się rozpoczęcie przeze mnie studiów, chciałem się podzielić moim wkurzeniem (delikatnie mówiąc), bo nie idę sam na ten sam kierunek, ale od początku.

Mieszkam w dość dużym mieście. Mój wujek (brat mojej mamy) mieszka ze swoją rodziną niedaleko i jak to zwykle bywa - utrzymywaliśmy bliski kontakt np: ja i moje kuzynki jeździliśmy razem na wakacje kiedy byliśmy mali, wpadliśmy do siebie na obiady lub nocowaliśmy często u siebie itp. Ja i jedna z moich kuzynek, nazwijmy ją Ola, poszliśmy do tej samej podstawówki, potem do gimnazjum. Przyszedł czas na wybór szkoły średniej. Kiedy Ola dowiedziała się gdzie idę, złożyła podanie do tej samej szkoły twierdząc, że "ja tam chciałam iść pierwsza". Oczywiście swojej rodzinie opowiedziała swoją wersję. Trochę mnie to wkurzyło, bo chodzenie z kuzynką do jednej klasy nie jest fajne, ale myślę sobie "nie będę zmieniał swojej decyzji, jakoś wytrzymam z nią te 3 lata". Jakoś się udało. Pomińmy szczegóły związane z posiadaniem w klasie "szpiega" (wszystko co działo się w szkole, informacje o moim życiu prywatnym - dziewczynie, znajomych itp. Ola opowiadała swojemu ojcu, a on opowiadał o tym mojej mamie...).

Przyszedł czas na składanie deklaracji maturalnych. Ola tradycyjnie wybrała te same przedmioty... Już na początku drugiej klasy podjąłem decyzję o wyborze kierunku studiów, ale ukrywałem to aż do składania papierów, bo bałem się, że Ola pójdzie za mną. Jeśli ktoś spytał mnie o moje plany zawsze mówiłem, że jeszcze nie zdecydowałem.

Nie dało się ukrywać tego w nieskończoność. W końcu musiałem powiedzieć najbliższej rodzinie gdzie chce iść. Mama oczywiście się wygadała wujkowi mimo, że prosiłem żeby mu o tym nie mówiła. Ola złożyła papiery tam gdzie ja. Ona się dostała, ale nie ja. Zdecydowała się jednak na inny kierunek. Ja niedawno dostałem się w drugiej turze. Ola zrezygnowała ze swojego kierunku i złożyła papiery na mój. Dostała się... Teraz twierdzi, że ona zawsze chciała studiować ten kierunek i że wszystko od niej małpuje.

#zJzS7

Od początku studiów mieszkałam z moim chłopakiem ,a później narzeczonym w pokoiku, w mieszkaniu z trzema z innymi studentami. Żyło nam się dobrze, ludzie byli w porządku więc nie narzekaliśmy.

Na ostatnim roku mojego licencjatu, młodsza siostra mojego faceta rozpoczęła studia i za namową mojego chłopaka i teściowej, wynajęliśmy mieszkanie we 3. Ona miała swój pokój i my swój.

Zawsze lubiłam Basię, bo wydawała mi się rozsądna i sympatyczna ale to, co wyprawiała w mieszkaniu przechodziło ludzkie pojęcie.

Mieliśmy ustalony grafik sprzątania, do którego nie potrafiła się dostosować, bo zawsze było coś. Przez pół roku ani razu nie posprzątała, nie myła po sobie naczyń, wszędzie był syf. W jej pokoju stały talerze porośnięte pleśnią! Nie szanowała też mieszkania i w ogóle nie martwiła się o kaucję. Rozwaliła drzwi do swojego pokoju, połowę szafek w kuchni, a nawet zbiła lustro w łazience. Na każde zwrócenie uwagi, reagowała histerycznym płaczem i dzwonieniem do matki, że my się nad nią znęcamy. Najczęściej wtedy teściowa dzwoniła do mojego narzeczonego i on zgarniał opieprz, że nie pomaga siostrze.

Ja nie chciałam ingerować, ale miarka się przebrała gdy pewnego razu po powrocie do domu, zobaczyłam syf nie tylko w kuchni, ale i u nas w pokoju. Gówniara chciała bez pytania pożyczyć moje ciuchy i kosmetyki, więc wyrzuciła mi wszystko z szaf i nie raczyła tego ułożyć. Darłam się na nią przez 15 minut i po tym incydencie, teściowa zadzwoniła do mnie. Próbowała mi wmówić, że jestem niewdzięczna i niewychowana, i jak to mogę krzyczeć na jej córeczkę, przecież to anioł , a my jej ciągle robimy na złość. Zadzwoniłam do teściowej na messengerze, z relacją na żywo, weszłam bez zapowiedzi do pokoju jej córeczki żeby zobaczyła jak zapuściła mieszkanie. Gdy przedtem jej o tym mówiliśmy z narzeczonym, to nie chciała nam wierzyć.

Teściowa aż się zapowietrzyła gdy jej córka wyleciała do mnie z pyskiem, że jestem potworem, który próbuje ją zniszczyć. Potem zaczęła się tłumaczyć, ale po setnym "mamusiu, to nie tak", teściowa po prostu się rozłączyła. Musieliśmy potem mieszkać z tą kretynką jeszcze przez pół roku, aż nam się skończyła umowa, ale bez interwencji teściowej. Nigdy więcej wspólnego mieszkania.

#ZUoCQ

Kiedy moja babcia umrze, zamierzam popełnić samobójstwo.

Mam 34 lata, jestem samotna, najprawdopodobniej bezpłodna, mieszkam z rodzicami, nienawidzę swojej pracy i mam ogromny kredyt hipoteczny na 25 lat.

Jeszcze 4 lata temu wszystko wyglądało cudownie. Miałam fajną (nie super płatną, ale bardzo satysfakcjonującą) pracę w dużym mieście, cudownego narzeczonego i śmiałe plany na przyszłość. Moja matka namówiła nas na powrót do naszego miasteczka, dodatkowo zaproponowała, że z ojcem zbudują dla nas dom, ja z dzieciństwa miałam cudowne wspomnienia, do tego odezwał się we mnie instynkt macierzyński, więc z radością przystałam na propozycję.

Pracę znalazłam (wtedy wydawała mi się tymczasową), w międzyczasie okazało się, że kredyt wzięty przez rodziców nie jest wystarczający, więc kolejny wzięłam ja (skoro i tak tam miałam mieszkać), poszłam też do ginekologa z uwagi na pewne problemy, które się pojawiły. Okazało się, że mam zaawansowaną endometriozę, leczenie miało być długie i nie gwarantowało sukcesu. Narzeczony stwierdził, że on nie wie, czy jest w stanie być ze mną, jeśli jestem bezpłodna, więc lepiej będzie jak się rozstaniemy teraz.

Rodzice sprzedali swoje mieszkanie, czym spłacili swój dług i przeprowadzili się do mnie, bo co ja będę sama w takim wielkim domu robić. I to właśnie przez ich decyzję wpadłam w zamknięty krąg. Nie mogę zmienić pracy, bo muszę spłacać hipotekę, nie mogę sprzedać domu, bo rodzice nie mieliby gdzie mieszkać, do tego moja matka zaczęła się znęcać nade mną psychicznie. Nie może znieść, że córki koleżanek - gorzej wykształcone czy kiedyś sprawiające kłopoty, mają teraz rodziny, dzieci, a czasami lepsze dochody. Ojcu jest wszystko jedno, przez całe dnie tylko siedzi i ogląda telewizję, a matka wyzywa mnie, obraża i porównuje do innych, jakim to ja nie jestem nieudacznikiem.

Może i faktycznie już teraz popełniłabym samobójstwo, ale wspiera mnie babcia, która zawsze podkreśla, jaka jest ze mnie dumna i jak wiele dla niej znaczę. Niestety, babcia jest schorowana i jak staje w mojej obronie, to i jej się dostaje od mojej matki. Dlatego postanowiłam, że jak babcia umrze to i ja za nią też odejdę. Przynajmniej moja matka już nie będzie odczuwała wstydu za córkę nieudacznika i wszyscy będą jej współczuli tragedii.

#f5OnQ

Od dłuższego czasu choruję na chorobę Gravesa-Basedowa i w związku z nią, nadczynność tarczycy. Pomijając szereg dolegliwości, najbardziej wyraźne są dwie. Wdupizm i wyjebanizm. Choroba, sama w sobie często wiąże się z zaburzeniami na tle psychiki, ale moje to już osiągają zenit (w przeciwieństwie do kobiet, które np. w związku z tą chorobą, bardziej wpadają w depresję, lęki, nerwicę).

Ja mam wszystko gdzieś. Męża, córki, rodzinę i przyjaciół. Nie obchodzą mnie, pomimo że przed chorobą kochałam ich ponad życie. Nerki dałabym sobie wyciąć za nich. A teraz? A teraz to ja nic nie czuję. Byłam u psychiatry i psychologa, u endokrynologa. Tak właśnie choroba na mnie wpłynęła. Spłyciła mi uczucia, bo mi się kochać i nienawidzić nawet nie chce. Nic mnie nie raduje i nie smuci. Wyniki tarczycowe mam w normach, Graves-Basedow uśpiony, nawet problemy z sercem ogarnięte. I co? I nic właśnie. Nikt o niczym nie wie, na co dzień jestem przykładną matką i żoną dbającą o dom, pracującą. Tylko pustą w środku. No i w sumie co z tego? Psychiatra się cieszy, że pacjentka reaguje na leki, mąż się cieszy, że żona się stara, i dzieci też, bo mama kocha.. Tylko ja patrzę w lustro i nie widzę nic, nie czuję, nie kocham. I w sumie to nic mnie to nie obchodzi, bo po co.

#HHBgH

W okresie licealnym byłem na tyle zagubiony, że postanowiłem wiele udawać, by dopasować się, być lubianym i mieć znajomych. Przez to wpadłem do paczki, z którą imprezowaliśmy na całego. Był alkohol, były "niewinne" narkotyki, nawet numerki w sąsiednim pokoju lub przy wszystkich. Miałem w czubie, bo choć będąc w domu wiedziałem jak źle postępuję, przy znajomych ubierałem drugą twarz.

Pewnego weekendu dostałem wyzwanie, bo wszyscy koledzy robili już jakieś pranki i inne tego typu rzeczy, a ja ciągle tak niewinnie spędzałem czas. Wymyślili mi, żeby poderwać konkretną dziewczynę, zaprosić ją w konkretne miejsce (opuszczony pustostan, który był naszym cotygodniowym parkietem) i nie owijając w bawełnę, uprawiać z nią seks. W rolę nie wchodziły zabezpieczenia, ale za to w formie rozluźnienia atmosfery do kieszeni włożyli mi "dropsy" za darmoszkę oraz tabletkę gwałtu, gdyby koleżanka jednak była nieśmiała. Oczywiście strasznie mi się to nie podobało, jednak byłem tak głupi, tak wystraszony utratą wszystkich znajomych, że finalnie zacząłem realizować ten plan.

Dziewczynę znałem, toteż wyciągnięcie jej na przysłowiowe powłóczenie się po okolicach nie było za trudne. Dotarliśmy do wyznaczonego miejsca, gdzie były dziurawe kanapy, miejsce na nasze ognisko i skrytka z chipsami oraz colą. Spędziliśmy tam parę godzin, i tak dobrze nam się rozmawiało, że zapomniałem o swoim zadaniu do realizacji. Po jakimś czasie ona sama zainicjowała "pierwszy krok", jednak kiedy ściągnęła ze mnie bluzę, z kieszeni wypadło parę drobiazgów. Na tyle to huknęło na tej betonowej posadzce, że nasz wzrok przebiegł po petach, tajemniczej tabletce w woreczku i saszetkach z odurzającą substancją. Ona jak poparzona odskoczyła, fakty połączyła natychmiast, dała mi w twarz i uciekła. Zdezorientowany wybiegłem za nią, krzycząc, że to nie tak - ale tu zaskoczyli mnie moi koledzy.

Dostałem po pysku, naruszyli mi żebra, na pamiątkę zostało mi parę siniaków, dodatkowo śmierdziałem szczochami, bo mnie potraktowali jak ściankę w męskim klopie. Rodzicom wyjaśniłem, że to szkolne przepychanki o głupią sprawę. Niestety w kolejnym dniu, w drodze do tamtej dziewczyny, naskoczył mi na plecy jakiś gość i runąłem na ziemię bez tchu. Przybiegł drugi, zapięli mi łapy w kajdanki, coś krzyczeli i wrzucili do radiowozu.

Gdyby nie to, że dałem namiary na moich koleżków, którzy o dziwo się przyznali do wielu przeskrobań, miałbym większy wyrok. I tak swoje dostałem za narkotyki, za chęć podania "niezidentyfikowanych substancji odurzających", co wiadomo wyszło po testach. Mogło skończyć się dużo gorzej, ale nie narzekałem. W papiery swoje wpisali, szukanie pracy z tym to szlam, ale przynajmniej dziewczyna na ludzi wyszła, bez traumy.

Morału zero, konkretnego zakończenia zero.

#afAUe

Kiedy byłem dzieckiem, koniecznie chciałem kupić gazetę pornograficzną i ją przejrzeć. To były czasy, kiedy o internecie mało kto w ogóle słyszał, więc sprawa była bardziej skomplikowana. Wymyśliłem plan, ale wstydząc się wprowadzić go w życie osobiście, wciągnąłem w to młodszego kolegę.

Napisałem list krótkiej treści, który miał być od jego ojca i wysłałem go do pobliskiego kiosku.

"Uprzejmie proszę o sprzedanie mojemu synowi gazety XYZ - Jan Nowak".

Plan wypalił, więc obskoczyliśmy jeszcze 3 kioski w mieście. Do dziś gratuluję sobie sprytu.
Dodaj anonimowe wyznanie