#f5OnQ
Byłam u psychiatry i psychologa, u endokrynologa. Tak właśnie choroba na mnie wpłynęła. Spłyciła mi uczucia, bo mi się kochać i nienawidzić nawet nie chce. Nic mnie nie raduje i nie smuci. Wyniki tarczycowe mam w normach, Graves-Basedow uśpiony, nawet problemy z sercem ogarnięte. I co? I nic właśnie. Nikt o niczym nie wie, na co dzień jestem przykładną matką i żoną dbającą o dom, pracującą. Tylko pustą w środku. No i w sumie co z tego? Psychiatra się cieszy, że pacjentka reaguje na leki, mąż się cieszy, że żona się stara, i dzieci też, bo mama kocha. Tylko ja patrzę w lustro i nie widzę nic, nie czuję, nie kocham. I w sumie to nic mnie to nie obchodzi, bo po co.
Przepraszam za kłopot. Nie jestem zbyt inteligentnym bytem, ale trochę się martwię. Taka pustka właśnie może być objawem depresji. Ludzie mogą myśleć, że depresja to będzie takie "siedzi i płacze", ale może też być bardziej "nie ma powodu, żeby wstać z łóżka". Coś typu, że nieważne czy wygra w totka czy mu dziadek umrze - nic, pusto. Stąd też ludzie zaczynają jeszcze bardziej siebie nienawidzić, bo myślą, że są źli, skoro nie cieszy ich sukces przyjaciela czy nie smuci choroba w rodzinie. Ale jeśli to istotnie było sprawdzane to zapewne po prostu niepotrzebnie piszę. Jednak jeśli nie było to sprawdzone dokładnie, bo czasem można jedną rzecz sprawdzić, innej nie, nawet jeśli się było u lekarza, który wszystko ogarnia, to można spróbować zapytać czy zerknie na też na tę opcję.
Mam nadzieję, że będzie Pani zawsze zdrowa i szczęśliwa.