Piszę to wyznanie, ponieważ jestem zdesperowany i nie wiem co robić. Od dwóch lat jestem w udanym związku z moją dziewczyną Kingą. Zawsze się wzajemnie wspieraliśmy, dlatego strasznie frustruje mnie fakt, że w tym momencie nie potrafię pomóc mojej partnerce zażegnać ten zasrany problem, a chodzi o… odchudzanie.
Może to zabrzmi śmiesznie, ale od kiedy moja dziewczyna zaczęła się odchudzać, diametralnie się zmieniła. Totalnie jej odbiło. Na początku to było zabawne, kiedy liczyła każdą kalorię, mówiła o jakimś indeksie glikemicznym, ustawiała sobie budziki na posiłki i zapisywała wszystko, co zjadła. Ale po dwóch tygodniach to się przerodziło w paranoję.
Kinga planuje sobie swoje jedzenie na cały tydzień do przodu. I nie tak „mniej więcej”, w stylu: we wtorek zjem kurczaka, a w środę placki. Tylko wypisuje każdy posiłek jaki może zjeść przez cały tydzień (nawet np. jabłko!) wraz z godziną i liczbą kalorii oraz indeksem i wartościami, jakie dany posiłek w sobie ma. Może i dałoby się to jakoś przeżyć, gdyby nie fakt, że Kinga sobie NA NIC nie pozwala i nasze życie się kompletnie zmieniło.
Kiedyś jadaliśmy wspólnie pizzę, graliśmy w gry, chodziliśmy do kina (ona uwielbia popcorn), odwiedzaliśmy różne restauracje, chodziliśmy do parku na lody itp. Teraz? Nie wychodzimy NIGDZIE. Gdziekolwiek się nie ruszy, Kinga widzi zagrożenie dla swojej diety. Nigdzie nie może pójść, bo boi się, że będzie musiała patrzeć na rzeczy, których nie może jeść. Zrezygnowała więc z większości rzeczy, które kiedyś robiła i bardzo lubiła. Przestaliśmy już nawet oglądać serial wieczorem, bo „ciągnie ją do chrupków”.
Trwa to już ponad miesiąc. Co więcej, Kinga schudła jakieś 5 kilo i cały czas dalej traci wagę. I wiecie co? Kompletnie mi się to nie podoba! Ale przecież jej nie powiem, że ten jej cały wysiłek idzie na marne. Nie mam pojęcia co zrobić, żeby odzyskać moją dawną, ukochaną dziewczynę. Lubiłem jej krągłą pupę i to, że pijemy razem piwo grając na konsoli. Teraz mam w domu fit patyka, który unika przyjemności i smacznych rzeczy, tylko biega co wieczór i chodzi do pracy, nic poza tym.
Opowiem wam o tym, jak ta strona zmieniła moje podejście do córki.
Dzień jak co dzień, moja X wychodzi do koleżanki, ale zostawia włączonego laptopa. Przechodząc obok jej pokoju, oczywiście zauważyłam to od razu i chciałam go po prostu wyłączyć.
Na wyświetlaczu była ta strona. Przeczytałam kilka wyznań, pośmiałam się, a w końcu natrafiłam na "moje wyznania". To było oczywiście jej konto.
I wiecie co?
Znalazłam jej wyznanie, w którym to opowiada o tym, jakie ma okropne życie, nie dogaduje się z rodzicami, wszystko jest złe i okropne, a ona biedna. Wy radzicie jej uciekać zaraz po skończeniu 18 lat.
Wiecie, co mnie najbardziej boli?
Córkę wychowuję najlepiej jak się da. Czasami zdarzy mi się poprosić ją o opiekę nad młodszym rodzeństwem, jak muszę gdzieś szybko wyskoczyć, ale na co dzień po ich powrocie ze szkoły i przed moim i męża powrotem z pracy dzieciaki czekają u babci mieszkającej 10 minut drogi od naszego domu. X jest już w takim wieku, że wraca do domu przed nami i sama odgrzewa sobie obiad (a podobno musi go biedna gotować całej rodzinie, bo nikt inny tego nie robi).
Podobno nic od nas nie dostaje, a telefon nadal nosi "przedwojenny". Faktycznie, ostatnio odmówiliśmy jej z mężem zakupu najnowszego iPhone. Czemu? Bo kompletnie się nie uczy. Warunkiem do zakupu nowego telefonu jest osiągnięcie przez nią średniej wyższej niż 3.5.
Obowiązków nie ma żadnych, poza posprzątaniem własnego pokoju i wystawieniem naczyń do zmywarki, gdy je pobrudzi. Czasami proszę ją też o wykonanie jakiejś drobnej czynności, ale cholera jasna, czy dzieci nie powinny mieć choć trochę obowiązków?
Najlepsze, czego się doczytałam, jest dopiero przed nami. Podobno X ma rodziców alkoholików. Przepraszam, że z mężem w piątkowe wieczory pijemy butelkę wina lub dajmy na to pół butelki whisky - taki nasz rytuał, kilka godzin z filmem tylko we dwoje, reszta weekendu to czas dla rodziny.
Porozmawiałam z mężem, po czym przeszliśmy do działania. Zabraliśmy jej telefon - to samo wypisywała koleżankom.
Co zrobiliśmy?
Zabraliśmy X telefon i wyciągnęliśmy od babci starą Nokię. Codziennie wracając do domu musiała odebrać ze szkoły rodzeństwo, ugotować obiad, odrobić z nimi lekcje. My wracaliśmy i może nie piliśmy, ale zachowywaliśmy się jak najgorsze szuje. Sprzątała cały dom, za wszystko dostawała kary, robiła każdą rzecz, którą opisała koleżankom lub na tej stronie. Jedynie jej nie biliśmy.
11 dni - dokładnie po takim czasie nas przeprosiła. Wszystko wróciło do normy, ale nadal nie odzyskała telefonu i laptopa i długo ich nie dostanie.
Dzieci czasami potrafią być naprawdę niewdzięczne.
Ta opowieść #tpLNM przypomniała mi w jakiej sytuacji znalazłem się pomagając biednym ludziom.
Miałem sąsiadów. Taka rodzinka 2+4. Często u nich bywałem, bo dzieliliśmy razem strych (stare budownictwo). Pamiętam, że synowie moich sąsiadów ciągle pytali kiedy obiad, kolacja albo czy mogą sobie wziąć suchego chleba. Przykro się tego słuchało. Któregoś dnia znów się musiałem przewinąć przez ich mieszkanie i usłyszałem, że chłopaki na obiad dostaną ziemniaki okraszone cebulą. Serce mi pękło, szybko pobiegłem do domu i przyniosłem dla dzieciaków 4 duże kotlety mielone i dałem je matce chłopaków. Poszedłem na strych, zrobiłem co miałem zrobić i wszedłem by oddać klucze. Moim oczom ukazał się taki obraz: tata ma na talerzu dwa moje kotlety, mama jednego, a chłopaki jednego na czterech. Serce pękło mi tego dnia po raz drugi.
Dziś jestem ojcem i często pytam po trzy razy gdy chcę zjeść np. ostatni owoc albo cukierka. Mam nienormowane godziny pracy i spóźniam się na obiad, ale nigdy nie zjadłem zanim nie zapytałem czy wszyscy jedli? Wszyscy normalni rodzice przede wszystkim dbają o zaspokojenie podstawowych potrzeb potomstwa, a tu takie coś. Zastanawiam się co kieruje takimi ludźmi i robią sobie dzieci na potęgę, a potem nie mają im co dać jeść?
Dziś to już są panowie nie chłopcy, ale często zastanawiam się co myślą o swoich rodzicach i dzieciństwie, i jak traktują swoje dzieci.
W piątek źle się poczułam i wyszłam wcześniej z pracy. Wróciłam do mieszkania, a tam z sypialni dochodzą jakieś jęki. Pierwsza myśl: mąż mnie zdradza. Byłam w błędzie.
To była moja 70-letnia teściowa. Oczywiście nie była sama. Zabawiała się w mojej sypialni z 55-letnią sąsiadką. Nie wiem, kto był w większym szoku, kiedy tam wparowałam. Mąż był jeszcze bardziej zdziwiony, kiedy jeszcze tego samego dnia, zupełnie bez okazji dostaliśmy od jego mamy nowy materac i pościel (takie małe zadośćuczynienie).
Szkoda tylko, że nie da się tego odzobaczyć... Z drugiej strony od teraz mam chyba najmilszą teściową na świecie.
Zerwałem z niepełnosprawną dziewczyną. Pewnie teraz większość pomyśli, że jestem draniem i w ogóle nie mam serca. Z M. poznaliśmy się rok temu na jednym z portali randkowych. Już po pierwszym spotkaniu z nią wiedziałem, że jest wyjątkową kobietą. M. jest zupełnie inna niż stereotypowy wizerunek osoby niepełnosprawnej: zawsze uśmiechnięta, do wszystkiego pozytywnie nastawiona, ciesząca się z błahostek dnia codziennego (np. dziś przeszłam przy chodziku 10 korytarzy, a nie 9 jak wczoraj).
Po kilkunastu spotkaniach i wielokrotnych zapewnieniach, że jej wózek nie jest dla mnie problemem, zdecydowaliśmy się być razem.
Na początku wszystko było cudownie. Wspólne wyjścia na spacery, do kina, na kawę i ciacho trzymanie się za ręce. Zachowywaliśmy się tak jak byśmy mieli po 16 lat, a nie prawie 30. Nawet spotkania z naszymi rodzicami, których tak się oboje baliśmy (co sobie mogą pomyśleć o M., albo co to za desperat bierze sobie na głowę taki ciężar) wypadły wspaniale. Zresztą moja mama z miejsca zaczęła traktować M. jakby już była jej synową. Jak nietrudno się domyślić sielanka nie mogła trwać długo, a jej końcem okazali się znajomi M., których poznała jeszcze przed swoją chorobą.
M. była od nich bardzo uzależniona i praktycznie zawsze przyjmowała ich decyzje. Kiedy proponowałem jakiś wyjazd na weekend we dwoje odpowiadała, że pewnie sobie z nią nie poradzę. Natomiast kiedy jej znajomi proponowali taki wyjazd, zawszę się zgadzała (nawet na wyjazd w styczniu w góry). Czułem się trochę pominięty, ale uważałem, że czasami dobrze jest od siebie odpocząć i spędzić z kimś innym czas. Jednak ostatnio coś we mnie pękło i nie uznałem, że dłużej nie może tak być.
Zaproponowałem jej wyjazd zagranice na wakacje na początku września. Powiedziałem, że możemy jechać z jej znajomymi. Zgodziła się, ale po tygodniu odwołaliśmy wyjazd, bo jej znajomy Jacek, będzie się bronił w połowie września i będzie się uczył, a później to już różnie z pogodą (Jacek oczywiście nie napisał pracy). Koniec końców pojechaliśmy na kilka dni na Mazury w sierpniu. W międzyczasie M. zdążyła odrzucić propozycje wspólnego wyjazdu do Pragi, bo za drogo.
Pewnie wszyscy się teraz zastanawiają czemu zerwałem z M. Zakończyliśmy swój związek ponieważ M. spędza właśnie teraz weekend w Pradze ze swoimi znajomymi - Jackiem i Agatą. A Ja już dłużej nie mogłem znieść takiego traktowania z jej strony.
Mam nadzieję, że uda jej się znaleźć kogoś, kto będzie w stanie zaakceptować Ją w całości taką jaką jest. Ja nie byłem w stanie znieść jej towarzyszy, pomimo kilkunastu prób...
Pracuję w korpo.
Ostatnio przenieśliśmy się do super-zajebiście-nowoczesnego biurowca, gdzie wszystko jest na kody, karty i odciski palca.
W dwóch kuchniach poza wielkimi stołami mamy dwie zmywarki, dwie lodówki, czajniki, ekspresy do kawy i inne bajery. W kiblach natomiast pachnie gumą balonową, w każdej kabinie psikacz na wypadek śmierdzącej dwójki i delikatny papier.
Ostatnio miałam na ranną zmianę, na 6. Na tą godzinę praktycznie nikogo nie ma, a jak już jest, to jedna osoba i nawet nie musi być z mojej lokalizacji.
Z rana oczywiście obowiązkowo kawka, jeszcze zdążę na fajkę na dół i można siedzieć do 8 i oglądać serial, bo nikt nie zawraca dupy.
I tak sobie siedziałam do tej 7, kawę wypiłam, zjadłam śniadanie i powkładałam naczynia z dnia poprzedniego do zmywarki nastawiając ją. Nagle poczułam zew (fajki i kawka zadziałały) więc udałam się do łazienki. Siedziałam sobie może ze 20 min, chce spłukać wodę i stało się. Zapchałam. W tym momencie zapach gumy balonowej, psikacze i inne bajery przegrały z potrzebą postawienia w tych przeklętych kiblach zwykłej szczotki/przepychaczki. Wynalazłam jakiś długi drut i udało mi się uporać z problemem, spuściłam wodę i poszłam do biurka.
Chwilę po 8, kiedy pojawiły się pierwsze osoby, zgasły wszystkie komputery, odcięło prąd. Lekka panika połączona ze szczęściem, ale szukamy problemu, ktoś dzwoni do ciecia z dołu. Okazało się, że rura w kiblu po prostu pękła zalewając... serwerownię, wszystkie kable itp. Nie włączyli też awaryjnego zasilania. Nie mam pojęcia kto wymyślił aby koło łazienek, ściana w ścianę zrobić serwerownię, ale stało się. Czekaliśmy ponad 2h aż uporali się z problemem. Wychodząc z pracy o 14 wylała zmywarka, którą nastawiałam pierwszy raz o 7, i która to mieści się w kuchni, ściana w ścianę z serwerownią.
To był dobry dzień.
Jakieś siedem lat temu, gdy byłam w gimnazjum, miałam nadwagę. Rodzice po rozwodzie, chyba zajadałam stres. Nikt nie widział w tym nic złego, że dziecko wraca do domu i codziennie je chipsy, obiad w domu, obiad u babci i dopycha słodyczami. Moja matka zamiast ograniczyć mi jedzenie, wytłumaczyć, że to niezdrowe, zabrać do dietetyka, to biła mnie po głowie, wyzywała od grubasów i krzyczała, że jestem spasioną świnią, bo nie może mi kupić spodni odpowiednio krótkich i szerokich w sklepie, w którym pracowała, a rozmiarówka była tam typowo S-M.
70 kg przy wzroście 160 cm to faktycznie dużo, ale dlaczego zamiast kupować mi rzeczy na działach dla dorosłych, nadal chciała mnie ubierać na dziecięcym i miała o to do mnie problem? Nie wiem.
Jednocześnie był to czas dorastania, pryszcze, przetłuszczone włosy, norma dla nastolatka. Zamiast kupić coś w aptece, kupowała mi najtańsze dezodoranty z marketów. Używałam ich, bo sama widziałam, a raczej czułam problem, ale co z tego, jak nic nie dawały? Nasłuchałam się tylko, że śmierdzę kocim szczochem i się nie myję.
Nie zliczę ile razy wracaliśmy autem od jej koleżanki wieczorem, a ona kierowała pijana. Co najmniej raz na tydzień zbierałam ją pijaną i nieprzytomną to z podłogi, to z kanapy, ścieliłam jej łóżko, ubierałam w piżamę i kładłam spać.
Z dnia na dzień poznała jakiegoś faceta i pojechała za granicę "na tydzień" siedem lat temu. Od tamtej pory jej nie widziałam. Wiem tylko, że ma teraz chyba dwoje dzieci z tamtym gościem i nie odzywa się do nikogo z Polski.
Została mi babcia, której jestem bardzo wdzięczna za pomoc. Jednocześnie dostawałam niewielkie alimenty od taty, dzięki którym mogłam sama kupić sobie jedzenie i kosmetyki. Zderzenie z rzeczywistością było bolesne ale cudowne. W końcu miałam dezodorant, który nie piecze, a pomaga. Nagle nie miałam problemu z kupieniem sobie spodni. W końcu sobie uświadomiłam, że to nie ze mną był problem, że nie jestem śmierdzącym grubasem, tylko mogę być fajnym, zadbanym człowiekiem.
Jej wyjazd, to było najlepsze co mnie spotkało. Pomijając opiekę społeczną, która chciała mnie na siłę zabrać do ojca, gdzie wolałam zostać z babcią, bo nie uśmiechało mi się życie z jego nową rodziną i macochą, która mnie otwarcie nie lubiła. Zostało mi mieszkanie, ułożenie sobie życia i nieopłacone kredyty z prowidentów i innych bocianów.
Wykopałam się sama z morza kompleksów i samooceny na poziomie mułu i wodorostów. Z depresji, której nie pomógł psycholog mówiący "uśmiechaj się więcej". Wiem, że nie każdy ma tyle siły by podnieś się samemu, ale warto, cholera, czasem wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast płakać, jak ja robiłam dwa pierwsze lata bez niej. Będę starała się o zrzeczenie się matki, byleby nie objąć jej długów.
Jedyne co mi zostało to sny, że ona wraca. Mało co stresuje mnie tak bardzo.
Historii o molestowaniu jest pełno, ale tak mało ludzi cokolwiek z tym robi...
Jak miałam z 9 lat, kolega starszego brata, a zarazem sąsiad, lubił przychodzi do salonu, wkładać mi ręce w majtki, ocierać się o mnie i dyszeć mi w kark. Rodzice pracowali do późna i zawsze jak to się działo nie było ich. Miało to miejsce parę razy, później przestał. Nie wiem, czy mój brat o tym wiedział.
Zaczęłam się tego kolegi brata bać, spuszczałam głowę, gdy był w pobliżu, udawałam, że go nie widzę. Nie witałam się z nim, mimo iż rodzice mnie upominali, że powinnam. Przerażało mnie, że mogłabym zostać z nim sam na sam.
Powiedziałam nawet o tym cioci. Siostrze swojej mamy. Pamiętam jak dziś. Coś mnie wtedy tknęło, nie wiem dlaczego. Podeszłam nieśmiało do cioci i wybąkałam, że on wkłada mi ręce w majtki. W odpowiedzi usłyszałam tylko "Weź nie zmyślaj."
Jak miałam 14 lat opowiedziałam to swojej "przyjaciółce". Usłyszałam "To ohydne, ale w sumie on ci nic takiego nie zrobił, przecież cię nie zgwałcił".
Na studia wyjechałam na drugi koniec Polski, zamieszkałam z chłopakiem. Do domu przyjeżdżam 2-3 razy w roku, zawsze na krótko. Udawało mi się i od paru lat nie widziałam kolegi swojego brata.
Dowiedziałam się, że brat zaprosił go na swoje wesele. Mam ochotę na nie nie przyjść.
Teraz jako dorosła dziewczyna rozumiem, że to nie była moja wina. To była wina jego, moich rodziców i szkoły, bo nikt mi nigdy nie powiedział, że jeśli ktoś mnie dotyka, to jest to złe i nie powinnam tego chować w tajemnicy.
Zaczęło się niewinnie: kupiliśmy mieszkanie w małym bloku, na 1 piętrze. Nad nami sąsiedzi. Zrobiliśmy remont, wprowadziliśmy się.
Mieszkająca nad nami rodzina - małżeństwo z dwójką małych dzieci - zaczęła „dawać nam popalić”. O 6 rano w weekendy i od 7 rano w tygodniu łomot, biegające dzieci, tupiący do późnej nocy sąsiedzi, piski i krzyki dzieci, upuszczane zabawki, szuranie krzesłami. Nie szło spać, nie szło poczytać w ciszy książki, nie słychać co mówią w TV, jeden wielki łomot i huk. Nie przesadzam - gdy tylko ktoś nas odwiedzał i u nas nocował, porankiem pierwsze co słyszeliśmy, to było: „współczuję Wam”.
Poszliśmy do sąsiadów pierwszy raz - opisaliśmy na spokojnie sytuacje - powiedzieli: ok, rzucimy jakiś dywanik. I nic się nie zmieniło. Po jakimś czasie życia w łomocie poszliśmy drugi raz, potem trzeci. Moja frustracja rosła, bo nie szło się wyspać, a dochodziliśmy do paranoi, że musiałam wyjechać do hotelu na weekend, żeby zażyć trochę snu.
Mieszkaliśmy wcześniej w wielu mieszkaniach, w nowym i starym budownictwie i nigdy nie było tak głośno. Nigdy nie było tak słychać sąsiadów, nigdy nie było to tak uciążliwie.
W międzyczasie wzięliśmy ślub. Zaszłam w ciążę. W 7 miesiącu ciąży poszłam na zwolnienie, lekarz kazał dużo leżeć i odpoczywać, wiec całe dnie spędzałam w domu. W huku. Płakałam codziennie, pisałam do sąsiadów, prosiłam, błagałam. W końcu poszłam tam, któregoś dnia o 7 rano płacząc, BŁAGAŁAM, by chociaż dali rano spać, żeby dzieci rano nie biegały. Wyzwali mnie od wariatek.
Prosiłam, żeby może położyli coś na podłogę. Sąsiedzi powiedzieli, że dywanów nie położą (ponoć to pomaga, bo nie pozwala się fali dźwiękowej rozejść), bo im się nie podobają, bo mieszkanie zaprojektowane przez architekta...
W końcu postanowiliśmy: wyciszymy sufity. Wydaliśmy na to wszystkie oszczędności. Profesjonalna firma od wyciszeń, dwie maty wyciszające, pianka wyciszająca, specjalne panele akustyczne... wiele czytania o rozchodzeniu się dźwięku. Ogromna nadzieja.
Po remoncie sufitów wróciliśmy do mieszkania. Wyciszenie prawie nic nie dało.
Rodzę za tydzień. Nie mamy możliwości wyprowadzić się teraz z mieszkania. Ciągle słyszę łomot kroków sąsiadów (sąsiadka też w ciąży i też cały dzień w domu, łazi i tupie tak, że nie da się tego wytrzymać), nie da się tak żyć. A muszę. Płaczę codziennie. Z bezsilności. Z bólu serca, że "nasze miejsce na ziemi" okazało się miejscem, gdzie jestem torturowana. Codziennie.
W ciągu dnia, żeby nie zwariować chodzę w zatyczkach do uszu i słuchawkach wyciszających. Śpię po 4-5, max. 6h dziennie, więcej się nie da, bo sąsiedzi tupią po nocy, a ich dzieci budzą się rano.
Nie wiem jak zareaguje nasz niemowlak, jak się już urodzi. Jestem załamana.
Dałem się namówić miłej pani w kasie na kupno losu na loterię. Zapłaciłem, zeskanowała go i wtedy BANG! Wyskoczyło, że wygrałem główną nagrodę! Z radości zrobiłem gest jak Freddy Mercury i krzyknąłem "yeaaaaaahhhhh"!
W trakcie dalszej części tego triumfalnego tańca kasjerka uświadomiła mi, że główną wygraną był zwykły toster.
Dodaj anonimowe wyznanie