Moi rodzice wychowywali mnie w przekonaniu, że słodycze i fast foody to samo zło. Trochę to rozumiem - moi dziadkowie od strony mamy zmarli na zaawansowaną cukrzycę, sporo osób w rodzinie jest otyła. Byłam na tyle sprawnie "wytresowana", że nawet będąc ze znajomymi odmawiałam wszelkiego rodzaju "śmieciowego" jedzenia.
Od miesiąca mieszkam sama - wyprowadziłam się do innego miasta na studia i....codziennie stołowałam się w fast foodach - McDonalds, KFC, kebaby. Do tego tona słodyczy, właściwie jadłam je jak opętana.
Aż do wczoraj.
Spędziłam niemalże cały dzień w łazience, bo mój organizm się chyba w końcu zbuntował. Kiedy piszę to wyznanie, to właśnie dostaję maila potwierdzającego wizytę u psychologa, bo czuję, że sama sobie z tym nie poradzę.
Dwa tygodnie. Nie wiem jak to wytrzymam.
Rodzicom nic nie powiem, zwyczajnie się boję. Może kiedyś. Ale nie teraz.
Nasze miasteczko jest małe, prawie wszyscy znają wszystkich. Spotkałam ostatnio koleżankę (Kaśkę) z czasów liceum. Tak od słowa do słowa, wymieniłyśmy się wiadomościami jak nam się żyje.
Nagle Kaśka wypaliła: "a wiesz, że Anka, ta z równoległej klasy, popadła w taki alkoholizm, że zbiera butelki, puszki i przekazuje je do skupu, żeby tylko mieć kasę na flaszkę? Potem szlaja się z jakimiś menelami, nigdzie nie pracuje i na dodatek ostatnio mąż ją zostawił. Brud, smród i ubóstwo u niej".
Przyznaję, że stałam jak wryta przez chwilę i aż gorąco mi się z nerwów zrobiło.
Tak się składa, że ja i moja rodzina jesteśmy w bliskich relacjach z Anią. Zresztą mieszka niedaleko nas i często gadamy spotykając się na kawie u niej albo u mnie. Nigdy w jej domu nie widziałam sytuacji, która wskazywałaby na problemy alkoholowe czy rodzinne. Szczęśliwa żona i matka, więc skąd takie plotki? Ano wszystko przez fakt, że Ania miała od jakiegoś czasu pewne hobby...
Musiałam uświadomić koleżance z klasy, że Anka zbiera śmieci, butelki, tekturę i ogólnie wszystko, co można poddać recyklingowi i przekazuje to do punktu zbiórki. Co jakiś czas wydaje też sporo kasy na ogromne worki na śmieci. Wszystko dlatego, że przyłączyła się do grona bojowników o czyste środowisko. Taka lokalna inicjatywa.
Worki są czasem na tyle ciężkie, że prosi o pomoc bezdomnych, aby pomogli jej zanieść wszystko do punktu. W zależności od tego co chcą w zamian za pomoc, daje im czasem parę złotych albo po prostu flaszkę. Co do życia rodzinnego, to jej mąż często jest w rozjazdach, ale na pewno nikt nikogo nie rzucił.
Cóż, koleżanka z klasy wyglądała na rozczarowaną... Nie było sensacji, jaką starała się rozdmuchać.
Kiedyś na koncercie w mojej rodzinnej miejscowości udało mi się złapać pałeczkę perkusisty pewnego polskiego, niegdyś znanego zespołu.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że stanie się moim ulubionym przedmiotem jeśli chodzi o dogadzanie sobie...
Czytałam ostatnio wyznanie dziewczyny, która zakochała się w chłopaku, który próbował ją zgwałcić (#iAnnW). Pojawiły się oskarżenia, że wyznanie jest zmyślone. Nie wiem, jaka jest prawda. Jednak taka sytuacja jest możliwa. Moja historia jest zupełnie inna od tamtego wyznania, ale ma wspólny mianownik - więź emocjonalną z oprawcą.
Klasa maturalna. Byłam w mojej klasie czarną owcą, nikt mnie nie lubił. Nienawidziłam tych ludzi. Dokuczali mi, chciało mi się płakać przez tą szkołę. Do naszej szkoły dołączył nowy nauczyciel. Taki starszy pan. Ten nauczyciel martwił się o mnie, dużo ze sobą rozmawialiśmy na przerwach. Nie czułam się samotna. Kiedyś zaprosił mnie do siebie, żeby tak pogadać, pokazać mi jego książki. Mimo różnicy wieku lubiłam z nim rozmawiać. Rozmawiamy, a on nagle zaczął się do mnie przystawiać, odpychałam go, ale był nachalny. Nie chciał mnie puścić do domu. Rozbierał mnie. Mówiłam "nie", ale nie wyrywałam się, nie krzyczałam. Nie wiedziałam jak się zachować. Jak już leżałam i chciał we mnie wejść... to próbowałam ostatnimi siłami go odepchnąć nogami, wciąż w głowie mi brzmią jego słowa "nie odpychaj mnie", potem się poddałam.
Nie poszłam tego zgłosić, nikomu nie powiedziałam. Najlepsze jest to, że sama czułam się winna, moje myśli to: "...mogłam bardziej odmówić...", "...może go sprowokowałam...", "...mogłam nie iść na to spotkanie...", "...mogłam krzyczeć..." i tak w kółko. Ale to nie jest najgorsze. Doskonale wiedziałam, że ten człowiek to świnia, a mimo to ciągnęło mnie do niego. Nie zakochałam się, to była jakby taka sympatia. Czułam desperację, że w tej szkole mam tylko jego. Także do matury uczył mnie mój gwałciciel, z którym czasami gadałam i pisałam SMS-ki jakby nigdy nic.
Miałam czasem takie przebłyski, że czemu ja właściwie jestem dla niego miła, czemu gadam z nim, że on mnie skrzywdził, ale potem i tak to wracało uzależnienie od tego. W końcu sama się ogarnęłam, urwałam tą znajomość. Zdałam maturę, poszłam na studia (teraz już je skończyłam) i zaczęłam nowe życie. A ta okropna szkoła i wydarzenia są już tylko moim wspomnieniem. Do tej pory nikomu o tym nie mówiłam, bo boję się, że ktoś by mnie skrytykował, że to moja wina i sama nie jestem pewna czy to nie stało się przeze mnie. Sama poradziłam sobie z tą traumą. Studia może były taką moją terapią, bo poznałam tam ludzi, którzy są moimi przyjaciółmi do dziś, a mam już 26 lat. I w końcu nie czułam się samotna.
To był związek na odległość. Po liceum pojechał studiować na drugi koniec Polski, nie mieliśmy czasu się często widywać ze względu na moje i jego wymagające studia oraz dystans. Było nam ciężko, no i tak to przetrwało 4 miesiące.
Wow, to i tak całkiem długo, zanim się wydało, że to nie studia na drugim końcu kraju, tylko seminarium duchowe uniemożliwia nam częste spotkania.
Chyba jestem molestowana w pracy...
Niedawno rozpoczęłam swoją pierwszą pracę. Z początku obawiałam się, że starsi pracownicy będą traktować mnie z wyższością, wysługiwać się mną i gardzić ze względu na mój bardzo młody wiek, ale okazało się, że wszyscy są w stosunku do mnie bardzo mili i "opiekuńczy". Jednak jedna osoba chyba aż za bardzo.
A. jest już po trzydziestce, z tego co mi wiadomo (lub się domyślam) nie ma męża ani dzieci, lubi się żalić, że ludzie wykorzystują jej dobroć, więc nie ma już żadnych przyjaciół i nikomu nie ufa, a poza tym i tak (według niej) nikt jej nie znosi bo ma specyficzny charakter, no ale skoro sama mówi, że jest dziwna to przecież to żaden problem i nie musi jakoś tego hamować, nie?
Ja za to z natury jestem bardzo miła i wrażliwa na innych, zawsze staram się wysłuchać i zrozumieć innych. No i w tym tkwi mój problem. A. ubzdurała sobie chyba, że ją jako jedyna naprawdę lubię i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie sposób w jaki wyraża swoją "przyjacielską" sympatię (przyjacielską, gdyż jak twierdzi nienawidzi homo, bo przyjaźniła się z gejami i ją tam oszukali czy coś). Otóż ciągle mnie komplementuje, nazywa mnie słoneczkiem, kwiatuszkiem itp., jak dostajemy razem zadanie do wykonania to aż skacze z radości, patrzy się na mnie jak pracuję i mówi, że musi się nasycić (??), wysyła mi buziaczki w powietrzu, raz nawet jak stałam obok niej to mnie powąchała (!!), pochwaliła, że ładnie pachnę i oznajmiła, że ma taki fetysz (choć jakoś inaczej to nazwała). Ostatnio zagrodziła mi drogę i otwarła ręce do uścisku, ja stałam jak słup i myślałam jak ją ominąć gdy podeszła do mnie i bez pytania mnie przytuliła (a strasznie nie lubię się przytulać z byle kim, nawet na powitanie), dodając jeszcze, żebym nie była taka nieśmiała...
Czuję obrzydzenie i niechęć oraz niesamowitą ulgę, gdy okazuje się, że mamy inne zmiany. Nawet moje koleżanki, gdy zobaczyły jej zachowanie wobec mnie, stwierdziły, że to chore. A ja boję się co będzie dalej.
Nie zgłoszę jej u kierownika, bo najwyżej on z nią pogada, a potem ja dalej będę musiała z nią pracować, a nie wiem, czy nie będzie chciała się jakoś "zemścić", no i ja już przestanę być tą "miłą, grzeczną dziewczynką, którą wszyscy lubią".
Pomocy!!
Mój kumpel miał śliczną, rozrywkową i jak wtedy myślałem, pracowita dziewczynę. Często nie było jej w domu, bo jako stewardesa latała na różne kontynenty, ale zawsze wracała z dużą ilością gotówki i mówiła, że ta praca ją uszczęśliwia. On ze swojej nie wyciągał zbyt wiele, dlatego to ona ufundowała im wakacje, kupiła sobie auto za kilkadziesiąt tysięcy, było ja stać na luksusowe ubrania, kosmetyki, nawet jakieś tam zabiegi chirurgiczne na twarzy. Nie zrezygnowała z pracowitości nawet w zaawansowanej ciąży i mimo, że nie była już stewardesą, pomagała koleżance rozkręcić sklep z ubraniami, innej koleżance biuro architektoniczne i też rzadko bywała w domu.
Pewnego dnia na popularnej stronie z filmami dla dorosłych trochę mnie poniosło i odpaliłem sobie filmik o BDSM lesbijek, karmieniu mlekiem, chodzeniu w pieluchach. Po chwili zobaczyłem ją tam i nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Nie była stewardesą, tylko aktorka porno. Miała mocny makijaż, ale nie na tyle żebym jej nie rozpoznał. Zadzwoniłem do kumpla, bo musiałem mu to pokazać. Też był w szoku, najpierw się śmiał, potem histeryzował. Niektóre sceny tam były naprawdę ostre, ale obejrzał wszystko do końca. Gdy wróciła do domu, pokazał jej ten film i jeszcze kilka innych. Kazał jej się wynosić. Płakała, ale gdy zobaczyła, że jest niewzruszony, spakowała walizki, a wychodząc rzuciła, że zaszła w ciążę na potrzeby tej branży, a dziecko jest jej kolegi po fachu. Takiego obrotu spraw nigdy bym się nie spodziewał.
Moja córka ma 3 lata. Już krótko po drugich urodzinach bała się jednego kąta w domu bo twierdziła, że tam jest "woch". Mówiła, że się do niej śmieje, a kuku robi. Czasem biegła i kazała mu przestać patrzeć. Łapałam ją wtedy na rękę i wyganiałyśmy tego wocha razem. Minęło.
Ostatnio obudziła się w nocy, popatrzyła na pokój i zaczęła płakać oraz mówić, że nie chce tu spać tylko w innym pokoju, bo się boi. Pytamy o co chodzi, to usłyszeliśmy, że w pokoju ludzie latają pod sufitem. Mimo, że obydwoje nie wierzymy w duchy, to nagle wszystkie głupawe horrory stały się w mojej wyobraźni dokumentalnymi... Ciekawe co przyniosą kolejne noce :)
Zawsze myślałam, że nigdy nic tutaj nie napiszę. Aczkolwiek się myliłam, ponieważ ostatnio sama jestem na skraju wyczerpania, i nie, nie mam z kim o tym porozmawiać, bo ostatnio się przekonuję, że nie wszystkim można ufać.
A więc o co chodzi?
Może cofnę się kilka lat wstecz.
Gdy moja mama poszła do pracy, miałam 11 lat. Musiała zacząć pracę, bo w domu była ciężka sytuacja finansowa. Chodziłam wtedy do 4 klasy podstawowej.
Na samym początku mama prosiła mnie o niewielkie rzeczy, jako że pracowała jako sprzątaczka to wiadomo, że nie miała już takich sił aby robić to w domu. Chciałam jej naprawdę pomóc, bo bardzo ją kocham i szanuję.
Mama z czasem zaczęła mi dodawać coraz więcej obowiązków :/ Doszło do tego, że jako już 12-latka musiałam ogarniać cały dom. DOSŁOWNIE!
Jako mała dziewczynka gotowałam obiad dla całej rodziny, sprzątałam i zajmowałam się młodszym bratem. Gdy przychodzili do nas goście, mama i tata siedzieli sobie i to ja musiałam robić wszystkim kawę czy herbatę i kroić ciasto, a jak nie chciałam to mama rzucała we mnie dziwnymi spojrzeniami.
I teraz właśnie...
O co chodzi?
Chodzi o to, że od dziecka zajmowałam się całym domem (po części się ciesze, bo już jestem przygotowana do tego, żeby założyć w przyszłości swoją rodzinę) i jak nie miałam siły, żeby posprzątać czy ugotować, to miałam kary i mama bardzo na mnie krzyczała, jak się stawiałam to potrafiła palnąć tekst w stylu "zamknij mordę, bo się zaraz cała krwią zalejesz". Pamiętam jak bawiłam się z dziewczynami na dworze (mając może z 13 lat), zawołała mnie do domu i kazała mi zmywać naczynia, bo jej się po prostu nie chciało.
I tak jest do teraz.
Teraz mam 18 lat i nadal się uczę, więc muszę z nimi mieszkać. Tylko, że teraz już nie jest jak wcześniej. Musze sprzątać, gotować, ogarniać psa, robić pranie, szykować młodszego brata do szkoły, robić zakupy i odwalam wszystkie obowiązki za moją matkę...
Tata jak i w dzieciństwie tak i teraz ma problemy z alkoholem...
I niektórzy na pewno wiedzą jak to jest mieć alkoholika w domu, więc nie muszę tu dużo pisać...
O co w tym wyznaniu chodzi?
Na pewno nie o to, żeby oczernić rodziców, bo to wcale nie sprawi, że poczuję się lepiej. Chodzi o to, że jeśli czyta to jakiś rodzic, to chciałabym żeby bardziej zwracał uwagę na to co robi ze swoim dzieckiem. Dziecko to nie jest obiekt do robienia wszystkiego za "was". Dziecko to osoba, która powinna czuć w domu miłość i powinna się w domu czuć bezpieczne. I przede wszystkim rozmawiajcie ze swoimi dziećmi. Nawet nie wiecie ile rzeczy chciałyby wam powiedzieć, ale nie macie dla nich po prostu czasu :/
I nie róbcie im tej krzywdy, jaką zrobili mi moi rodzice. Przez to wszystko co przeszłam może i stałam się bardziej dojrzalsza, ale oddałabym wszystko, żeby czuć się tutaj kochana i bezpieczna, a nie jak kucharka i sprzątaczka...
Chciałabym Wam opowiedzieć o tym, co przytrafiło mi się dzisiaj, może komuś ta historia też kiedyś pomoże. (Historia opisana w dużym skrócie).
Wracałam z pracy i szłam odebrać dziecko z przedszkola, kiedy zaczepiła mnie starsza kobieta pytając o drogę. Kompletnie nie znałam ulicy, o którą pytała, więc szybko wklepałam podany adres w Google i okazało się, że taka ulica w moim mieście nie istnieje. Kobieta zaczęła opowiadać, że idzie odwiedzić znajomych i że ta ulica musi istnieć.
Zwróciłam uwagę na jej ubiór - kompletnie nieadekwatny do pogody. Letnie buty i lekki płaszczyk, a na dworze zimno i wietrznie.
Zaczęłam z tą kobietą rozmawiać, spokojnie i uprzejmie, a ona zaczęła co chwilę zmieniać wersję, zdanie, nie potrafiła sobie przypomnieć jak się nazywa i ile ma lat.
Zgłupiałam. Serio zgłupiałam. Przedszkole mieli za chwilę zamknąć, dziecko na mnie czeka, a miałam obok siebie totalnie zagubioną staruszkę. Szybko zadzwoniłam do znajomej, żeby skoczyła odebrać mojego syna, potem telefon na 112. Pani w dyspozytorni była bardzo uprzejma, pomogła mi ogarnąć myśli i poprosiła, abym poczekała na patrol. Starsza pani była pewna, że rozmawiam z jakąś Krystyną.
Kiedy czekałam na policję, starsza pani przypomniała sobie swoje imię, przypomniała sobie, że ma syna. Jednak na inne pytania odpowiadała w sposób totalnie losowy, czasem nawet powtarzając moje słowa. Przypomniała sobie o jakimś Bogdanie i zaczęła być nerwowa, wtedy zaczęłam gadać o moim dziecku. Serio, to było pierwsze co mi przyszło na myśl, żeby ją uspokoić. Następnie pani sobie przypomniała o tym, że ma telefon i leki "które dostała od lekarza, ale nie jest chora, a telefon nie działa". Poprosiłam ją, aby pokazała mi telefon, był po prostu wyłączony.
W tym samym momencie przyjechał patrol. Telefon przekazałam policjantce, a policjantowi wytłumaczyłam sytuację.
Okazało się że, starsza pani uciekła ze szpitala i jakimś cudem dostała się w okolice, które kojarzyła.
Na szczęście nie zgubiła torebki, a dzięki opasce na ręce udało się szybko zidentyfikować szpital i oddział, na którym powinna być.
Wiem, że nie lubicie morałów, ale tutaj jeden będzie. Minęło nas setki ludzi, nie wiadomo ile osób wcześniej tamta pani zaczepiła pytając o drogę. Robi się zimno. Reagujmy, kiedy widzimy, że coś jest nie tak. Nie czuję się bohaterką. Wiem, że nie ja jedna postąpiłabym w ten sposób, jednak wiem też, że ludzie nie chcą/boją się czasem podejść i zapytać o to, czy ktoś potrzebuje pomocy, sama w pewnym momencie się bałam i stresowałam. A ktoś tej pomocy może potrzebować. Starsza pani powiedziała mi podczas rozmowy, że ona wszystko wie i pomocy nie potrzebuje, jednak zrobiłam to, co uważałam za słuszne.
Dodaj anonimowe wyznanie