#hJBh6

Razem z mężem kochamy przyrodę. Dlatego też od lat mieszkamy w drewnianym domu pod lasem (a w zasadzie w lesie) w niewielkiej miejscowości w Czechach. Dla nas to jak raj, nie ma nic piękniejszego niż spacer o świcie po łące czy piknik z mężem i synem na polanie otoczonej drzewami. Zawsze uważaliśmy, że jesteśmy tu o wiele bezpieczniejsi niż mieszkając w mieście. W zasadzie najbliższego sąsiada mamy aż 2 km dalej, wiec można powiedzieć, że jesteśmy tu całkiem sami. Znikoma szansa, aby ktoś nas okradł czy napadł itp.. Jednak wszystko się zmieniło jakiś czas temu.

Mąż wyszedł na grzyby i przy okazji znalazł nagie ciało kobiety. Wydarzenie traumatyczne. Policja szybko się tym zajęła i sprawa chyba nadal jest w toku. Za wiele nam nie powiedziano. W każdym razie nie wiemy kto to zrobił, ale doprowadziło do tego, że czujemy się nieswojo w naszym dotychczasowym raju. Zaczęłam bardziej pilnować syna, mąż stwierdził, że na grzyby więcej nie pójdzie i można powiedzieć, że przebywanie tutaj jest bardzo nieprzyjemne. Morderca jest niezłapany, więc może się okazać nawet naszym sąsiadem. Albo co gorsza, też mieszka gdzieś w lesie. Nawet można by się tego spodziewać, bo w tym regionie domki w lesie są popularne. Dlatego też po raz pierwszy rozważamy powrót do miasta. A nawet jeśli znajdą mordercę, to życie tutaj ze świadomością, że coś takiego się tu wydarzyło, jest dosyć nieprzyjemne.

#gDlqY

Rzecz działa się, kiedy miałam 10 lat. Wówczas jeździłam na różnego rodzaju kolonie. To był pierwszy mów wyjazd nad morze. Wielka ekscytacja i radość zostały przykryte przez mój stres i bardzo słaby żołądek. Przez całą drogę bardzo chciało mi się dwójeczkę. Co chwilę prosiłam o postój. Pani zrozumiała, że chyba mam biegunkę i gdy w końcu się zatrzymaliśmy ja już miałam brudne majtki, spodenki i ogólnie smród. Nikt nawet nie powiedział mi, że coś jest nie tak.

Sama doprowadziłam się na tyle, na ile dziesięciolatka mogła w publicznej toalecie w restauracji. Nie zauważyłam plamy na spodniach. Były takie typowe jeansy, grube i sztywne, ale bardzo wygodne. Dopiero wieczorem koleżanki w pokoju mi powiedziały, że mam "plamę na d***e jakbym się zesrała w gacie". Od tamtego momentu mam swego rodzaju traumę i mimo iż zawsze zdążam do toalety w każdej sprawie, to jednak mam przy sobie chusteczki nawilżane lub papier nawilżany. W ten sposób ZAWSZE jeśli nie ma chociażby umywalki przy kibelku, muszę się doprowadzić do porządku, jakbym nawet bąka nie puściła. Aktualnie mam 18 lat i lęk przed publicznymi toaletami.

#BVRj6

Zachorowałam na ciężkie zapalenie oskrzeli. Nie byłam w stanie wstać z łóżka. Lekarz pogratulował mi zaniedbania się w takim stopniu przy astmie.

Powiadomiłam szefową o tym, że mnie nie będzie. (Moje 1 L4 w życiu/wolne, ze względu na chorobę). Pracowałam wtedy na umowę zlecenie. Życzyła mi powrotu do zdrowia itp.

Za dwa dni dzwoni o 7:00 i prosi żebym przyszła, bo dwa dni to dużo na wyleczenie "PRZEZIĘBIENIA". Po krótkiej wymienię zdań (gdzie ja raczej skrzeczałam i dusiłam każdym słowem) okazało się, że koleżance dała wolne, bo ma poważny problem. Pytam jaki. Ona na to, że jej pies jest chory i nie może zostać w domu sam, bo się stresuje i nie może się bez pomocy załatwić, a ja na pewno wyolbrzymiam chorobę.
Rzuciłam pracę przez telefon.
I złożyłam skargę na kierowniczkę.
Najlepsze, że dzisiaj zobaczyłam mem o podobnej sytuacji. - mem. Moje życie opisuje żenujący mem :)

Ps. Koleżanka musiała zostawić psa w domu, nic mu się nie stało, ale obgadała mnie tak, że jak przyjechałam po swoje rzeczy każdy patrzył na mnie jak na wyrodna matkę. Wiecie czemu psu się nic nie stało? Bo miała kaca i tylko dlatego nie była w stanie przyjść... Dowiedziałam się od jej chłopaka, który pracuje z moim bratem..

#Z5I9L

Na wstępie: mam dużo starszego brata, który zdążył dorobić się potomka gdy ja miałam zaledwie 16 lat. Bratanek urodził się tego samego dnia co ja.

Komu bym o tym nie powiedziała, to wszyscy uważają to za rzecz wręcz świetną, bardzo fajną. Tymczasem ja uważam to za coś okropnego.

Oczywiście żadne moje urodziny nie wyglądały już tak samo. Nie raz bywało tak, że trzeba było je spędzać wspólnie z rodziną brata "bo D ma też urodziny". Nawet osiemnastkę musiałam przesuwać w czasie, właśnie ze względu na urodziny bratanka. Do teraz mam straszny żal do mamy, która na to naciskała.

Obecnie mam 23 lata, mieszkam z rodzicami, gdyż nadal mam na głowie uczelnię (ale spokojnie, chcę się wynieść od razu jak będę mogła).

Osiemnastkę, dwudziestkę i oczko wyprawiałam poza domem, mimo że mieszkamy na wsi i mam teoretycznie gdzie wyprawiać. Wspólny tort to standard od kilku lat. Ba! Jeśli idealnie urodziny wypadały w weekend, to dostawałam prezent wcześniej, by jak przyjedzie bratanek dać mu też coś od siebie. Nie rozumiem czemu mówią dzieciakowi, że mamy tego samego dnia urodziny, jeśli praktycznie obchodzi je tylko on? Ani razu przy bratanku nie dostawałam prezentu urodzinowego, i w tym wypadku nie chodzi o zazdrość tylko jest to po prostu dziwne.

Może to głupi problem, ale męczy mnie to już latami i będzie pewnie do końca życia, pod warunkiem że utrzymam kontakt z bratem. Do samego brata nic nie mam, ale boli mnie, że od wielu lat w dzień urodzin schodzę na drugi plan. Przez to mam niechęć do bratanka, staram się jak najmniej mieć z nim do czynienia. Gdy brat przyjeżdża w odwiedziny - zamykam się u siebie, zawsze z jakąś wymówką.

Nigdy nie myślałam, że będę nie lubić swoich urodzin. Jednak teraz D wchodzi w wiek 'zasypywania prezentami' i organizowania małych przyjęć. A ja? Chciałabym chociaż raz wyprawić w domu urodziny w tym tygodniu, w którym one faktycznie wypadają... Ale cóż, taka stara baba jak ja nie powinna się już skarżyć.

#F8jJO

Mam terminalnego raka trzustki. Już pogodziłam się z tym, że za miesiąc mnie nie będzie. Nawet trochę się cieszę, że ból się skończy, a jeśli coś jest po drugiej stronie, może spotkam męża, który sześć lat temu zginął w wypadku. Dzieci nie mieliśmy. Naszego psa musiałam uśpić rok temu.

Z rodziną nigdy nie byłam blisko. Rodzice od dawna nie żyją, mam dwanaście lat starszą siostrę, której mottem życiowym jest "co ludzie powiedzą". Jej mąż najczęściej używa zwrotów "tak/dobrze kochanie". Ich córka to wykapana matka, syn nie lepszy.

Marek (ich syn) miał dwadzieścia lat kiedy jego dziewczyna zaszła w ciążę. Urodziła się Iza, teraz ma 26 lat. Marek i Ewa szybko się rozstali. Jako jedyna z naszej rodziny naprawdę interesowałam się Izą. Odkąd skończyła dziewięć lat, jej rodzice przekazywali ją sobie jak piłkę. Ewa wyszła za mąż i urodziła dziecko, ale córka z poprzedniego związku nie pasowała do wizji jej męża, więc przekazali ją Markowi. Jemu znowu opieka nad dzieckiem rzekomo utrudniała pracę, więc po jakimś czasie odesłał ją matce i tam w kółko.

Nie mogłam na to patrzeć i zaoferowałam, że wezmę Izkę do siebie, niestety nie udało się, bo wtedy Ewa zaczęła udawać oddaną matkę. Chodziło o to, żeby ludzie nie gadali. Zawsze jednak byłam blisko Izy i poświęcałam jej czas. Mimo tego co wyprawiali jej rodzice, wyrosła na silną i mądrą kobietę. Skończyła studia, ma dobrą pracę, fajnego narzeczonego i sporo przyjaciół. Wiem, że Daniel (narzeczony) wesprze ją kiedy umrę.

Już od ponad roku siostra i jej dzieci "starają się odbudować relacje ze mną". Powód jest prosty - moje mieszkanie jest dużo warte, mam też kilka działek. Jestem wredna, więc delikatnie dałam im do zrozumienia, że uwzględniłam ich w testamencie. A w rzeczywistości oszczędności i kwota za sprzedaż samochodu trafi do hospicjum dla dzieci. Mieszkanie i działki dostanie Iza, jedyna osoba, która jest w tej rodzinie coś warta. Wszystko załatwiłam u notariusza.

Ostatnio kiedy moja siostrzenica siedziała przy moim łóżku i myślała, że śpię, rozmawiała z mężem przez telefon. Słyszałam tekst, że niedługo w końcu będzie po mnie i wprowadzą się do mojego mieszkania. Utwierdzam całą zgraję w myśli, że jestem im wdzięczna i dostaną spadek.
Żałuję jednego - że nie zobaczę ich min, kiedy dowiedzą się, że odstawiali cały ten teatrzyk na darmo i dostaną najwyżej zachowek.

#nia1l

Odkąd pamiętam miałam długotrwałe oraz cholernie silne bóle głowy (takie, że nie umiałam nawet mówić, nie wspomnę o noszeniu okularów czy wyjściu z domu), jakie nazywałam "migreną", bo tak najprościej było ująć wiele objawów w jednym słowie. Odkąd pamiętam, miałam również problemy z trzymaniem swoich emocji na smyczy, dlatego mimo spokojnego oblicza, zawsze byłam porywcza, agresywna, pesymistycznie nastawiona i chętna do pozabijania wszystkich ludzi - kończyło się zawsze na nienawiści aż do własnych kości, bo nie pozwoliłam sobie ręki podnieść nawet na swoje pupile.

Bóle głowy jeszcze bardziej nasiliły się w technikum, dokładniej w połowie drugiej klasy, a ja miałam już tak ich dość, że zaczęłam coś z tym faktycznie robić. Lekarz rodzinny, skierowanie do okulisty, z oczami okej (poza wadą) no to zaś lekarz rodzinny, skierowanie do neurologa, czekania pół roku i w końcu wizyta, kolejne czekanie na badania, potem czekanie na wyniki, odebranie wyników w połowie po łacinie i z niezrozumiałymi terminami, zaś czekanie i w końcu kolejna wizyta u neurologa. Diagnozę odebrałam źle i nie powiedziałam o niej nikomu poza rodzicami, których prosiłam o dyskrecję. W trakcie tego wszystkiego skończyłam szkołę, a obecnie czekam na termin operacji zamiast jak inni rówieśnicy, pracować czy chodzić na studia.

Guz wielkości skromnego jabłka naciskający na nerwy i na coś tam jeszcze. Wszystko się rozjaśniło, dlaczego taka depresyjna byłam, dlaczego z taką nienawiścią traktowałam wszystko i wszystkich, dlaczego nic mi się nie podobało, dlaczego miałam zaburzenia osobowości czy zmienne humorki... Operacja zagraniczna, na którą rodzice wzięli potężny kredyt, jaki ja spłacać do starości będę - o ile wszystko przeżyję. Szanse na to mam marne, bo to około 15%, ale choć raz spróbuję spojrzeć na cokolwiek optymistycznie.

Przez tę cholerną głowę nie przeżyłam niczego. Nie byłam na żadnej imprezie, nie zakochałam się, nie zdążyłam nawet wprowadzić paru idei do codzienności. I tylu żałuję szans niewykorzystanych, że mam ochotę płakać. Po części się poddałam, rodziców prosiłam, by nie brali kredytu.

Mam tyle do przekazania, a tak mało czasu. Nagrałam parę filmów z wiadomościami dla bliskich, nawet psa. Cholernie się boję, że to naprawdę koniec. Aż śmieszne, że niedawno sama życie sobie chciałam odebrać.

Trzymajcie się wszyscy zdrowo. :)

#9RnKf

Zrobiłem 8 lat temu rzecz właściwą, choć trudną.

Kupiłem kominek i wziąłem niedrogiego faceta do montażu. Pan zrobił 50% roboty, przyszedł i prawie się popłakał, opowiadając w jak tragicznej sytuacji życiowej się znajduje i prosząc, żeby mu całość zapłacić przed skończeniem roboty. Nie zgodziłem się. Kumpel się zlitował i zapłacił.

Pan Zdzisław faktycznie był w trudnej sytuacji życiowej, bo zamknął sklepik z kominkami, wyrzucił telefon i rozpłynął się w powietrzu chwilę później. A znajomy musiał drugie tyle zapłacić firmie, która po miesiącu skończyła mu kominek.

#poYgb

Nienawidzę mojej babci. Wychowywała mnie, bo rodzice dużo pracowali. Jest i zawsze była osobą toksyczną, manipulantką. Przeróżne problemy psychiczne, z którymi borykam się do dzisiaj, mimo terapii i ogromnej pracy nad sobą, którą wykonałam, to w dużej mierze efekt jej "wychowywania". Nienawidzę jej do tego stopnia, że gdy nie mogę długo zasnąć, albo nagle się przebudzę w nocy, to żeby się zrelaksować i wyciszyć, zaczynam sobie wyobrażać, że babcia w końcu umarła, a ja sprzątam po niej mieszkanie. Spokojnie oddzielam rzeczy, które oddam za darmo od tych na sprzedaż. Buty, bluzki, meble. Układam opisy do ogłoszeń, zastanawiam się nad cenami. Czerwone czółenka, cztery krzesła, kanapa z ekoskóry - jeden z dwóch foteli od kompletu na zachętę dorzucę gratis. Rozluźniam się, czuję zadowolenie. Firany, obrusy, wszystkie kwiaty, których nie cierpię, teraz okna i parapety są już puste, szafy też, zasypiam.

Nie jestem rozchwianą emocjonalnie nastolatką. Mam czterdzieści lat, stabilne życie, dwoje dzieci.

Dla osób, które mogłyby podejrzewać, że babcia na starość z paskudnej, toksycznej manipulantki zmieniła się w miłą staruszkę, podam tylko jeden z dziesiątków przykładów jej zachowań. Otóż babcia akceptuje tylko jedno z moich dzieci. Drugie uznała za niepotrzebne (to jej słowa), ani razu nie zapytała o przebieg ciąży, o poród, nie powiedziała rodzinie ani znajomym, że ma kolejnego wnuka, a obecnie traktuje go jak powietrze. Wyobraźcie sobie, jak trudno to wszystko wytłumaczyć dwóm kilkulatkom, z których obaj chcieliby mieć babcię. Kozaki z futerkiem, talerze, komplet garnków, lampa...

#WuNtG

Wychowałam się jako Świadek Jehowy. Ze względu na religię nie mogłam (wtedy wydawało mi się, że nie chcę tego robić z miłości do Boga) bez dużych konsekwencji obchodzić urodzin, robić tatuażu, nosić sukienki kończącej się 5 cm nad kolanem (bo za skąpo), pytać o kwestie drażliwe, które mogłyby pokazać, że myślę inaczej niż wszyscy, zostawać sam na sam z chłopakiem w domu, chodzić za rękę z chłopakiem w czasie kongresu, jeśli nie był moim narzeczonym, palić, nie chodzić po domach, iść na wybory, zjeść kaszanki, zgodzić się na transfuzję krwi, pracować w zawodzie związanym z noszeniem broni, np. policjant. Niemile widziane było: niechodzenie na zabrania 2 razy w tygodniu, pójście na studia, spotykanie się/wyjazdy ze znajomymi, którzy nie są Świadkami Jehowy.

Mogłabym tak mnożyć, ale będąc wewnątrz naprawdę wszystko wydaje się mieć sens i wytłumaczenie. Mogę śmiało stwierdzić, że wyznawcy jako osoby w większości są szczere, głęboko wierzące, pokorne. Jest mi tak strasznie przykro i nie mogę pogodzić się z tym, że większość z nich nigdy nie otworzy oczu i nie zacznie się dowiadywać o ciemnych stronach tej organizacji, ponieważ nawet sama organizacja ostrzega ich przed "odstępczymi" treściami, które rzekomo pochodzą od Szatana, by ich zwieść.

Drodzy Świadkowie Jehowy, wiara to wiedza, nie tylko jednostronna. Są pewne fakty, które burzą te ślepe zaufanie. Np. ŚJ płacą milionowe kary za chociażby ukrywanie spraw wewnątrz zboru, dotyczące pedofilii. Tego nie jest dużo, to jest wszędzie, te osoby są wykluczane, jasne. Ale czy ktoś kiedyś Wam powiedział, że na to idą Wasze "dobrowolne" datki na "czyste wielbienie"?
Czy wiedzieliście o procesie dot. ukrywania pedofilii w Australii o którym sam przedstawiciel Ciała Kierowniczego w jednym z wykładów na kongresie mówi jak o kłamstwie, tym samym kłamiąc wiernych? Są na to DOWODY!

Czy wiedzieliście, że w Nowym Testamencie w oryginalnym tekście nie ma imienia "Jehowa", ani nawet "JHWH", a ŚJ sami stwierdzili, że skoro to cytaty ze Starego Testamentu, to można zmienić "Pan" na "Jehowa"? Całe życie mówiono Wam, że to Kościół Katolicki usuwał imię z Biblii. Czy wiecie, że Russel pochowany jest na masońskim cmentarzu? Że przepowiadano daty końca świata w przeszłości? Sama Biblia mówi, że fałszywi prorocy to tacy, których obietnice się nie spełniają.

Połowa z ŚJ, którzy to przeczytają pomyślą, że napisała to nawiedzona laska - tak kazali Wam myśleć, żebyście nie słuchali takich osób. Tak działa totalitaryzm.
Wszyscy nie-ŚJ - proszę, nie miejcie nienawiści do tych osób. To nie ich wina, to wina systemu.

#YwbnM

Historia z mojego dzieciństwa.

Miałam wtedy może jakoś 8 lat. Moi rodzice trzymali w piwnicy ogromny karton zapałek. Ja już jako mała dziewczynka byłam chyba piromanem. Lubiłam ogień, lubiłam patrzeć na ognisko. Gdy nie było nikogo w domu, odpalałam świeczki i się mogłam patrzeć na nie godzinami.

Stwierdziłam, że zrobię fajerwerki. Zabrałam zapałki, odcięłam im główki, po czym wrzuciłam wszystko do kartonu po butach. Do tego dodałam farbę (jako dziecko myślałam, że jak wystrzeli, to będzie kolor :D). Wrzuciłam też tam jakieś papiery. Już dokładnie nie pamiętam co jeszcze. Tak czy inaczej cały karton był pełny wszystkiego.
Poszłam z tym na łąkę wieczorem i odpaliłam. Oczywiście nie wybuchło. Po prostu karton się spalił, a przy tym pół łąki, bo była susza. Potem przyjechała straż pożarna. Ja dostałam karę na cały rok dosłownie na wszystko. Sprawa trafiła do sądu, ale na szczęście skończyło się tylko bardzo wysoka grzywną.
Dodaj anonimowe wyznanie