U mojego synka w przedszkolu, jak to w większości placówek, zorganizowano wizytę świętego mikołaja. To pierwsza tego typu uroczystość w jego życiu, więc byłam tym bardzo podekscytowana, tym bardziej, że dodatkowo to mój mąż zgłosił się na ochotnika i odgrywał rolę Mikołaja.
Kiedy odbierałam synka, spodziewałam się, że będzie szczęśliwy i radosny, tymczasem mój Tymek wyszedł z sali ze skwaszoną miną. Zapytałam więc synka, dlaczego się smuci i czy nie ucieszyła go wizyta oraz prezent od Mikołaja. Popatrzył na mnie i się popłakał. Powiedział, że Mikołaj pomylił jego prezent z czyimś, bo dostał niewłaściwy. „On prosił o braciszka, a nie samochodzik”.
Wygląda na to, że za rok nasz Mikołaj będzie musiał się zdecydowanie bardziej postarać.
Drogie matki, poza tym, że macie dziecko, to jesteście jeszcze kobietami i partnerkami/żonami.
To tak wstępem...
Ostatnio na babskim spotkaniu zostałam okrzyknięta najgorszą matką roku.
Powód?
Bo moje dziecko nie jest na 1 miejscu, bo wyjeżdżam z mężem bez dziecka raz w roku, bo chodzimy na różne przyjęcia.
Moje tłumaczenia, że najważniejsze dla mnie jest moje zdrowie psychiczne i małżeństwo nic nie dały.
Mówiłam, że szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci, że co daje dziecko na pierwszym miejscu, skoro to samo dziecko widzi kłócących się rodziców i że takie dziecko na pewno nie jest szczęśliwe? Że lepiej wyjechać na tydzień z mężem i odpocząć, okazywać sobie miłość, cieszyć się sobą, niż pokazywać dziecku jak rodzice się kłócą, wyzywają, a może i podnoszą rękę na siebie.
Kiedy mówiłam dalej, że rodzicom dobrze zrobi wyjście raz w miesiącu bez dzieci na kolację i spacer, to myślałam, że mnie zjedzą.
Przecież to facet niech se idzie sam z kolegami, a kobieta powinna chodzić tylko z dzieckiem na spacerki i się nim zajmować, bo przecież dziecko na 1 miejscu i koniec kropka.
Dla nich ich faceci mogą nawet odejść i płakać nie będą za nimi, bo przecież dziecko najważniejsze...
W domu może być patologia, Ale dziecko najważniejsze i nie pojadą nigdzie sami, nie pójdą do fryzjera, nie wezmą się za siebie, bo jak można zostawić dziecko np. z babcią? Przecież jak matka kocha, to nawet pójdzie kupę robić z dzieckiem.
Jestem złą matką, bo dla mnie małżeństwo jest najważniejsze, bo z mężem chodzimy na randki, bo pojechaliśmy na wakacje sami (dziecko ma 5 lat i było u dziadków w domku), bo chodzimy na urodziny do znajomych bez dziecka (może z cztery razy w roku się zdarzyło). Nieważne, że my jesteśmy szczęśliwi, że nie popadamy w paranoję, że nie przechodziłam żadnej depresji i macierzyństwo dla mnie to nie praca. Jestem zła i koniec.
Nie mam już koleżanek. I dobrze, bo każde wyjście z nimi (trzy razy w roku) kończyło się tym, że po 40 minutach wracały do domu, bo ich faceci nie radzili sobie z własnym dzieckiem...
Dlatego kobiety pamiętajcie o sobie i swoim mężu. Jak wy będziecie szczęśliwi, to uwierzcie, że wasze dziecko będzie tak samo szczęśliwe jak wy! Jeżeli wy będziecie zmęczeni, zdenerwowani, to dziecko na pewno szczęśliwe nie będzie, nawet jak będzie na "pierwszym miejscu".
Mam 22 lata i jestem dziewicą, ba nigdy w życiu się nawet nie całowałam.
Nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego tak jest.
Od najmłodszych lat byłam raczej śmiałym dzieckiem, później wraz z dorastaniem moja samoocena poleciała mocno w dół. Od zawsze miałam kilka kilogramów za dużo, jakoś pod koniec podstawówki zaczęłam to bardziej zauważać i mieć spore kompleksy z tym związane. Później gimnazjum- kompleksy rosną, moja dupa też, do tego wysyp pryszczy na twarzy i o kontaktach damsko-męskich można zapomnieć.
Potem było lepiej, dalej nie wyglądałam jak modelka, ale stwierdziłam że tragedii nie ma i jakoś zaczęłam doceniać siebie, swój wygląd, bardziej otworzyłam się na ludzi.
Ale w sferze uczuciowej dalej nic. To nie znaczy, że nikt mi się nigdy nie podobał, ale w życiu nic z tym nie zrobiłam.
Wmawiam sobie, że nie było okazji i wszystko w swoim czasie, ale z biegiem lat coraz dziwniej się z tym czuje. Czasem jest mi wręcz głupio, że absolutnie nie mam w tych sprawach doświadczenia. Nikt z moich znajomych o tym nie wie, wiedzą że teraz jestem singielką, ale nikt nie zdaje sobie sprawy, że nigdy nie miałam nikogo. Nigdy - nawet głupiego „chłopaka” w przedszkolu, czy podstawówce.
Chciałabym w końcu poznać kogoś fajnego, ale jakoś niekomfortowo mi z tym, że ta osoba musiałaby się dowiedzieć o tym, że jest tą pierwszą.
Moja prababcia miała kota. Mieszkała na wsi, razem z moją babcią i dziadkiem, w gospodarstwie pełnym zwierząt. Kocur miał ok. 12 lat i wyglądał jak kocie zombie... dosłownie. Był obrzydliwy, poryty bliznami, bez oka, części ogona, miał urwany kawał nosa (ziała tam obrzydliwa dziura) i wystające kości kręgosłupa (nie wiem, jak to przeżył, ale kości po prostu wystawały spod skóry i sierści). Mimo to był też niezwykle sprawny i co najgorsze, nieziemsko agresywny, rzucał się dosłownie na wszystko. Prababcię kochał nad życie, dziadków miał głęboko w dupie, moich rodziców omijał szerokim łukiem, czasem na nich "sycząc" i drapiąc po nogach, a mnie wprost nienawidził.
Bałam się go od niemowlęctwa. Moje pierwsze wspomnienie (i wieloletni koszmar) to jego obrzydliwa morda nad moją twarzą i pazury na skórze, straszny ból. Wlazł na wózek, gdzie spałam i podrapał - z tego co mówili rodzice, mama miała złe przeczucia i go przegoniła, zanim zrobił coś dużo gorszego. Nigdy nie skrzywdziłam żadnego stworzenia, a mimo to, on mnie nienawidził. Zawsze się na mnie rzucał, atakował, brudził moje rzeczy, np. buty, niszczył kurtki, sikał na zabawki
Prababcia hołubiła go bardziej niż swoją jedyną prawnuczkę (czyli mnie) i wolno mu było wszystko. Mama unikała zabierania mnie tam jak ognia, ale tata często robił to za jej plecami. Nie wiem, co miał w głowie, i nie umiał mi tego nigdy wytłumaczyć, ale wlókł mnie tam na siłę, do swoich rodziców, a ja potem wracałam z płaczem i ranami. Gdy zamykali mnie w pokoju z zabawkami, a on darł się pod drzwiami, prababcia go wpuszczała i nikt nie miał nic od powiedzenia. Kończyło się to szybką ewakuacją, ale co oberwałam, to oberwałam.
Kiedy to się działo, miałam od 0 do ok. 7 lat. Pewnego dnia, podczas mojej komunii, gdy była tam spora grupa kuzynostwa i kot mnie zaatakował (spotkaliśmy się pierwszy raz w życiu, bo oni mieszkali na drugim końcu kraju, nic o nim nie wiedzieli) wmówiłam im, że to opętanie przez diabła i kota trzeba zlikwidować. Złapaliśmy go do worka z kamieniami i wrzuciliśmy do pobliskiego bagna.
Powinnam mieć wyrzuty sumienia, ale nic mnie nie cieszy, jak wspomnienie jego miotania się i cierpienia. Zawsze, gdy patrzę na blizny na twarzy i ciele, przypominam to sobie i robi mi się po prostu dobrze, czuję się szczęśliwa.
Nigdy, ale to przenigdy, nie skrzywdziłam żadnego zwierzęcia, poza nim. Mam trzy własne, kocie "śmietnikowe znajdy", dwa psy, do tego nieco drobiu i kozę z odzysku, bo ich właściciele zmarli ze starości. Nie czuję się w żaden sposób winna ani zobowiązana do dobroczynności. Przygarnęłam, bo pokochałam. Jedyne co mnie naprawdę boli, to rozwalona we wczesnym dzieciństwie, niedomykająca się powieka i ciągła walka z ropiejącym okiem po pazurach tego kociego ch*ja...
Wracałem od znajomej po wspólnym spotkaniu. Miałem jeszcze 10 minut do busa, więc spokojnie udałem się do pobliskiej toalety. Znudzonym krokiem podszedłem do pustej kabiny w pustej toalecie, otwieram drzwi, podnoszę wzrok, zawieszam go na czerwonej mazi, szybki obrót, z zaskoczenia odruchowo wybiegłem na zewnątrz. Czerwona substancja o wyglądzie krwi, wszędzie. Na desce, szczotce, kafelkach, pokrywała równomiernie toaletę, na spłuczce krwiste ślady palców. Zauważyłem to na sobie, na lewej dłoni, wszedłem z powrotem do przedsionka z umywalkami i umyłem ręce.
Zwinnym krokiem poszedłem na przystanek. Na automacie wsiadłem i wróciłem do domu, chciałem kogoś poinformować, ale po walce z myślami położyłem się tylko spać.
Przez następne tygodnie regularnie sprawdzałem lokalne wiadomości, szukałem informacji o toaletowym mordercy, na próżno. Dzisiaj rano obudziłem się, dzień wolny, znowu odwiedziłem znajomą, wracam. Te same okolice, ta sama pora. Zamarłem przez chwilę nad wyborem pójścia na miejsce zbrodni w celu oględzin. Idę. Zatrzymuję się w przedsionku, zerkam na kolejne drzwi. A tam srebrny chromowy znaczek w kształcie kółka. Byłem przez przypadek w damskiej toalecie.
Mam cichą nadzieję, że ktoś miał po prostu zły dzień z niewinnym wypadkiem. Jestem na siebie zły, bo jeżeli komuś coś się stało, to winny jest dalej na wolności, a ja nie zareagowałem. Nie wiem czy jeszcze mogę coś z tym zrobić, minęły miesiące.
Nasza druhna drużynowa nawet na obozie nie uznawała naturalnych zapachów i co wieczór chodziła się kąpać nad jezioro. Pewnego razu postanowiliśmy ją podejrzeć. Była już w samych majtkach i staniku... i wtedy kolega Mariusz głośno pierdnął z emocji. Udało nam się uciec i obyło się bez żadnych konsekwencji, ale miejsce już było spalone.
Epilog:
Ponieważ nasze drogi się nie rozeszły, kolega Mariusz aż do końca technikum miał przydomek "Bum!".
Pozdrawiam Mariusza.
Od kilkunastu lat miałem żonę. Właśnie, miałem.
Poznaliśmy się na jednym z pokazów, który prowadziłem. Była o dwa lata starsza ode mnie, ale zdobyłem ją. Zakochaliśmy się i po paru latach wzięliśmy ślub cywilny. 9 lat temu przyszła na świat nasza córka. Wszystko wskazywało, że będzie zdrowa, ale podczas porodu dostała udaru. Przez lata staraliśmy się, żeby była normalna, teraz ma sparaliżowaną lewą stronę ciała.
Między mną a małżonką zazwyczaj układało się świetnie, czasami były chwilowe kłótnie podczas budowania domu, ale po tym któreś z nas musiało się uśmiechnąć i przeprosić. Od niedawna zacząłem zauważać, że moja żona lepiej się ubiera, maluje, ale sprawiałem jej komplementy i niczego nie podejrzewałem. Niestety coraz częściej się kłóciliśmy, nawet o szklankę, która stała w zlewie. Nasze rozmowy były zdawkowe.
Trzy tygodnie temu powiedziała mi, że ma dosyć i ma kogoś. Szok. Zostawiła mi dziecko, spakowała się i wyszła.
Złożyłem już pozew o rozwód. Od trzech tygodni biorę leki na depresję, zajmuję się małą i nie potrafię jej powiedzieć, że mama już nie wróci.
Cieszę się, że nadchodzi zima i mróz, bo dzięki temu mogę wreszcie nosić rękawiczki. Nikt tego nie wie, ale bez nich brzydzę się dotykać ludzi, bo od dotyku robi mi się nieswojo i czasem niedobrze.
Mam, czy też miałam przyjaciółkę - nazwijmy ją Ania.
Znamy się z Anią od wczesnego dzieciństwa, praktycznie nie pamiętam okresu, w którym jej nie znałam.
Mieszkałyśmy trochę daleko od siebie, więc widywałyśmy się raz na miesiąc. Za to nasze rodziny zawsze jeździły ze sobą na ferie zimowe czy wakacje.
Pewnego dnia, była to końcówka 5 klasy, okazało się, że Ania przeprowadza się bliżej mojej wsi i od następnego roku szkolnego będzie ze mną chodzić do klasy. Obie byłyśmy wniebowzięte.
Często przyjeżdżałam do niej na rowerze i pomagałam w remoncie. Pokazywałam jej zdjęcia klasowe i uczyłam imion wszystkich uczniów na nich ukazanych, aby miała "łatwiejsze wejście".
Jednak od początku roku szkolnego wszystko zaczęło się psuć.
Warto tu wspomnieć o tym, iż dziewczyny w naszej klasie podzieliły się na dwie grupki - pierwsza składała się z, mogę to chyba tak nazwać, trzpiotek czy influencerek, a drugą stanowiłam ja i moje koleżanki, raczej odizolowane od środowiska dużo starszych znajomych, palenia papierosów czy picia alkoholu.
Zaczęło się od tego, że Ania szybko złapała kontakt z moją bliską koleżanką - Asią. Nie było w tym nic złego, po prostu zaczęłyśmy spędzać czas we trójkę. Jednak po jakimś czasie Ania zaczęła być bardzo zazdrosna o moje interakcje - tak, interakcje, jak np. pożyczenie ołówka - z kimkolwiek, jednocześnie sama często odwoływała spotkania ze mną na rzecz spotkań z dziewczynami z tej pierwszej grupki. Później dowiedziałam się, że zaczęła palić, a nowe koleżanki zachęciły ją do nacinania sobie skóry na przedramieniu żyletką z temperówki, "bo przecież to modne".
Całe szczęście mnie i Asi udało się wyrwać Anię z tego toksycznego środowiska.
Cóż, nie nacieszyłam się zbyt długo.
Po zdjęciach publikowanych przez nie w internecie dowiedziałam się, że często spotykały się beze mnie. Zazwyczaj tam, gdzie proponowałam, ale one "nie mogły". Na przerwach nie czułam się ignorowana tylko gdy nie było jednej z nich.
Ania też bardzo agresywnie reagowała na moje wypowiedzi - zawsze komentowała je słowami "Ale po co ty to mówisz? Przecież nikt cię nie słucha". Dyskusje kończyła słowami ,,Jezu, zamknij się Anonina, jesteś żałosna". Rozmowa z nią stała się jak stąpanie po polu minowym, bo czego nie usłyszała, to sobie dopowiadała, a potem wielki foch.
A Asia zachowała się nie lepiej - udawała, że nic się nie dzieje, a z czasem udzieliły jej się zachowania Ani.
W końcu stwierdziłam, że nie dam się tak traktować i po prostu zakończyłam tę znajomość.
Przestałam pisać, dzwonić, zablokowałam je na wszystkich mediach, nie odzywałam się do nich w szkole.
Nawet się nie zorientowały.
Chciałabym się z wami podzielić moją historią.
3 gimnazjum, byłam dość popularną dziewczyną w szkole - ładna, szczupła, wysoka, dużo adoratorów, lubiana przez z nauczycieli, dużo znajomych i jedna przyjaciółka. I od wyjścia z tą jedną przyjaciółką wszystko się zaczęło, cały mój koszmar, który pomimo upływu lat cały czas gdzieś tam podświadomie siedzi mi w głowie. Nikomu nigdy nie powiedziałam co naprawdę stało się tego wieczoru, ale do sedna.
Był piątek, umówiłam się z Moniką na wieczorne wyjście z kilkoma osobami z klasy na piwo. 15 lat, świat należy do nas, a alko kupi jakiś stały bywalec monopolowych. Wszystko udało się ogarnąć, ale zamiast piw wzięli wódkę. Wypiłam jeden kieliszek, nawet nie wiem, czy cały, i film mi się urwał po kilku minutach. Pamiętam tylko jakieś urywki, których wolałabym nie pamiętać. Pamiętam, jak przyszło kilku chłopaków, których nie znałam, pamiętam, jak ciągnęli mnie po jakichś szkłach, pamiętam, jak leżałam na ziemi, a jeden z nich leżał na mnie, to był mój pierwszy raz... Potem pamiętam, jak mnie myli przy jakiejś fontannie. Ocknęłam się na następny dzień w domu i tylko jak przez mgłę pamiętam jeszcze płacz ojca, który szukał mnie po całym mieście (rodzice byli po rozwodzie), pamiętam jego rozmowę z moją mamą przez telefon i jego przerażenie, pamiętam jak niósł mnie po schodach do pokoju. Na następny dzień był op.....l od mamy, że co ja sobie wyobrażałam i oczywiście test na narkotyki. Wyszedł pozytywny, a najgorsze jest to, że ja nigdy w życiu nie brałam narkotyków, brzydzę się ich.
Po weekendzie wróciłam do szkoły, przyjaciółki już nie miałam, szacunku do siebie też nie, a najgorsze jest to, że bałam się komukolwiek powiedzieć o tym, co zaszło, bałam się, że mi nikt nie uwierzy. Więc do dziś nie wiem kto mnie zgwałcił i czy było to tylko raz, a może kilka. Żaden ze "znajomych" nic na ten temat nigdy nie powiedział, a ja piszę to tylko po to, żeby to w końcu z siebie wyrzucić. Do dziś nie wiem, czego mi dosypali i pewnie już nigdy się nie dowiem. Największy błąd jaki zrobiłam tamtego wieczoru to taki, że nie patrzyłam w momencie, kiedy polewali.
Dodaj anonimowe wyznanie