Zazwyczaj nie denerwuję się, gdy ktoś nagle zapomni, jak mam na imię. Ot, zdarza się. Od kilku miesięcy zastanawiam się, czy ze mną jest coś nie tak. Czy w ciągu ostatniego czasu stałem się niewidzialny.
Nie mieszkam już z rodzicami, ale gdy przyjeżdżam do nich, to wołają mnie po imieniu mojego brata, który bywa u nich od czasu do czasu. W mieszkaniu, które wynajmuję z koleżanką, ona woła mnie po imieniu swojego chłopaka. W pracy jestem nazywany imieniem chłopaka, który odszedł zanim ja się zatrudniłem. A na uczelni wykładowcy mówią do mnie imieniem tej osoby, która siedzi obok mnie.
Serio, czasem można zwariować.
Trzy lata temu zmarł mój ojciec, a niedługo po nim odebrała sobie życie moja dziewczyna. Pisałem wtedy o tym tutaj wyznanie, ponieważ musiałem to z siebie wyrzucić.
Dziś natomiast opiszę wam co się wydarzyło kilka razy od tamtych zdarzeń.
Próbowałem się zabić, tak wiem jak to brzmi, ale nie potrzebuje waszego wsparcia i nie szukam atencji. Po prostu nie potrafiłem poradzić sobie ze swoimi emocjami i utratą tej jedynej osoby której tak cholernie potrzebowałem.
Potrzebowałem jej obecności i wsparcia. Próbowałem przedawkowania leków ale niestety się dobudziłem. Po nieudanej próbie zająłem się pracą i to konkretnie byciem w pracy na okrągło, tylko po to, by nie mieć czasu na myślenie.
Parę miesięcy potem zagadała do mnie dziewczyna, nie wiem jak to się stało ale jakoś rozmawialiśmy i spotykaliśmy się dość często. Niestety z mojego powodu rozstaliśmy się, ok. Bywa. Tylko powodem rozstania jest mój brak angażu emocjonalnego, nie zależy mi na poznanych dziewczynach, totalny brak uczuć w stosunku do nich.
Możemy uprawiać seks, nie ma z tym problemu, ale na totalnym olaniu emocji. Czuję się z tym o dziwo normalnie, nie mam wyrzutów sumienia. I chcę to naprawić dla samego siebie, ale nie wiem jak...
Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego moja mama jest z moim ojcem. Ostatnio wystawnie obchodzili 35 lat pożycia małżeńskiego. Co za szopka...
W zeszłym roku był straszny cyrk, a że z nimi nie mieszkam, to mam informacje od siostry.
Ponoć po kilku tygodniach napiętej sytuacji, do której przyczyniła się rodzina mojego ojca, ten się upił i po pijanemu zaczął dusić moją mamę...
Pieprzony drań siedzi całymi dniami w domu, bo jak skończy zbierać z pola, to nie ma nic do roboty. Ani sobie nie ugotuje, ani nie posprząta, nic kompletnie. Mama wraca np. z nocki i musi księcia obsłużyć.
Jak patrzę wstecz, to nigdy się za nami nie wstawiła. Przemoc psychiczna to była normalka w naszym domu, czasem fizyczna. Pamiętam jak dziś, kiedy dał mi z liścia tylko dlatego, że krzywo się na niego spojrzałam. Albo jak wrócił z mojej wywiadówki (do mnie chodził on, bo ponoć najmniej się denerwował, uczyłam się na 4), kopnął krzesło i powiedział, że z takimi ocenami to tylko do więzienia mnie przyjmą. Ten dzień pamiętam szczególnie, bo przed jego powrotem obiecałam sobie że jak dziś mnie uderzy, to ucieknę z domu. Miał farta.
Ogólnie to mieszkaliśmy z jego matką. I mówię wam, to jest baba z najgorszych kawałów o teściowych. Mamę wyzywała od dziwek i złodziejek, że ojca okradamy itp. Całe życie byłyśmy najgorsze ze wszystkich, a miała dużo wnuków.
Pamiętam pewien wieczór/noc jak ona i ojciec stali nad moją leżącą i próbującą spać mamą i wyzywali ją, szarpali. A siostra miała mieć następnego dnia ważne egzaminy. Albo jak jeden jedyny raz uderzył mamę i zrobił jej okropną awanturę. Dlaczego? Powiedział, żeby mu zrobiła kanapkę, a ona zamiast mu zrobić, to pokazała mu produkty, które leżały na stole i powiedziała, żeby sam sobie zrobił. Złapał za blat i poderwał do góry, wszystko zrzucając, a potem uderzył mamę. Oczywiście zaraz przyszła babka, bo jej synusiowi się krzywda dzieje, ale przytrzymałam ją w drzwiach. Potem mama wysłała mnie po masło do sklepu.
Nie chcę tam do nich jeździć, ale jeżdżę, bo moje córki tęsknią za babcią. Nie wiem, chyba po prostu mojej mamie bardziej zależy na nim niż na nas. Z rozwodem nie byłoby problemu, mama ma pewną pracę, a z majątku dostałaby większość.
Mój były chłopak bardzo lubił seks analny. Ja nie wiem co on miał do tej d*py, ale jak nie coś innego to palce. Nie przepadałam za tym. Któregoś razu powiedziałam mu, żeby zostawił te oko saurona w spokoju, a ten dawaj palucha! W pewnym momencie powiedział "o fu! Chyba kupy dotknąłem!". No i od tamtej pory miałam spokój.
Mieszkam w slamsach, gdzie 90% mieszkańców ciągnie zasiłki, jednocześnie pracując na czarno. Pozostałe 10% to emeryci i nieliczni pracujący legalnie (z całego osiedla znam z 10 osób, które pracują na umowę, w tym robotnika w pobliskim zakładzie i 2 kasjerki w miejscowym sklepie, reszta dojeżdża gdzieś dalej).
Mieszkania socjalne i komunalne. Czasami na zasadzie zamiany zadłużonego mieszkania w lepszej części miasta (ale to rzadkość).
1. Policja, karetka, straż pożarna.
Policja przyjeżdża dzień w dzień. Czy to poszukują kogoś, czy zostali wezwani do interwencji. Nieumundurowani pukają średnio raz na trzy tygodnie, pytając o konkretną osobę.
Karetka. Zazwyczaj kursuje po to, aby zabrać i odwieźć niezdolnych do poruszania się na badania do szpitala (Karetka T). Czasem jednak widać (mama non stop siedzi w oknie) jak wchodzą do bloku, wychodzą, a po czasie przyjeżdża samochód z zakładu pogrzebowego. Często z udziałem straży pożarnej otwierają drzwi, bo ktoś w końcu zauważył, że sąsiad nie wychodzi. Największą "sensacją" było zabranie zwłok w lipcu (pan zapił się w kwietniu. Smrodu nie było czuć, wszędzie i tak śmierdzi).
2. Nieporządek.
Na osiedlu jest mnóstwo psów. Nie dziwi mnie to, że trawniki, klatki i chodniki są obsikane i obsrane. Nie dziwi mnie również to, że na schodach walają się łupiny od pestek, puszki i butelki po alkoholu, pety. Klatka nigdy nie jest czysta (a sprzątaczka naprawdę się stara). Nastolatki zamiast iść do domu, załatwiają potrzeby na klatce.
Pluskwy i prusaki. Robimy dezynfekcję co pół roku (koszt ok. 800 zł), aby u nas nic się nie zalęgło. Jednak mimo wszystko robactwo chodzi nawet po ścianach budynku. Melin jest tu sporo, robactwo tam się mnoży, alkoholizm to tutaj rzecz naturalna.
Śmietniki to atrapa. Śmieci walają się wszędzie.
Autobusy też są obleśne. Wystarczy, że wsiądzie facet, z którego nogawek wyjdą larwy, a mam ochotę zadzwonić do sanepidu i poprosić o odkażenie autobusu. Czasami kierowcy nie wpuszczają takich osób, ale nie zawsze taki ktoś na przystanku stoi sam. Wtedy tacy delikwenci i tak wsiądą.
3. Rodziny 500+
Kobiety często mają po 6-7 dzieci (wiek 19-21, 18-14 i potem tylko młodsze, do 5 lat). Z 3-4 różnymi ojcami.
W wakacje jest spokój. Mają zapewnione kolonie, świetlice, wyjazdy, ale jak tylko zaczyna się wrzesień - o 22 kończą się krzyki biegających dzieci. Nie mają co robić, to chodzą po sklepie, jedząc cukierki na wagę.
Starsze jeżdżą do centrum, do galerii. Przeklinają, śmiecą i głośno słuchają muzyki w autobusie.
12-latki proszą dorosłych o papierosa.
W osiedlowym (otwartym w każdą niedzielę) o dowód nie zapytają, 15-latek powie, że to dla mamy.
Nikt tutaj nie dba o nic, bo w końcu dostali to za darmo.
Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego tu mieszkam: nie miałam wyboru, na 18. urodziny ojciec wyrzucił mnie z domu, musiałam iść do matki.
Od roku mieszkam za granicą. Decyzja o wyjeździe była dość spontaniczna, ale poprzedzona latami życia w toksycznej sytuacji. Mój ojciec jest alkoholikiem, a matka jest współuzależniona - nie pije, ale nie wyobraża sobie życia bez ojca. Poza tym jest bardzo samotna, więc cała swoja uwagę skupiła na mnie, co po pewnym czasie zaczęło mnie przygniatać, więc jak tylko dostałam ofertę pracy, spakowałam walizki i wio.
Moja mama bardzo to przeżyła i postanowiła za wszelka cenę ściągnąć mnie do domu - kupiła nowe mieszkanie i rozwiodła się z ojcem (jednak nadal z nim mieszka) - obiecując mi ciszę i spokój, jeśli wrócę. W pewnym momencie posunęła się nawet do kłamstwa o nowotworze. Jest tylko jeden problem - ja nie chcę wracać. Jest mi tu dobrze i odkąd mieszkam na swoim, nigdy nie czułam się lepiej. Dlatego od paru miesięcy wymyślam wymówki, dlaczego nie chcę wracać.
Ponieważ nie wiem jak powiedzieć samotnej kobiecie, która tyle mi dała w życiu, że nie chcę wracać do mieszkania z nią, ponieważ każda wizyta u niej na dłużej jest męczarnią, a Polska jest zbyt mała, by utrzymać zdrowy dystans.
Dzisiaj zauważyłam mały ślad po ukąszeniu na moim ramieniu. W momencie, gdy zastanawiałam się, skąd się wziął, z mojego stanika wylazł chyba najobrzydliwszy robak, jakiego w życiu widziałam.
W wieku 13 lat grupka chłopaków w moim wieku wymyśliła sobie, że jestem puszczalska. Mam 19 lat, a przez taką głupotę, którą wszystkim rozpowiedzieli, dużo osób myśli tak do dzisiaj, mimo że to jest kompletna nieprawda..
Miałam jakieś 3 latka. Na spacerze z rodzicami wyrwałam się na ulicę. Jak tata mnie dorwał, to przyrżnął kilka solidnych klapsów na tyłek. To chyba pierwsze wspomnienie z dzieciństwa jakie mam.
Miałam z 5 lat. Posprzeczałam się w przedszkolu z kolegą, podrapałam mu buzię. Tata stwierdził, że w domu zrobi ze mną porządek. Zdjął majtki, przełożył przez kolano i wlał drewnianą łyżką tak, że potem gołą, czerwoną pupę przykładałam do zimnych kafli w łazience.
Miałam koło 10 lat. Straciłam rachubę czasu, zamiast wrócić do domu na obiad, wróciłam późnym popołudniem. Tata wystawił taboret, kazał z gołym tyłkiem się przełożyć. Świst pasa i ostre, piekące uderzenia pamiętam do dziś.
Miałam z 12 lat, gdy oceny z matematyki i angielskiego poleciały na łeb. Lanie pasem, później codzienne sprawdzanie zeszytów i odpytywanie wieczorem. Tata rozpoczynał kontrolę od zdjęcia paska i wysunięcia krzesła na wypadek, jakbym nie była nauczona. Oceny bardzo szybko się poprawiły.
Miałam z 14 lat, gdy wróciłam do domu po wypiciu połowy piwa. Ślady od kabla od magnetofonu schodziły dobry tydzień.
Takich lań pamiętam jeszcze o wiele więcej. Ręka, pasek, drewniana łyżka, kabel, kiedyś nawet witki brzozowe (pięknie rozcinają skórę). Czasem ubrany tyłek, częściej goły. Sama musiałam się kłaść i z pokorą znieść karę. Mogłam płakać, ale nie za głośno. Tylko o co mam pretensję? Takie były czasy, prawie każdy dostawał w tyłek.
Dziś jestem dorosła. Piekielność polega na tym, że nie dojdę i nie będę mieć satysfakcji, jeśli mój partner nie zbije mi pupy w trakcie gry wstępnej. Klapsy, pasek, różne pejczyki. Nie lubię lania, na samą myśl o tym czuję strach. Ale bez tego nie jestem w stanie osiągnąć satysfakcji. Już jako dziecko myśląc o laniu czułam, że coś się między nogami dzieje. Jako nastolatka, jak już skończyłam płakać, masturbowałam się. Nienawidziłam tego napięcia po laniu i musiałam je rozładować. Myślałam, że jestem nienormalna i brzydziłam się sobą.
Na szczęście trafiłam na mężczyznę, który ma taki sam fetysz i nie ma oporów, by zlać mi tyłek. On też dostawał lanie.
A można było dawać inne kary...
Może nie najbardziej anonimowa historia mojego życia, ale najbardziej "chora".
Miałam kiedyś chłopaka. Przez chwilę, bo okazał się chory psychicznie (leki na receptę regulujące nastrój rozdrabniał i wciągał nosem), do przesady kontrolujący, zazdrosny i niezrównoważony. Jednak zanim kurtyna zauroczenia opadła, namówił mnie na coś, co do tej pory wspominam z ogromnym zażenowaniem.
Poprosił mnie, żebym polizała go w oko.
Żeby nie było niedomówień i skojarzeń (wiem jak to jest, jak się przedawkuje anonimowe), chodzi o gałkę oczną ;)
Najpierw myślałam, że to taki głupi żart, długo się wzbraniałam, ale on namawiał, namawiał i nie odpuszczał.. I w końcu mimo przerażenia sytuacją zgodziłam się.
Chwycił moją twarz, ja wysunęłam język, on wycelował... I polizałam. Było słone, jak łzy.
Niedługo później się rozstaliśmy (lizanie w oko przeżyłam, ale celowania z okna do ludzi z obłędem w oczach już nie), ale do tej pory kiedy zdarzy mi się niechcący o nim pomyśleć, wspominam tę sytuację ze wstydem.
Dodaj anonimowe wyznanie