Moja narzeczona dzisiaj w pracy upadła, uderzyła się w głowę, straciła na chwilę przytomność. Ne zgodziła się mimo to na zabranie jej przez wezwaną karetkę na SOR, o czym dowiedziałem się wieczorem, gdy mnie odwiedziła. Gdy zdziwiłem się tą relacją, odpowiedziała: „Po co? Przecież lekarze i tak na niczym się nie znają”.
Eee… Chyba nie jestem aż tak dobrym lekarzem, jak mi się wydawało.
W kwestii skrajności.
Poszłam do bardzo dobrego liceum na profil biol-chem. Od początku z myślą o maturze naprawdę dobrze napisanej, by móc poznać świat medycyny lub weterynarii.
W klasie wbrew pozorom mało osób porządnie przykładało się do nauki i większość żyła myślą "w 3 klasie zacznę się uczyć", jednak było kilka osób, które tak jak ja miały spore ambicje - stworzyliśmy swego rodzaju paczkę, razem się motywowaliśmy, pomagaliśmy sobie i inne takie pierdołki.
Tak też w naszej ekipie znalazła się ''Agata'' - dosłownie najmądrzejsza i najinteligentniejsza osoba, jaką dotąd daną mi było poznać. Ona była kimś kogo można nazwać geniuszem. Nowy dział na matematyce, pierwszy temat, jeden nowy wzór? Umiała w kilka minut zauważyć na jego podstawie wszelkie zależności poruszane dopiero w kolejnych tematach, przekształcać go, sama domyślała się kolejnych wzorów, już nie mówiąc o tym jak perfekcyjnie rozwiązywała zadania. Niezbyt umiała tłumaczyć dlaczego co jest jak, twierdziła, że ona te rzeczy jakoś tak czuje i są dla niej bardzo logiczne.
Średnia 6.0 po 1 roku, 5.8 w 2 kolejnych latach. Wydawałoby się, że skoro posiada takie umiejętności, to mało poświęca na dalszą naukę w domu. A to nie była prawda. To był typ osoby, która chociaż widzi, że świetnie idą jej zadania, to w domu musiała robić ich więcej, aby upewnić się na 101%. Żyła nauką.
Jak opisywała, po przyjściu do domu i zjedzeniu obiadu, do pójścia spać tylko się uczyła. Temat z biologii - podręcznik - repetytorium - vademecum - zbiory - literatura dodatkowa - robienie notatek. Na 2 tygodnie przed pracą klasową z chemii ustalała sobie minimum 60 zadań na dzień. Miała całą szafę tych wszystkich pomocy naukowych.
I nie miała życia. Z nami wychodziła rzadko, tylko od razu po szkole.
Tutaj zaczyna się gorsza część - ja wyniki od niej miałam minimalnie gorsze. Ona 5+, ja 5. Zawsze.
Z tym, że ja jestem leniwa. 3 zadania dobrze zrobione? Uznane, że umiem i robienie czegoś innego. Mój dzień składał się na godzinną drzemkę, granie w gry, trochę nauki i jakieś bzdety.
Widać było, że frustruje ją fakt, że ja mam czas dla siebie, a między nami nie ma ogromnej przepaści.
Przyszła matura. Napisałyśmy tak samo. Ja 3% więcej z chemii, ona 2% więcej z biologii (obie na ponad 80%).
I bum, Agata załamała się. Nie cieszyła się z wyników. Powiedziała nam, że przecież mogła pewnie to osiągnąć nie rezygnując z przyjemności. Że od podstawówki do teraz była tylko nauka, nie ma innych zainteresowań, ulubionych seriali.
Ostatecznie poszłam na weterynarię, z Agatą kontakt chwilowo się urwał. Dopiero teraz w listopadzie dowiedziałam się od jej mamy, że nie poszła na żadne studia. Chciała przeżyć rok tak jak chce, bez nauki.
Nie umie. Całymi dniami kręci się nie wiedząc co robić.
Widać po niej objawy depresji, a pomocy odmawia.
Poszłam ze swoimi znajomymi na domówkę. Bardzo często zdarza się tak, że przewijają się u nas nowe osoby i nasza paczka się powiększa. Na imprezie był mój kumpel J (już od roku w związku) i pojawiła się tez K, śliczna dziewczyna, wydawała się inteligenta, o sobie zapewniała ze singielka. Ot kolejna osoba do naszej ekipy. Na domówce J trochę wypił. Może trochę więcej, aniżeli trochę. K zaczęła się do niego dostawiać. J od początku wyraźnie mówił, że nie jest zainteresowany. K nie potrafiła jednak odpuścić. Tu się przytuliła, tam się obtarła. W pewnym momencie chciała dać J buzi, na co ten najzwyczajniej w świecie ja odepchnął. Kiedy J poszedł do łazienki K poleciała za nim i złapała go za przyrodzeniem, próbując zrobić mu loda. J nie wytrzymał i po prostu ją uderzył w twarz, tak że K upadła na podłogę pokrzyczała coś i wyszła. Pogadaliśmy z ekipą, że to jednak za dużo i kontaktu z K nie chcemy utrzymywać w żaden sposób.
Wczoraj dowiedziałam się, że J został pobity. Uwaga, uwaga, przez chłopka K, któremu powiedziała, że to J chciał ja skrzywdzić i się do niej dobierał. Z tego, co się dowiedziałam J próbował się bronić i mówił, że było zupełnie na odwrót. Chłopak K stwierdził, że kobieta nigdy się nie dobiera do faceta i to zawsze jego wina, a nawet jeśli tak by było, to na pewno nie zrobiła by tego jego ukochana K.
Nie wiem jak to się potoczy dalej, ale J poszedł zgłosić pobicie na policję.
Puenty brak.
W zerówce spodobał mi się pewien chłopak, Jarek. Nie do końca rozumiałem co czułem, po prostu chciałem z nim przebywać jak najwięcej. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi, lubiliśmy te same rzeczy, fajnie nam się spędzało razem czas. W podstawówce codziennie chodziłem do niego grać na PS, potem chodziliśmy grać w siatkę i tak od nowa.
Pamiętam do dzisiaj gdy miałem 11 lat i zdałem sobie sprawę, że czuję do niego coś więcej niż przyjaźń, przeraziłem się, słyszałem już o homoseksualizmie, ale nigdy nie myślałem, że to ja mogę być gejem. Było to dla mnie obce i przerażające, chciałem po prostu być jak wszyscy, nie wyróżniać się, bałem się wyzwisk gdyby ktoś się dowiedział. Wyznałem mojej mamie co czułem do Jarka, ona przyjęła to ze spokojem, przytuliła mnie i pogłaskała po głowie.
Najbliższej niedzieli, po wieczornej mszy, kazała mi poczekać przed kościołem. Zniecierpliwiłem się, więc zacząłem jej szukać wkoło kościoła, zauważyłem jak rozmawia z księdzem, zamarłem, byłem pewien o czym rozmawiają.
Gdy w końcu wróciła, zapytałem ją co zrobimy, powiedziała żebym jej zaufał.
Miesiąc później, dwa dni po zakończeniu roku szkolnego, po kolacji gdy kładłem się już spać, zapukała do drzwi mojego pokoju i wytłumaczyła jak mi pomoże.
Następnego dnia przed południem udaliśmy się na plebanię. Przywitał nas proboszcz z poważniejszą niż zazwyczaj miną. Omówiliśmy co to jest grzech oraz dostałem długą naukę o wolnej woli i wytrwałości, potem temat zszedł na to co trzeba robić dalej, padła propozycja wyjazdu organizowanego dla takich jak ja. Bałem się jechać sam, chociaż bardzo chciałem się wyleczyć, moja mama nalegała, że to jest właściwa droga, uległem.
Po dwóch tygodniach przywieziono mnie do domu na trzy dni, słyszałem przez drzwi mojego pokoju jak opiekunka zaleca mojej mamie obserwację mnie, do czego się przyłożyła, bo cały pobyt w domu spałem z otwartymi drzwiami. Próbowałem spotkać się z Jarkiem, jednak dostałem zakaz wychodzenia z domu, uciekłem więc oknem w piwnicy. Zadzwoniłem do drzwi, lecz cisza, czekałem jeszcze około pół godziny aż może ktoś się zjawi, lecz była to tylko moja matka.
Zrobię teraz duży skok w czasie. Nie czuję się komfortowo opisywać terapii w ośrodku. Jest to mroczna część mnie, której boję się dotykać. Wychowawcy byli bardzo profesjonalni i delikatni i do dziś wierzę, że zostałem wyleczony, nie tracę wiary, ponieważ muszę być silny codziennie, aby nie zawieść mojej żony oraz synka. Wiem, że muszę praktykować silną wolę do końca życia aby ich nie zawieść.
Wybrałem drogę zgodną z moimi przekonaniami, nie wiem kim bym był dzisiaj gdybym podjął inną decyzję jako dziecko, nie wiem czy jestem szczęśliwy, wiem, nie jest to dla mnie już ważne.
Chciałem to tutaj opublikować aby wyrzucić ten ciężar i zostawić go za sobą. Nie oczekuję rad ani współczucia.
Brzydzą mnie wsuwki do włosów. Nie używam ich, a gdy widzę u kogoś we włosach lub w jakimkolwiek innym miejscu, to automatycznie zbiera mi się na wymioty i muszę odejść.
Gdy byłam dzieckiem, moja mama i babcia czyściły sobie wsuwkami uszy. Bez przerwy znajdowałam w przeróżnych miejscach te wsuwki z zaschniętą woskowiną uszną. Zostawiały je wszędzie - na stole w kuchni, na wannie w łazience, na kanapie w salonie, a ja miałam odruch wymiotny, gdy na nie natrafiałam.
Pamiętam, gdy raz mama mnie czesała i założyła mi na głowę wsuwki, a gdy później je zdjęłam, okazało się, że to były te brudne, a we włosach został mi wosk. Myłam później włosy trzy razy. Do dziś brzydzą mnie one tak bardzo, że nie mogę patrzeć nawet na te czyste w sklepie.
Moja historia wydarzyła się kilka lat temu, kiedy to podczas uprawiania seksu mój mąż sięgnął po prezerwatywy, wyjął z opakowania, wziął jedną, a resztę odłożył na poduszkę. Kiedy było już po wszystkim, szybko się ubraliśmy (bo lada moment dzieci miały wrócić ze szkoły). Mąż zaczął szukać gumek, których jeszcze nie zużyliśmy, żeby je schować. No i nigdzie ich nie ma, przepadły jak kamień w wodę. Przeszukaliśmy pościel, okolice przy łóżku, nawet łóżko odstawiliśmy. Zaczęliśmy się nawzajem obwiniać, że pewnie to drugie wzięło gdzieś odruchowo, ale nie nigdzie nie ma. Dziwne, niewyjaśnione zjawisko.
I teraz anonimowa część wyznania.
Gumki odnalazły się wieczorem, były przyklejone do moich pleców. Chodziłam z nimi prawie cały dzień. Dobrze, że mi nigdzie wcześniej nie wypadły. Dodam tylko, że tego dnia dużo przebywałam z ludźmi.
Kiedy miałam szesnaście lat, zaszłam w ciążę. Mateusz był kolegą mojego starszego brata i zawsze mi się podobał. Zrobiliśmy to na jednej z imprez, na które razem chodziliśmy. Oczywiście bez zabezpieczenia...
W tamtym okresie zawsze miałam nieregularne miesiączki, więc kiedy terminy dwóch z nich minęły, nawet się nie przejęłam. Inne objawy zwaliłam na stres spowodowanymi egzaminami i wyborem liceum. Chciałam zostać lekarzem, uczyłam się więc niemal cały czas.
Dopiero kiedy zaczęłam przybierać na wadze, przyjaciółki zasugerowały wizytę u lekarza. Zbagatelizowałam to, choć dla świętego spokoju poszłam. Lekarz potwierdził, że jestem w dziesiątym tygodniu.
Mama była załamana, chyba nawet bardziej niż ja. Mateusz oczywiście zniknął zaraz po tym, jak się dowiedział. Mama nie chciała wychowywać następnego dziecka, mimo tego, że chciałam je zatrzymać. Wybawienie przyszło w postaci mojej starszej siostry. Z narzeczonym od dawna chcieli mieć dziecko, a sami nie mogli go mieć. Kiedy zaproponowała mi, że zajmą się moim - zgodziłam się. Nie miałam raczej innego wyjścia.
Siostra jeździła ze mną na wszystkie badania i wizyty kontrolne. Kupowała ubrania ciążowe i wszystkie potrzebne witaminy. Chciała, żeby dziecko było zdrowe.
Mała urodziła się w październiku. Po porodzie nie chciałam jej widzieć, bo wiedziałam, że jeśli mi ją dadzą, nie będę w stanie jej oddać.
W tym czasie nadal chodziłam normalnie do szkoły, zdałam całkiem dobrze egzaminy, choć nie na tyle, żeby dostać się do wymarzonego liceum.
Tuż po ukończeniu gimnazjum zerwałam kontakt ze wszystkimi starymi znajomymi, którzy nieustannie twierdzili, że popełniłam błąd. Ja tak nie uważałam. Małej było lepiej z moją siostrą, która miała stabilną pracę i dom.
W listopadzie, rok później, siostra wyjechała za granicę. Tęskniłam za małą, bo do tej pory widywałam ją codziennie.
To jednak pomogło mi skupić się na moim życiu. Poznałam chłopaka, który nie wiedział o mojej przeszłości. Skończyłam liceum, dostałam się na medycynę.
Kilka lat temu wyszłam za mąż i urodziłam drugie dziecko.
Jest mi dobrze, czasem tylko, kiedy ktoś rzuci komentarz o tym jak ''siostrzenica'' jest do mnie podobna, zastanawiam się, czy nie popełniłam błędu.
Ale potem przypominam sobie, że gdybym jej nie oddała, moje życie nigdy nie wyglądałoby tak jak teraz. Nigdy nie byłabym tak szczęśliwa. I cieszę się, że jest jak jest.
Liceum było dla mnie największym koszmarem. Ale nie chodzi mi o kwestię nauki czy nauczycieli. Chodzi mi o Tomka.
Tomek był grubasem, poruszającym się na wózku. Celowo nazywam go grubasem, bo jego waga była efektem tego, że zjadał przeogromne ilości słodyczy, chipsów czy innego tłustego jedzenia. Jako kanapki do szkoły dostawał np cheesburgery z Mc. Czasem nawet na lekcjach nie mógł wytrzymać i podjadał chipsy, szeleszcząc na całą klasę. Oczywiście mu na to pozwalano. Przecież Tomcio jest na wózku, więc trzeba być wobec niego litościwym... Tak to sobie tłumaczyli nauczyciele oraz rodzice Tomka. Za to kompletnie ignorowali to jakim Tomek jest człowiekiem. A był okrutny. Szczególnie wobec dziewczyn. Zaczepiał nas, próbował dotykać, a gdy wyraźnie mu odmawiałyśmy, potrafił na przykład napluć w twarz albo naprawdę mocno szarpnąć.
Nauczyciele kompletnie to ignorowali, nawet gdy widzieli na własne oczy. Być może ma to też związek z tym, że dyrektor szkoły był jakąś dalszą rodziną Tomka. Ale wracając do jego zachowań, cóż, jedną z jego ulubionych zabaw było proszenie jakiejś koleżanki, żeby pomogła mu poprawić coś w kółku od wózka, a gdy ta się nachylała, on bekał jej prosto w twarz albo ciągnął za włosy. Mieliśmy wtedy po 17-18 lat, a Tomek bawił się z nami jak w przedszkolu. Ale przecież było mu wolno.
Z czasem zaczęło się łapanie za piersi albo klepanie po pupie. Ja i reszta dziewczyn podnosiłyśmy wtedy raban na całą szkołę, a i tak nas ignorowano. Przyznam szczerze, że pod koniec 3 klasy, dziewczyny chodziły po szkole grupkami oraz drogami, gdzie Tomek zazwyczaj się nie pojawiał. Za to muszę przyznać, że zakończenie tej historii mnie naprawdę raduje.
Mianowicie kiedyś Tomek uderzył (nie klepną!) jakąś dziewczynę z równoległej klasy w pupę, a ta poskarżyła się swojemu chłopakowi (jakieś patologiczne środowisko), który z kolegami, następnego dnia czekał pod szkołą na Tomka. Cóż tu więcej mówić, nieźle go sprali i to w ciągu kilku minut, zanim rodzice Tomka zdążyli po niego przyjechać. Sprawa co prawda skończyła się w sądzie z tego co wiem, ale ostatnie 2 tygodnie liceum, Tomek był grzeczniutki jak nigdy. Do nikogo się nawet nie odezwał i chował się gdzieś po kątach. Być może też dlatego, że jego twarz po bójce wyglądała naprawdę słabo. Ale chociaż w końcu mieliśmy spokój.
W dzieciństwie miałam pewną koleżankę Basię. Chociaż koleżanka to za dużo powiedziane, bo po prostu była to niepełnosprawna córka sąsiadki. Moja mama i owa sąsiadka się przyjaźniły, co powodowało to, że sąsiadka czasem zostawiała u nas Basię, albo celowo ją wysyłała do nas, abym mogła się z nią pobawić.
Z zabawą było jednak słabo, bo niepełnosprawność umysłowa Basi nie bardzo pozwalała na jakiś kontakt z nią. Jedyne co zazwyczaj robiła będąc u mnie, to gryzła moje lalki albo wysypywała klocki, tylko po to, żeby chodzić w kółko i je kopać. Do tego miała pewne dziwne natręctwo albo problem (?), bo zamiast załatwić się w toalecie, ona wolała w pampers (nosiła go mając wówczas 7 lat), po czym zawartość wyciągała ręką i się nią bawiła lub cokolwiek. Dlatego też kiedyś wysmarowała, za przeproszeniem, swoim gównem jakąś moją ulubioną zabawkę. Nigdy w życiu tak nie płakałam jak wtedy. Co gorsza, liczyłam na wsparcie mamy, a usłyszałam od niej, że Basia jest chora i muszę jej wybaczyć.
Matka potem dogadała się z sąsiadką, aby Basia w zamian oddała mi jakąś swoją zabawkę. No i dała, jakiegoś starego, dziurawego misia. I nie chodzi o to, że nie miała innych lub była biedna, wręcz przeciwnie. Dlatego zabolał mnie fakt, że dostałam zabawkę, którą najpewniej w ostatniej chwili wyjęto ze śmietnika. I tak oto mijał rok, drugi, trzeci, a Basia coraz częściej u nas przesiadywała. W końcu rodzicielka, po tak długim czasie zauważyła, że chowam się, gdy Basia przychodzi i unikam jakiegokolwiek kontaktu z nią. Myślicie, że zareagowała? Nie, na siłę mnie wyciągała i zamykała z Basią w jednym pokoju, po czym stwierdzała, że mam nie robić z siebie księżniczki, tylko wspomóc Basię.
Może tę niezdrową pobłażliwość wobec Basi można trochę usprawiedliwić tym, że mama była wówczas pielęgniarką, więc patrzyła na to nieco z innej perspektywy. Ale jednak po czasie w końcu i ona stanęła po mojej stronie. Konkretniej kiedyś przed wyjściem z domu zauważyła, że ma po prostu ludzką kupę w środku buta. Nagle jej podejście całkowicie się zmieniło i jeszcze tego samego dnia poszła do sąsiadki, mówiąc, że już więcej Basi nie wpuści. I od tego czasu miałam spokój. A anonimowe jest to, że to ja załatwiłam się mamie do buta, celowo, bo chciałam pozbyć się Basi. Nie żałuję, tylko w ten sposób mogłam się od niej uwolnić.
Moja siostra śmieje się ze mnie, że swoim dzieciom nadałam takie zwykłe, pospolite imiona. Dogryza mi czasem, że przez to będą nijacy i znikną w tłumie. No faktycznie, moi synowie Adrian i Kamil faktycznie giną w tłumie przy jej dzieciach, które "dumnie" noszą imiona takie jak Symeon i Napoleon.
Owszem, można stwierdzić, że imię to tylko imię, a nawet nieķtórym mogą się takie podobać, ale ja na własne oczy widzę jak jej dzieciaki są wyśmiewane i dręczone przez rówieśników, bo chodzą do tej samej szkoły co moje. Sama nawet musiałam przeprowadzić z własnym synem rozmowę o tym, że to, że jego koledzy nazywają jego kuzyna "Napleteon" jest nie na miejscu, bardzo niegrzeczne i żeby sam tak nie mówił. Ale wiadomo ile jestem w stanie zdziałać wobec dużej grupy roześmianych dzieci...
A siostra nadal szczęśliwa, bo przecież jej dzieci się wyróżniają! Szkoda, że one same mają odmienne zdanie.
Dodaj anonimowe wyznanie