Dużo osób pisze na temat sowich problemów związanych ze swoim imieniem czy tam nazwiskiem.
(Imiona i nazwiska zmyślone, ale chce pokazać analogię).
Mam na imię Julia - a na nazwisko Mateusz.
Chłopak, z którym mieszkam od niedawna ma na imię Mateusz... nie, nazwiska nie ma Julia, ale mimo to jest wiele różnych problemów, gdy razem coś załatwimy + problemy z odbiorem paczek od kuriera - takie niedomówienia setny raz z rzędu robią się mało przyjemne.
Parę lat temu, gdy byłam jeszcze studentką, wracałam z moją koleżanką (niech będzie A) autobusem z uczelni.
Był to jakiś trudny dzień i byłam mega zmęczona. Wsiadając do busa, zauważyłam faceta, nasze spojrzenia spotkały się dosłownie na moment.
Usiadłyśmy wygodnie z koleżanką, wspominając miniony dzień na uczelni.
A wysiadała wcześniej ode mnie, więc ja postanowiłam zrobić sobie krótką drzemkę, zamknęłam oczy i już miałam odpływać w ramiona morfeusza, gdy nagle ktoś się do mnie dosiada i mówi:
- Przepraszam, nie chciałem Cię przestraszyć, ale nie darowałbym sobie, gdybym nie zapytał... - to był mężczyzna, z którym nasze spojrzenia się spotkały.
Ja onieśmielona do granic! Czerwona na twarzy, z wielkimi oczętami, uśmiecham się i zamiast mówić, to piskliwym głosem skrzeczę "słucham?"
I wtedy On powiedział coś, co do tej pory buduje moja megaaaaa słaba samoocenę:
- Czy jest ktoś w Twoim życiu, kto docenia Twoje piękno?
Byłam tak zszokowana, że nagle nie widziałam czy mam chłopaka czy nie, gdzie ja w ogóle jestem...
Nagle przypomniałam sobie, że tak, mam chłopaka, więc tylko pokiwałam głową.
Nigdy już później nie spotkałam tego faceta, ale dzięki niemu, gdy dopada mnie mega zdołowanie i coraz mniejsza samoocena, to sobie przypominam jego słowa.
Bardzo za nie dziękuję...
Puenty brak, chciałam Wam to opowiedzieć.
Święta Bożego Narodzenia, i tak przypomniała mi się pewna sytuacja sprzed dekady.
W wigilię przyjechał do domu moich rodziców brat ojca. Nie znałam go, ponieważ tylko okazjonalnie dzwonił do ojca raz w roku, a mieszkał na drugim krańcu kraju.
Ojciec nie wpuścił go za próg domu, tylko powiedział, aby się wynosił.
Ja jako 15-latka nie mogłam zrozumieć taty, to był jego brat, a na dodatek wigilia.
Byłam zniesmaczona ojcem i okazywałam mu to. Pyskowałam, dogadywałam, mama mówiła tylko, że jestem jeszcze młoda i nic nie rozumiem, co oczywiście skutkowało moim oburzeniem.
Tata zmarł w sierpniu następnego roku. Na pogrzeb przyjechał stryj, ale zauważyłam, że zawsze ktoś z rodziny był wokół mnie i pięcioletniej kuzynki, gdy on był w pobliżu. Wręcz paranoicznie wujkowie i starsi kuzyni nas pilnowali. Oczywiście w tamtym czasie uznałam to za chore.
Dopiero mając 24 lata, dowiedziałam się od starszego kuzyna, że brat ojca siedział za pedofilię. Ojciec chciał mnie chronić, a ja w jego ostatnie święta byłam dla niego wredna.
Nie wiem jak mam sobie z tym poradzić.
Gdybym miała skarżyć się na historie ze swojego życia spod szyldu #metoo, dotyczyłyby upokarzania mnie przez kobiety.
Gdy byłam w 4 klasie, intensywnie dojrzewałam i zaczęłam nosić pierwsze staniki. Nie zawsze było mi w nich wygodnie, zwłaszcza na wf. Któregoś razu po bieganiu za piłką stanęłam z boku i zaczęłam sobie dyskretnie poprawiać stanik przez t-shirt, na zasadzie poprawienia przesuniętych ramiączek. Zauważyła to moja wuefistka i krzyknęła:
- Haha, ale fajnie się za cycki złapałaś! Co, bolą, jak biegasz? Tak, do ciebie mówię!
Wszystkie dziewczynki na sali się na mnie obejrzały i zaczęły się śmiać, a babsko razem z nimi. Potem wuefistka aż podeszła do drugiej nauczycielki i razem zaczęły wyśmiewać moje rzekome łapanie się za cycki, a potem mnie przedrzeźniać. Wszyscy się ze mnie śmiali! Jaka ja czułam się upokorzona... płakałam przez cały dzień.
W wakacje po 4 klasie pojechałam na obóz sportowy. Byłam jeszcze mimo wszystko gówniakiem, a na obozie było sporo starszej młodzieży. Bardzo imponowały mi dwie starsze koleżanki, mogłam całe dnie u nich przesiadywać. Jedna z nich miała też starszego brata, który któregoś razu obrzucił mnie rozmoczonym papierem toaletowym (bardzo dojrzale), a ja nie pozostałam dłużna i chlusnęłam w niego kubkiem wody. To był początek mojego piekła. Dziewczyny przestały być super koleżankami i w odwecie zaczęły mnie przy każdej okazji łapać za tyłek, za piersi, rozrzuciły moją brudną bieliznę po całym ośrodku, a pewnej nocy naprawdę mnie skrzywdziły. Jedna mnie trzymała, a druga wkładała mi palce w waginę. Najgorsze wspomnienie mojego życia. Czemu się nie poskarżyłam? Próbowałam, ale wychowawczyni, kobieta, stwierdziła, że zmyślam i przesadzam.
Liceum. Uczyłam się w klasie z praktycznie samymi dziewczynami. Miałyśmy jednego nauczyciela, który ciągle rzucał zboczone teksty. Raz powiedział do mnie - w kontekście brakującej oceny z kartkówki, której nie pisałam - "hehe, chodź obejrzymy twoją dziurkę". Boże, było mi tak wstyd. Stałam sparaliżowana w klasie i do dziś pamiętam, że koleżanki ŚMIAŁY SIĘ z tego jak szalone. Śmiały się również, kiedy powiedział, że jak odpowiadam, to gwałcę go o lepszą ocenę. Zapamiętałam zwłaszcza dziki śmiech jednej z nich, tak jej było wesoło, gdy facet upokarzał koleżankę.
Smaczek? Ta dziewczyna, której wtedy było tak wesoło, jest obecnie naczelną feministką, dziennikarką Wysokich Obcasów i najwięcej płakała na swoim FB za czasów mody na #metoo, jak to się wykładowca do niej brzydko seksistowsko odezwał, albo pod jej klatką stał ekshibicjonista.
I tak w tym kontekście dziwi mnie najazd, jacy faceci są źli i stosują przemoc seksualną, bo kobiety nie są wcale lepsze.
Mam obecnie 14 lat, możecie pomyśleć, że nic nie wiem o życiu, ale czuję, że jest zupełnie inaczej.
Moi rodzice rozwiedli się gdy byłam jeszcze w przedszkolu. Tata jest alkoholikiem, rodzice często się kłócili, więc to skończyli.
Przez kilka lat było ok, miałam normalne życie. Jednak moja mama poznała faceta, który chyba się nade mną znęca. Sama nie wiem. Piszę to wyznanie, żeby może dowiedzieć się czy to coś poważnego czy nie. Moja mama mówi, że przesadzam, a ojczym, że to tylko żarty.
Ojczym naśmiewa się z mojego wyglądu. Mówi, że jestem gruba. Nazywa mnie słoniem, świnią, rzuca we mnie papierkami od cukierków, robi mi zdjęcia telefonem kiedy jem. Nie mam nadwagi, moja waga jest w normie, chociaż akurat waga to mój największy kompleks i prawdą jest, że chciałabym wyglądać inaczej. W końcu doszło do tego, że czasem nie jem wcale. Albo przed zajęciami z angielskiego kupuję sobie dużo słodyczy i jem je tuż przed zajęciami, w domu się wstydzę.
Często mój ojczym mówi, że jestem ich niewolnikiem, że mam tylko sprzątać.
Czyta moje prywatne wiadomości ze znajomymi, zagląda do moich szafek.
Często też... pierdzi. Tak, dobrze czytacie. Podchodzi do mnie blisko i robi to bardzo blisko mnie, śmiejąc się przy tym.
Oprócz tego wyzywa mnie - mówi, że jestem downem, że jestem kretynem.
Ja już nie wytrzymuję tego. Wcześniej spotykałam się często z moją przyjaciółką u mnie w domu, teraz już jej nie zapraszam, bo ojczym wyzywa mnie nawet przy niej. Nie mam swojego pokoju, więc nie mam gdzie się zamknąć.
Mój ojczym też pije dość dużo (stracił przez to pracę) i czasem pod nieobecność mamy zaprasza swoich znajomych. Wtedy są głośno, śmieją się, słuchają bardzo głośno muzyki.
Próbowałam rozmawiać z mamą, ale ona mówi, że przesadzam, że to tylko żarty, że muszę mieć więcej dystansu do siebie. Czasem mówi, że porozmawia z nim i niby jest na niego zła, ale wystarczy, że on mamę rozbawi i już jest wszystko ok... nie wiem co zrobić. Znajomym nie chcę powiedzieć, bo się wstydzę. Babcia wie o całej sytuacji i często do niej uciekam, ale nie mogłabym u niej zamieszkać. Z ojcem też nie chcę mieszkać, bo pije. W szkole też się wstydzę powiedzieć, że to wyjdzie i będę miała jeszcze gorzej. Poza tym nie mam już nikogo. Jak pomyślę, że mam to znosić jeszcze 4 lata, to myślę, że tyle nie wytrzymam.
Kilka razy już uciekałam z domu, ale mama straszyła mnie policją. Czasem sobie myślę, że mieszkanie z ojcem alkoholikiem byłoby lepsze niż mieszkanie z ojczymem alkoholikiem. Nie mam siły. Szczerze mówiąc nie wiem jak funkcjonuję. Każdy dzień to kolejny stres. Bardzo duży stres. Czasem się zawieszam i patrzę tylko przed siebie. Zaczęłam się okaleczać rok temu. Mimo wszystko w szkole idzie mi świetnie, mam same piątki. Mam dużo koleżanek.
I takie to wyznanie. Dbajcie o swoje dzieci. Okazujcie im miłość.
Po przeczytaniu wyznania #xkqW3 i krytycznych komentarzy dotyczących postawy autorki pod postem postanowiłam też podzielić się moją historią.
Jestem na studiach. Nie jest to medycyna, ale jednak kierunek wymagający pracy nad projektami w domu, co najmniej tyle albo i więcej niż spędzam na zajęciach (a mało ich nie jest).
Moi rodzice pokończyli szkoły, szybko dorobili się dwójki dzieci (mam młodszego brata), ale nie można powiedzieć, żeby w życiu sobie nie radzili, bo złapali jakieś prace, a potem oboje mieli dobrze prosperujące firmy. Biedy nie było, bogactwa też nie. Z bratem zawsze byliśmy porządnie ubrani, czasem pojechaliśmy gdzieś na wakacje, życie jakoś się toczyło i nie mogę powiedzieć, że dzieciństwo miałam tragiczne. Katastrofa zaczęła się dopiero, kiedy wkraczałam w dorosłe życie.
Gdy kończyłam szkołę, między moimi rodzicami doszło do tak trudnej sytuacji, że parę miesięcy później postanowili się rozwieźć. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nie potrafili się dogadać, a poziom toksyny, który matka wlewała we mnie i brata przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Niestety, nie dostałam miejsca w akademiku, niezbyt byłam w to rozgarnięta, a rodzice zapewniali mnie, że będę miała opłacone mieszkanie do końca przynajmniej pierwszego roku studiów. Jak się domyślacie - nie miałam, a umowa była podpisana na mnie. Byłam naiwna, ale czy ktoś by nie był, gdyby całe życie był przekonany, że rodzice, to osoby, którym można ufać?
Gdy ja próbowałam przetrwać ten pierwszy rok, oni zrzucali wzajemnie na siebie odpowiedzialność. Wyniszczyli się na tyle, że mają długi do spłacenia na całą resztę życia, mój brat będzie musiał opuścić nasze mieszkanie w rodzinnej miejscowości, bo zostanie zlicytowane (rodzice już tam nie mieszkają). Oboje z bratem mamy zasądzone alimenty od ojca - mi starczają tak na pół miesiąca. Matka, jak tylko się da, unika dawania nam pieniędzy, bo ona potrzebuje (na alkohol i papierosy, ewentualnie na ciuchy dla siebie). Owszem, ma zobowiązania finansowe wobec banków (i tym się tłumaczy w sądzie), ale gdy słyszę o jej wyjazdach i imprezach to krew zalewa. Rodzice uważają, że dzieci już odchowali i to koniec ich obowiązków. Uczelnia nie widzi problemu, bo wg rozliczeń z US i ZUS dochód mojej rodziny jest na tyle wysoki, że nie mam prawa do stypendium.
A ja? Egzystuję. Rzucam się między studiami, pracą, a wizytami u psychologa. Nie śpię zbyt wiele. Mam stany lękowe, powoli spłacany dług u właściciela mieszkania, w którym mieszkałam na pierwszym roku, żadnego kontaktu z rodziną.
Mój brat porzucił marzenia o studiach. Do szkoły chodzi w kratkę, ma dwie dorywcze prace i praktyki.
Obwiniam o to rodziców. Słusznie? Nie wiem. Wiem, że nie chcą wziąć odpowiedzialności za utrzymanie swoich dzieci. A powinni, bo dopóki chcemy się uczyć, mają obowiązek nas wspierać.
Ostatnio, jedna z kierowniczek w naszej firmie odeszła i mi przypadł zaszczyt kierowania 10 osobami. O te stanowisko ubiegało się jeszcze parę osób, w tym i dziewczyna, Asia, której jestem teraz przełożoną.
Problem w tym, że do niej nie dotarło, że to nie ona awansowała. Zachowuje się jak szef, ba, jak sam prezes firmy. Na spotkaniach, które prowadzę, wstaje i sama zaczyna robić prezentacje, którą przygotowała. Na moje "Asiu, proszę usiąść", uśmiecha się i mówi, że już kończy. Poprawia też pracowników i wydaje im polecenia sprzeczne z moimi.
Próbowałam z nią rozmawiać, nawet postraszyłam rozmową z przełożonymi, ale to jak rzucaniem grochem o ścianę. Nie mam pojęcia czy jest tak głupia, że do niej nie dociera co mówię, czy po prostu ma mnie w dupie. Sprawdziłam nawet jej umowę żeby się upewnić czy czasami nie awansowałyśmy obydwie, ale nie.
Ogólnie, bardzo mi to przeszkadza i trochę podkopuje to mój autorytet, ale nie potrafię jej okiełznać. Byłam szorstka, starałam się ją wyśmiać przy innych, że znowu nieproszona coś mówi, a nawet poskarżyłam się szefowi, ale po rozmowie z nim, nadal zachowywała się jak kierownik.
Lubię swoją pracę, ale walczę ciągle o coś, co już mam. Chciałam nawet iść ponownie do przełożonego i żądać jej zwolnienia, ale przecież to głupie, bo teoretycznie nie robi nic złego. Jak się znowu poskarżę, to czasami wszyscy pomyślą, że nie daję sobie rady na nowym stanowisku, co nie jest prawdą, ponieważ ogarniam je świetnie. Tylko jedna osoba mi w tym przeszkadza.
Ostatnio, złapałam ją jak szła do auta i powiedziałam dosadnie co myślę o jej zachowaniu. Nic to nie dało. Na drugi dzień znowu wydawała polecenia pracownikom, choć wszyscy i tak wiedzą, że nie mają jej słuchać.
Nie rozumiem po prostu skąd się biorą tacy ludzie.
Najgorszy strach w życiu czułem wtedy, gdy podczas treningu na basenie poczułem podejrzane bulgotanie w jelitach. W jednej sekundzie całe życie przeleciało mi przed oczami, bo pojąłem, że nie zdążę dopłynąć do brzegu basenu, aby wyjść. Więc możecie to sobie wyobrazić - waszym oczom ukazuje się płynący wte pędy facet, niczym najszybszy zawodnik pływacki na świecie, a tuż zanim rozciąga się brązowa smuga na wodzie. Może brzmi śmiesznie, ale mi do śmiechu nie było.
Błyskawicznie wyskoczyłem z basenu i zanim zacząłem biec do łazienki, jeszcze miałem okazje dostrzec tor ruchu na wodzie jakim się poruszałem... Co gorsza, kapało mi po nogach, więc kolejną brązową ścieżkę do toalety zostawiłem na kafelkach po drodze. Resztę już dokończyłem w łazience, choć niewiele wtedy zostało. Najgorszy dzień mojego życia. Min ludzi patrzących na obsrany basen, a potem podnoszących głowę i patrzących na spanikowanego, równie obsranego faceta wybiegającego z toalety, nigdy nie zapomnę.
Dodatkowy minus jest taki, że z wiadomych względów postanowiłem nie pojawiać się więcej na tym konkretnym basenie, a inny najbliższy mam aż na drugim końcu miasta. Za to od tamtej chwili na basen chodzę już tylko wtedy, gdy wiem, że nie zjadłem wcześniej niczego co mogłoby mi zaszkodzić :)
Kiedy skończyłam 20 lat i poszłam całkowicie na "swoje" stwierdziłam, że z mięsem coś jest nie tak. W sensie, że ma dziwny smak i kolor. Zupełnie nie jak w domu u mamy. Najpierw myślałam, że nie umiem go przyrządzić, ale zawsze normalnie gotowałam i w domu było ok. Surowe też pachniało całkowicie inaczej niż to z lodówki w domu. Pomyślałam, że może kupuję zepsute, czy coś, dlatego po którymś razie poszłam do sklepu z reklamacją. Pani bardzo się zdziwiła, doszło do kłótni, bo według niej i reszty pracowników mięso było pierwszej świeżości. Zmieniłam sklep. Znowu to samo. I znowu, i znowu, i znowu. Dopiero w jednej budzie na targu znalazłam mięso, które choć trochę przypominało to z mojego domu.
Któregoś razu kupiłam porcję szynki i niechcący zostawiłam w folii, poza lodówką, latem, na trzy dni. Po pijaku znalazłam i powąchałam, to było TO! W euforii przyrządziłam, zjadłam, smak jak z domu, od mamy... dopiero rano dotarło do mnie, o co chodziło. Skojarzyłam fakty. Moja mama przez całe moje dotychczasowe życie serwowała mi zepsute mięso. Przypomniałam sobie, że zawsze kupowała jego hurtowe ilości w jakiejkolwiek promocji i potem jedliśmy zakupy z jednego dnia przez ok. 2 tygodnie, podczas gdy nowa promocja - nowy zakup, i tak to sobie czekało w lodówce na swoją kolej. Mama też zawsze mówiła, że o mięso ciężko, drogie i trzeba brać, brać, brać, bo nie nie wiadomo, kiedy zabraknie. Chyba jakaś trauma z PRL...
Tzw. grypa żołądkowa/zatrucia/rotawirusy nie były u mnie niczym dziwnym. Z czasem zdarzały się co raz rzadziej, ale że mama też to miała (tata alkoholik walący wódę dzień w dzień nie miał takich problemów) sądziłam, że to rodzinna skłonność.
Nie umiem jeść świeżego mięsa. Nawet długo dojrzewające szynki, kiełbasy nie mają dla mnie zbyt wiele smaku. Mięso kupuję tylko takie już zielonkawe, wędlina musi być wyleżana w folii oślizgła. Staram się wysmażać, wypiekać itd. Pytałam mamy, nie potrafiła zrozumieć, o co mi chodzi, dla niej zawsze było i jest OK. Z mięsa nie chcę ani nie potrafię zrezygnować, za bardzo je lubię. Fermentowane przysmaki i z Islandii czy Norwegii mi nie pasują. Raz w roku sobie rzygnę, albo dostanę sraczki, ale to samo mają ludzie, którzy za dużo wypili. Cóż, przynajmniej w razie apokalipsy zombie, to zombie będą bały się mnie, a nie ja ich.
Ps. Nie, nie pójdę do psychologa. Gościom moich "smaczków" nie podaję, a moja kuchnia jest prawie sterylna, nie chcę krzywdzić innych ludzi. Potencjalnemu mężowi i dzieciom nigdy w życiu nie zafunduję tego, co moja mama mnie.
Moja narzeczona dzisiaj w pracy upadła, uderzyła się w głowę, straciła na chwilę przytomność. Ne zgodziła się mimo to na zabranie jej przez wezwaną karetkę na SOR, o czym dowiedziałem się wieczorem, gdy mnie odwiedziła. Gdy zdziwiłem się tą relacją, odpowiedziała: „Po co? Przecież lekarze i tak na niczym się nie znają”.
Eee… Chyba nie jestem aż tak dobrym lekarzem, jak mi się wydawało.
Dodaj anonimowe wyznanie