#Jgr5S
Któregoś razu kupiłam porcję szynki i niechcący zostawiłam w folii, poza lodówką, latem, na trzy dni. Po pijaku znalazłam i powąchałam, to było TO! W euforii przyrządziłam, zjadłam, smak jak z domu, od mamy... dopiero rano dotarło do mnie, o co chodziło. Skojarzyłam fakty. Moja mama przez całe moje dotychczasowe życie serwowała mi zepsute mięso. Przypomniałam sobie, że zawsze kupowała jego hurtowe ilości w jakiejkolwiek promocji i potem jedliśmy zakupy z jednego dnia przez ok. 2 tygodnie, podczas gdy nowa promocja - nowy zakup, i tak to sobie czekało w lodówce na swoją kolej. Mama też zawsze mówiła, że o mięso ciężko, drogie i trzeba brać, brać, brać, bo nie nie wiadomo, kiedy zabraknie. Chyba jakaś trauma z PRL...
Tzw. grypa żołądkowa/zatrucia/rotawirusy nie były u mnie niczym dziwnym. Z czasem zdarzały się co raz rzadziej, ale że mama też to miała (tata alkoholik walący wódę dzień w dzień nie miał takich problemów) sądziłam, że to rodzinna skłonność.
Nie umiem jeść świeżego mięsa. Nawet długo dojrzewające szynki, kiełbasy nie mają dla mnie zbyt wiele smaku. Mięso kupuję tylko takie już zielonkawe, wędlina musi być wyleżana w folii oślizgła. Staram się wysmażać, wypiekać itd. Pytałam mamy, nie potrafiła zrozumieć, o co mi chodzi, dla niej zawsze było i jest OK. Z mięsa nie chcę ani nie potrafię zrezygnować, za bardzo je lubię. Fermentowane przysmaki i z Islandii czy Norwegii mi nie pasują. Raz w roku sobie rzygnę, albo dostanę sraczki, ale to samo mają ludzie, którzy za dużo wypili. Cóż, przynajmniej w razie apokalipsy zombie, to zombie będą bały się mnie, a nie ja ich.
Ps. Nie, nie pójdę do psychologa. Gościom moich "smaczków" nie podaję, a moja kuchnia jest prawie sterylna, nie chcę krzywdzić innych ludzi. Potencjalnemu mężowi i dzieciom nigdy w życiu nie zafunduję tego, co moja mama mnie.
Istnieją metody kiszenia mięsa. Może to by było to? Napewno bezpieczniej jest zaaplikować mięsu bakterie kwasu mlekowego niż nie wiadomo jakie...
PS a te nie wiadomo jakie to może być naprawdę paskudztwo, np bakterie produkujące jad kiełbasiany, którym zatrucie powoduje śmierć.
Może nie kupuj starego mięsa tylko świeże i w domu sobie je "starzej" wydaje się to bezpieczniejsze.
Widzę, że wiedza na temat organizmu leży i kwiczy jeśli sądzisz, że "Raz w roku sobie rzygnę, albo dostanę sraczki".
Poczytaj sobie jak groźny dla zdrowia i życia jest kwas botulinowy, tzw jad kiełbasiany. Po prostu nie jestem w stanie uwierzyć, że nijak Ci to nie szkodzi.
O kuxwa.
Kij z tymi wszystkimi wyznaniami o gównie, TO jest dopiero mocne.
Jezu, ja jak tylko poczuję zgniłe mięso to od razu mam torsje...
przeciez mozesz od tego zlapac salmonelle czy inne paskudztwo...
mialam podobnie z chlebem, mama kazala kupowac swiezy, ale nie mozna go bylo ruszyc poki stary nie byl zjedzony
przez cale dziecinstwo jadlam wiec stary chleb, bo zanim sie zjadlo ten co byl, swiezy stawal sie stary i tak w kolko
teraz najwieksza radosc sprawia mi taki swiezy chleb z chrupiaca skorka lub swiezutkie buleczki z samym maslem a znajomi sie dziwia...
Hm, piszesz, że w dzieciństwie jadłaś stare pieczywo a teraz uwielbiasz świeże. Moim zdaniem to jest dokładnie odwrotnie, niż u autorki.
Podobnie to by było, jakbyś miała pretensje do piekarni, że sprzedają świeży i miękki chleb, a potem szukałabyś w sklepach starego chleba.
Jakiś czas temu był na Discovery program o kolesiu, który żywi się zepsutym mięsem. I to JAK ZEPSUTYM! Takim, w którym zalęgły się już robaki, procesy gnilne zaś rozkładały to mięso miejscami na papkę. W dodatku, żeby było weselej, mięso to zbierał z ulicy. Różne rozjechane zwierzęta stanowiły dla niego przysmak. Zjadał wszystko, oczy, podroby, wsio. I żył, i miał się świetnie.
Ludzki organizm to niewyobrażalnie plastyczny, skomplikowany i samoregulujący organizm. Gdy czegoś nie dostaje z zewnątrz, potrafi sobie sam syntetyzować. Np witaminy.
Skoro Twój żołądek przez lata przystosował się do jedzenia zepsutego mięsa, być może wyhodowałaś sobie odpowiednie bakterie, potrzebne do jego trawienia.
Psy np potrzebują zjeść raz na jakiś czas zepsute mięso. Jeśli go nie dostają, zaczynają zjadać kupy z trawników. Ponieważ w kale są bakterie, potrzebne im do trawienia. I jakoś to zepsute mięso nie dość, że im nie szkodzi, to jeszcze pomaga.
Aha, przypomniało mi się jeszcze. W Indiach żyje sekta, nie pamiętam, jak się nazywa. Zjadają zwłoki wyrzucone przez Ganges. Ponieważ nie wszystkie zwłoki w Indiach się pali, niektóre istoty nie zasługują na tak godny pochówek. Tych się zwyczajnie wrzuca do wody. Po jakimś czasie zwłoki są wyrzucane na brzeg, a święci mężowie wrąbują, aż im się oczy świecą. Jak dorwą czyjąś główkę, wciągają wszystko, jak rączkę, również. Surowe i zgniłe. Dożywają późnej starości.
Obrzydliwe 😨
Bon apetit