Od kiedy pamiętam moja matka dręczyła mnie psychicznie i fizycznie. Każdy błąd, gdy tylko coś poszło nie tak, kończył się krzykiem, serią wyzwisk albo uderzeniem. Nigdy to nie był "wychowawczy klaps". Dostałam po twarzy, kijem po żebrach czy ciągnięciem za włosy. Milczałam, przebaczałam każde jej zachowanie, nigdy nawet nie próbowałam się bronić. Mimo trójki rodzeństwa (nie mieszkają już w domu, jestem najmłodsza) nikt nie wiedział, nawet nie podejrzewał. Ojciec raz na jakiś czas coś widział, jakoś próbował uspokoić, ale nigdy nie było to skuteczne.
Okres świąteczny, wiadomo - gotowanie, sprzątanie, układanie, pakowanie. Pech chciał, że rozchorowałam się. Zapalenie pęcherza i zapalenie oskrzeli. Męczyło z dwóch stron, więc leżałam w łóżku całymi dniami. Dla mojej rodzicielki moje wycieńczenie i choroba nic nie znaczyło. Mam jej pomagać w sprzątaniu i koniec, a nie będę się tylko lenić. Odmówiłam, pierwszy raz chciałam się do końca wykurować i nie miałam siły. Dostałam złapanym laciem w twarz i szykowała się na kolejny cios. W tamtym momencie coś we mnie pękło. Cały ból, nienawiść wybuchły. Odepchnęłam ją od siebie. Moja matka straciła równowagę, ślizgając się na panelach i uderzyła plecami w kant komody. Ryk, kwik, ja dostałam w twarz od ojca, bo "uderzyłam matkę". Mamie nic się nie stało, lekko obite plecy i siniak. Wszystkim zdążyła się poskarżyć, że w domu ma potwora, że własną córka ją bije.Cała rodzina chce mnie zgłaszać na policję, procesy zakładać, bo "jestem agresywna" Powiedziałam, że już nie mogłam wytrzymać. Że matka mnie 17 lat biła, a ojciec nawet o pomocy nie wspomniał. Wszyscy albo udawali, że nie widzą, albo chcieli widzieć. Nikt mi nie uwierzył. A ci, którzy uwierzyli usprawiedliwiają matkę, że tak jest wychowana, że ja powinnam być mądrzejsza.
Jestem potworem w rodzinie, bo pierwszy raz się obroniłam. Bo odepchnęłam kogoś, kto robił mi krzywdę przez lata. Ale to nikogo nie obchodzi, bo podniosłam rękę na "mamę".
Długoletni związek z dziewczyną. Ja człowiek dieta, siłownia, bieganie, sport. Ona, seriale, domowe ognisko, kocyk, książka. Dogadywaliśmy się zawsze, byliśmy zgrani jak mało kto pomimo różnych totalnie sposobów spędzania wolnego czasu.
Od pewnego czasu zauważyłem, że moja K. zjada dużo ciastek, popija colą, brak ruchu do tego, no i mi dziewczyna zaczęła pęcznieć. Były płacze, że jest gruba i brzydka. Nie przeszkadza mi trochę więcej ciałka, zresztą ona zawsze była okrąglutka. Pocieszałem i pocieszałem, aż w końcu stwierdziłem, że rozpiszę jej dietę i plan treningowy. Przy czym użyłem niefortunnego stwierdzenia - 3 miesiące i będziesz mieć figurę modelki.
Zaczęła się wielka awantura, co ja sobie wyobrażam, jestem z nią tylko dla łóżka i obiadków i żeby nie być sam, że brakuje mi fit laski w domu, na które pewnie ciągle się gapię na siłowni.
Koniec końców afera rozrosła się do tego stopnia, że wkroczyły koleżanki i nastąpił zmasowany atak w moją szowinistyczną stronę. Ciało K. to jej sprawa, nikt z niej na siłę gwiazdy fitnessu robić nie będzie, amen. Skończyło się rozstaniem.
Zgadnijcie kto pół roku później wstawił na insta zdjęcie z figurą modelki po schudnięciu kilku ładnych kilogramów. I kto na Tinderze szuka "sportowego świra"?
Zdarza mi się pracować na nockach. Moje miejsce pracy znajduje się w dość odludnej części Warszawy, więc żeby zdążyć na autobus, muszę poinformować szefa o tym, że chciałabym wyjść kilka minut przed końcem zmiany. Mój narzeczony nalegał, że odbierze mnie z pracy samochodem, ponieważ niepokoił się o moje bezpieczeństwo. Czekałam na niego przez ponad pół godziny, przez cały czas próbując się dodzwonić, aż w końcu nieznajomy pan podszedł do mnie i zaproponował, że dostarczy mnie do domu. Widząc moją niepewną minę, wyjaśnił, że pracuje niedaleko i zna mnie z widzenia. Na wszelki wypadek wręczył mi gaz pieprzowy i nawet dokładnie poinstruował jak go użyć, żebym mogła poczuć się pewniej w jego towarzystwie.
Bezpiecznie dotarłam do mieszkania, w którym mój luby smacznie spał. Dopiero na miejscu zorientowałam się, że mała puszeczka z gazem była pusta.
Miałam dzisiaj problem jelitowy, dlatego jak tylko wybrzmiał dzwonek na przerwę, pobiegłam do toalety. Z tego pośpiechu pomyliłam drzwi i otworzyłam drzwi do niestety niezamkniętej na klucz toalety personelu. Zajętej. Otworzyłam z impetem, na całą szerokość. Cały korytarz licealistów (bo zdążyli już wylać się z klas) zobaczył spuszczone gacie matematyczki, największej żylety z całej szkoły.
Boję się iść jutro do szkoły.
Dziś w nocy obudził mnie zachrypły płacz dziecka dochodzący z drugiego pokoju. Chwilę zajęło mi przeanalizowanie tej sytuacji i dojście do tego, że jestem singielką i nie mam żadnego potomka. Leżałam skulona i trzęsłam się ze strachu, podczas gdy demoniczny ryk z salonu wiercił mi w czaszce dziurę. Modliłam się w myślach, błagałam chyba każdego znanego mi boga, aby ten koszmar wreszcie się skończył.
W końcu wzięłam się w garść i świecąc sobie telefonem poszłam do drugiego pokoju.
Okazało się, że mój perski kot Bazyl miał zły sen i wydawał z siebie te piekielne odgłosy. Obudzony spojrzał na mnie z wyrazem najgłębszej pogardy i obraziwszy się, poszedł spać do łazienki. Tej nocy nie zmrużyłam już oka...
Udzielam korepetycji dla dzieciaków z klas 3-8 ze wszystkich przedmiotów. Angielski, biologia, polski itp.
Mam tak dużo uczniów, że pracuję na 1/4 etatu +- 10 godzin, które robię w dwa dni. Resztę tygodnia poświęcam na korepetycje, wszystko jest płacone w gotówce, którą odkładam, ale nie w banku, bo wiadomo, że ktoś mógłby się zainteresować skąd takie wpływy. Jedna lekcja kosztuje od 30 do 60 zł, własnej działalności nigdy nie założę - mam swoje powody. Ale nie to w tym wszystkim jest anonimowe...
Moje wykształcenie jest mizerne - skończyłem zawodówkę, nie mam matury, studiów itp.
Dzieciaki mają coraz lepsze wyniki, poprawiają oceny, zdają na sprawdzianach. Do każdych zajęć przygotowuję się z internetem i książkami, jakich używają w szkole. Ale i to nie jest anonimowe.
Anonimowe jest to, że wystarczy tym dzieciom poświęcić trochę czasu - pokazać palcem w książce, gdzie są informacje, zachęcić do tego, by z nich korzystały i ewentualnie innymi słowami wytłumaczyć coś, czego nie rozumieją, ale rodzice wolą zapłacić obcej osobie, niż poświęcić tę godzinę czy dwie na wspólną naukę. Na wszystkie dzieci, z którymi pracuję max 15% przyznaje, że rodzice się z nimi uczą. Rekordzista pobiera korepetycje codziennie po 2 godziny. W tym czasie odrabiamy lekcje, robimy projekty, prezentacje, uczymy się wszystkiego, a rodzice w tym czasie oglądają dwa odcinki serialu.
Czy robię źle? Nie wiem, ale dochód 6-8 tys. na miesiąc łagodzi objawy wyrzutów sumienia.
Kiedy moja mama miała 19 lat, kilka tygodni po zdaniu prawa jazdy poszła do kawiarni. Wypiła kawę, zjadła ciastko, wyszła, wsiadła w auto i odjechała. Zaraz za nią wybiegł wysoki mężczyzna i też wsiadł w auto. Mama zauważyła, że mężczyzna jedzie za nią. Początkowo się tym nie przejęła i jechała w stronę domu. Mężczyzna ciągle jechał za nią. Żeby sprawdzić, czy jej nie śledzi, skręciła cztery razy w tę samą stronę (zrobiła kółko), a on dalej jechał za nią! Przestraszona wcisnęła gaz i pojechała prosto do domu. Wybiegła z auta, szybko otworzyła drzwi. Przez okno zauważyła, że mężczyzna wysiada z auta i idzie w stronę domu. Przerażona mama chciała zadzwonić na policję, ale nie mogła znaleźć torebki i telefonu. W tej chwili chłopak zadzwonił do drzwi i... oddał jej zgubę.
Co tu dużo mówić... Teraz są małżeństwem od 16 lat i mają trójkę dzieci :)
Muszę to z siebie wyrzucić, bo jak na razie siedzę i ryczę.
5 lat temu wyprowadziłam się z domu. Niedaleko wprawdzie, ale praca nie pozwalała mi na częste odwiedziny u mamy. Zazwyczaj było to trzy razy w miesiącu.
Moja mama ma dwa psy, które już są staruszkami. Niedowidzą, niedosłyszą, a jeden z nich w typie owczarka ma problemy ze stawami. Mama ma dom. Psy mieszkają na podwórku, mają duże ocieplone budy ze słomą, więc na pewno nie jest im zimno. Jak są silniejsze mrozy, to brane są do przedsionka w domu.
Do tej pory, kiedy ją odwiedzałam, nie działo się nic niepokojącego. Psy wyglądały normalnie.
Wczoraj odwiedziłam mamę po trzech miesiącach nieobecności. To był grudzień, wieczór. Akurat musiałam na nią poczekać, więc poszłam na podwórko do psów się przywitać i zobaczyć, jak się mają. Kiedy jeden z nich wyszedł z budy, nie wierzyłam w to co widzę. Tak jak pisałam, pies w typie owczarka niemieckiego. Sama skóra i kości. Żebra aż wychodziły i odciskały się na klatce. Brzuch zapadnięty. No szkielet. Drugi pies z racji tego, że miał dużo sierści wyglądał dobrze, ale kiedy mu się przyjrzałam, również zobaczyłam, że jest strasznie chudy.
Niewiele myśląc poszłam do domu i zaczęłam szukać jedzenia dla nich. Nie znalazłam niczego, więc w samochód i do sklepu. Kupiłam puszki, karmę suchą, kasze i przygotowałam im w domu posiłek.
Psy jadły, aż im się uszy trzęsły. A ja stałam i płakałam. Mieszkam w małym mieszkaniu w bloku i nie mogę ich zabrać do siebie. Z mamą rozmawiałam, mówi, że je karmi. Jak to stwierdziła "dostały rano".
Potem jak dopytałam, to okazało się, że psy dostały jakieś resztki gotowanego kurczaka, którym nie wiem, czy york by się najadł, a co tu mówić o dwóch dużych psach.
Oczywiście awantura, bo dla niej to tylko psy i nic im nie będzie, i że miała im dać po przyjściu z pracy, czyli o 22! I to też miała być paczka kaszy na dwa psy...
Nie docierają do niej żadne argumenty. To typ osoby, która zatrzymała się w latach, gdzie psy trzymano na łańcuchu i służyły tylko do pilnowania. Pytam ją: czy tak wygląda zdrowy pies? Skóra i kości? Co usłyszałam? Że taką ma widocznie budowę... Teraz wiem, że będę w domu codziennie. Nie wiem jak to zrobię, ale nie pozwolę, by one głodowały. Przykro mi, że robi to moja matka, która zawsze lubiła zwierzęta.
Mam z mamą tylko trzy wspomnienia, opiszę dwa. Jedno - tata rzuca nią o drzwi, drugie - odwiedzamy ją w szpitalu, a ona pokazuje tacie swój siny pośladek.
Mama opuściła mnie i dwoje mojego młodszego rodzeństwa, kiedy miałam jakoś 4-5 lat, zmarła jak miałam 8. Jak miałam 11, to trafiliśmy do domu dziecka.
Tata często pił, a w domu bieda. Po szkole bałam się wracać, bałam się i martwiłam, czy nie zrobi krzywdy sobie, nam i innym. Czułam się ciągle odpowiedzialna. Pamiętam jak w łazience spadł bojler, który mógł zabić któreś z nas, a tata po pijaku próbował go naprawić, prosiłam, by zrobił to na trzeźwo. Kiedy szarpał się po pijaku z kolegą, weszłam między nich - wylądowałam w rowie. W szkole bałam się złapać kontakt z rówieśnikami. Czułam się obca i inna, bo wierzyłam, że dziwne rzeczy dzieją się tylko u nas. Byłam wycofana. Chodząc po wsi patrzyłam na inne domy i wyobrażałam sobie, że żyją tam moi znajomi i „mają normalnie”. Na lekcjach byłam zawieszona, w swoim świecie.
Tata bił, bo był agresywny. Krzyczał nade mną, kiedy pisałam krzywo litery. Walnął głową o kant szafki, kiedy nie mogłam ze strachu przeczytać kwestii w komiksie. Raz tata wziął mojego najmłodszego brata i przyłożył mu nóż. Zapytał się mnie i siostry „mam? mam?”. Błagałyśmy, żeby tego nie robił, a on odciął mu guzik od koszuli i się śmiał. Kiedy tata mówił, że trafimy do domu dziecka jak się będziemy źle zachowywać, to cieszyły mi się oczy.
Tata bił, więc pojawiały się pytania o siniaki. Kazał mi mówić, że spadłam ze schodów, więc tak mówiłam. Nie wiem, czy nawet sama nie zaczynałam wierzyć w tę wersję. Za każdym razem jak byłam dopytywana, co się dzieje w domu, to mówiłam, że wszystko OK. Nie do końca rozumiem, czemu tak robiłam. Dopiero jak sąsiedzi w moim wieku powiedzieli, że też są w domu bici i dali odczuć, że to normalne (oczywiście ściemniali, aby to ze mnie wyciągnąć, nie wiem jak na to wpadli, ale chyba dzięki temu trafiliśmy do domu dziecka), to wtedy powiedziałam co i jak.
Kiedy przyjechali po nas socjalni, to mówili, że nigdy nie widzieli, żeby dzieci się cieszyły, że opuszczają dom.
Kiedy mieszkałam u taty, miałam same jedynki z matematyki na początku czwartej klasy. W domu dziecka okazało się, że z matematyki jestem najlepsza. Teraz (mam między 20-30 lat) trzymam ludzi na dystans, mam problemy z samooceną. Nie przepadam za rówieśnikami i starszymi, wolę ludzi młodszych, otwartych, boję się oceny. Mam problemy emocjonalne, stresuje mnie wiele rzeczy, ale nie jest najgorzej. Nie potrafię utrzymać przyjaźni lub wejść w nią, bo wymaga to szczerości i otwartości.
Chciałam jak najlepiej pokazać jak wygląda w praktyce to, co wiadomo z teorii, aby i nauczyciele, i osoby widzące krzywdzone dzieci wynalazły jakiś sposób na dzieciaka, aby do niego dotrzeć.
Jeżeli wydaje się Wam, że czytaliście wszystko i nic Was nie zaskoczy... postanowiłam wyznać. Obrzydliwe, bardzo obrzydliwe, na wstępie proszę o nieatakowanie mnie i nieobrażanie. Robię coś, co mnie... cieszy, nikogo nie krzywdzę, złote rady i cenne uwagi mogę włożyć między bajki.
Mam bardzo rozbudowaną swoją osobistą "sferę intymną". Robię sporo rzeczy nietypowych, które po prostu sprawiają mi przyjemność. Jeszcze jako nastolatka wiedziałam, że ogromną przyjemność sprawia mi strumień cieplej, prawie gorącej wody skierowany między nogi. Od czasu do czasu masowałam nim okolice intymne. Z czasem naturalnie wprowadziłam inne działania, tak że to co robię nie wydaje mi się wypaczeniem, bo wprowadzałam to etapami. Aktualnie gdy chce mi się siusiu, a jestem w swoim mieszkaniu, zamiast korzystać z toalety siadam na brzegu wanny, opieram rozłożone szeroko nogi o przeciwległy brzeg i oddaję mocz jednocześnie kierując na dziurkę strumień cieplej wody. Ciepło pobudza i wzmaga parcie, ten moment bardzo mnie odpręża. Od pewnego czasu poszłam o krok wyżej - gdy kupa, to również robię ją do wanny, stymulując parcie ciepłą wodą. Odkręcam słuchawkę prysznica i cienką końcówkę ((wężyk) wkładam sobie w odbyt. Gdy kupa jest twarda i zbita (czuję to jeszcze zanim usiądę na wannie), to po wszystkim zbieram ją w papier i spuszczam w toalecie. Kupy o luźniejszej konsystencji wlewam partiami do odpływu. Lubię wtedy pooglądać, co ciekawego ze mnie wychodzi. Strumień wody jest dość mocny, woda zbiera się w środku i taka trzymana kupa wychodzi szybko i w większej ilości, przy twardszych kawałkach jest to łatwiejsze do wydalenia. Mieszkam sama, wannę zawsze dezynfekuję, łazienkę wietrzę, a kąpać się i tak wolę w kabinie. Robię to od jakiegoś czasu, więc początkowe zahamowania czy obrzydzenie już minęły. Niemniej wczoraj i siebie zaskoczyłam. Po miękkiej kupie jeden z kawałków nie leciał w stronę odpływu. Wzięłam go do ręki (nie brzydzi mnie to już wcale). To była guma do żucia, którą połknęłam stojąc rano w korku. Wydalona o 14 - rozciągnęłam ją na palcach i powąchałam. Po 8 godzinach nie zmieniła konsystencji i wciąż pachniała miętą.
Dodaj anonimowe wyznanie