#nLipD

Rys sytuacyjny: Dobrze zarabiam, mam odziedziczone duże mieszkanie (dostaliśmy je z bratem, ale on wolał życie w innym mieście, to go spłaciłem).

Niedawno byłem na spotkaniu rocznicowym ze studiów. Poprzypominało się stare znajomości. Niedługo potem zagadała do mnie znajoma z czasów studiów. Kiedyś się w niej podkochiwałem, ale zawsze trzymała mnie na dystans, w takim "friendzonie". Teraz się do mnie dużo cieplej odnosiła. Od słowa do słowa i umówiliśmy się na kawę.
Po paru spotkaniach wylądowaliśmy u mnie na mieszkaniu. Poszło parę butelek wina. Po fikołkach obaliliśmy jeszcze co nieco z procentami. I będąc już mocno "pod wpływem" znajoma wyznała, że ona chciałaby się do mnie wprowadzić.... wraz z dziećmi. Odkrycie - ma ich troje, wszystkie z innymi ojcami (jak jeden mąż po dowiedzeniu się o ciąży wszyscy zwiali od niej, tylko jeden przez jakiś czas płacił coś na dzieci, a potem też dał dyla). Jak to mi ładnie nakreśliła, mieszkaliby sobie ze mną, na mój koszt (bo przecież nie będzie płacić), a ona pozwalałaby mi ze sobą sypiać. Do czasu, aż znajdzie sobie kogoś lepszego (nie powiedziała tego wprost, ale jasno wynikało z kontekstu).

Jest ranek. Siedzę sobie na klopie i kontempluję: laska chciała sobie ze mnie zrobić bankomat i opiekę społeczną do czasu, aż pojawi się jakiś książę z bajki. No normalnie ubieram trampki i lecę. Przecież to taka okazja na zafundowanie sobie utrzymanki... Czekam tylko aż się zbudzi i wywalę jej smutne dupsko za drzwi. Dzięki bogu nie byłem zbyt pijany i gumkę sam zakładałem, a po wszystkim wywaliłem do toalety, tak że żadnych "wpadek" nie będzie.

Szczerze - dotąd myślałem, że te historie o "madkach z bombelkami" to takie internetowe heheszki.

#LlaPQ

Jako pracownik przemysłu w sektorze prywatnym chciałbym pozdrowić ludzi decyzyjnych z ulicy Wiejskiej.

Mój system pracy można określić jako ruch ciągły 3-zmianowy (4-brygadowy), co w praktyce oznacza, że od 23.12 do 26.12 grudnia przypadła mi druga zmiana (godziny 14-22), natomiast w sylwestra zmiana nocna. Pracodawca rozważał zatrzymanie produkcji, ale zrezygnował z tego pomysłu. Jak wynika z nieoficjalnych wiadomości, decyzję taką podjął, ponieważ w święta prąd jest o połowę tańszy.

O ile sylwester jest czymś opcjonalnym, o tyle święta mają dla mnie, jak i wielu innych pracowników, o wiele większą wartość. Śmieszy mnie zatem, gdy słyszę jak trzeba było w sposób prawny uregulować dni otwarcia sklepów, by dać pracownikom tej branży wolne niedziele, by - jak to się najczęściej argumentuje - "mieli czas, żeby móc spędzić go z rodziną".

Nie mam tutaj żalu do pracowników sklepowych, zresztą nie jednemu się to prawo nie podoba. Chciałem tylko podjąć temat i zastanowić się, dlaczego jedna grupa zawodowa sektora prywatnego otrzymuje z urzędu wolne w większość niedziel w roku, a o innych nawet się nie wspomni?

#9NZYs

Historia, przez którą jestem zarówno zażenowana, jak i pogrążona we wstydzie.

Jestem z moim chłopakiem 3 miesiące, przyszedł właśnie czas na pierwsze odwiedziny w jego rodzinnym mieście - standardowy obiadek u mamusi, który przeciągnął się do późnego wieczora. Przyjemna, ale za bardzo katolicka 55-latka.

U niego toaleta i łazienka to dwa oddzielne „pokoje” - nic nadzwyczajnego, ale od tego zaczął się mój dramat.
W toalecie nie było umywalki, a potrzebowałam jej pilnie - ponieważ to był czas na wypłukanie kubeczka menstruacyjnego.
Poszłam do łazienki i zastanawiam się co tu zrobić? Zwłaszcza że łazienki i toalety nie mają nawet zamka w drzwiach, ale skoro podobno „widać, że się świeci”, to postanowiłam przejść do akcji.
Rozbieram się, kucam nad beżowym dywanikiem (małe pomieszczenie nie było innej możliwości - zresztą co może się stać...).

Nie, nie wylała mi się zawartość przy wyciąganiu - to chyba nawet nie jest możliwe.
Wszystko wylało się na dywan, gdy moja przyszła albo niedoszła teściowa szarpnęła za drzwi - twierdząc, że myślała, że się tylko poprawiam, a jesteśmy prawie rodziną.

Gdy zobaczyła co się stało, wpadła w furię. Zaproponowałam, że odkupię dywan, że mi wstyd, że przepraszam, że się przestraszyłam, gdy wchodziła. Jednak okazało się, że wcale o to nie chodzi. Taki kubeczek to przecież urządzenie szatana, krzyczała, wrzeszczała, zawołała mojego chłopka i pokazuje na mnie palcem, że właśnie tak wygląda dziwka. Jak takie coś mi się mieści, to na pewno już nie jestem dziewicą - a z kimś takim nie można żyć. Szkoda, że razem sypiamy, szkoda, że nie potrafił się do tego przyznać matce (zwłaszcza że jest 5 lat starszy ode mnie, czyli ma 27 lat ), szkoda, że mamusia mnie wyrzuciła z domu i jedynie pozwoliła Markowi zawieźć mnie na pociąg i szkoda, że był potulny jak baranek i posłuchał mamusi.

Teraz dzwoni i przeprasza, a ja nie wiem co robić - jestem zakochana, ale takiego maminsynka i takiego hipokryty w życiu nie spotkałam... Dlaczego hipokryty? Zasłania się Bożym prawem i innymi takimi rzeczami - a poznałam go na Tinderze w wiadomym zamiarze - nawet nie udawaliśmy, że to randka, ja chciałam spróbować jak to jest po paleniu. skoro tak to rekomendował. Było bajecznie, zakochaliśmy się, a rozstaniemy się albo już się rozstaliśmy - sama już nie wiem, przez głupią miesiączkę.

#5L19R

Mam o 3 lata starszą siostrę. Ludzie zawsze mówili, że dostałam te "lepsze geny". Niestety muszę się zgodzić. Jestem bardzo atrakcyjną młodą kobietą, a moja siostra... cóż, urodą nie grzeszy. Nie będę udawała skromnej, bo niestety do tego zmierza wyznanie. Mój wygląd jest moim przekleństwem. Nie ma tygodnia, gdzie nie byłabym zaczepiona w nachalny sposób przez jakiegoś faceta. Nie będę opisywała najgorszych zachowań, ale w tym wyznaniu skupię się na jednym z nich.

Moja siostra mieszka od dwóch lat w Niemczech. I właśnie kilka miesięcy po przeprowadzce poznała Marka. Oboje zakochali się w sobie i planują ślub. Bardzo mocno im kibicowałam. W ostatnie wakacje siostra złożyła mi propozycję wyjazdu do niej na wakacje. Zgodziłam się. Przez pierwszy tydzień było super. Później Marek zaczął prawić mi dziwne komplementy o moim ciele. Starałam się nie zwracać na to szczególnej uwagi. Później, gdy moja siostra była w pracy, on w mieszkaniu wchodził do mojego pokoju gdy spałam pod byle pretekstem. Zaczął mi mówić, że taka dziewczyna jak ja się marnuje, że na pewno brakuje mi partnera i powinnam jakiegoś sobie znaleźć.
Tydzień przed moim wyjazdem chciałam pożyczyć od niego pewną rzecz. Zapukałam do jego pokoju, a on powiedział, że zaprasza. Gdy weszłam, ujrzałam Marka stojącego nago. Przeprosiłam, zamknęłam drzwi i unikałam go aż do wyjazdu.

Nie wiem jak mam się zachować. Moja siostra po wielu latach znalazła kogoś, z kim jest szczęśliwa. Powinnam to przemilczeć i nadal mieć problemy ze snem czy jednak powiedzieć jej biorąc pod uwagę opcję, że mnie znienawidzi sądząc, że ja go uwiodłam?

#9gEhi

Jestem kobietą parę lat po trzydziestce. Lubię swoje życie, jestem z niego dumna. Lubię ludzi, mam sporo znajomych, dwoje świetnych przyjaciół, a od dość dawna jest w nim też pewien wyjątkowy mężczyzna. Niedawno dostałam wymarzoną pracę, a dzięki wytrwałości udało mi się także jakiś czas temu sfinalizować kupno niedużego, ale bardzo przyjemnego mieszkania bez kredytu. Lubię próbować nowych rzeczy, a praktycznie w każdy poranek budzę się z bananem na ryjku. Ludzie z pracy i spoza niej widzą we mnie optymistkę, marzycielkę i po prostu kogoś, dla kogo nie ma rzeczy niemożliwych. Spokojnie, kochani, to nie tak, że w głębi duszy ukrywam ciężką depresję i tak naprawdę jedynie udaję szczęśliwą.

Fakt, przez większość mojego młodzieńczo-dorosłego życia nie było przyjemnie - bardzo przykra atmosfera w domu, wieczne porównywanie z kuzynem, który we wszystkim był lepszy, ciągłe dogryzanie, a za nawet nieduże przewinienie kary fizyczne. W szkole ciężko mi było znaleźć znajomych, a często byłam wręcz wyszydzana, nie sprostałam trzem kierunkom kompletnie różnych studiów, słabo szło mi szukanie pracy i... W ogóle, kompletnie się w życiu pogubiłam. Tak, miewałam bardzo, bardzo niedobre myśli, by się skrzywdzić. A jednak nie poszłam do psychologa, dziś zaś jestem szczerze szczęśliwa lub przynajmniej bardzo zadowolona z samej siebie, mimo że nie tonę w pieniądzach i nie mam wyglądu klasycznej bogini.

Pewnie spytacie, co tu anonimowego. Chodzi zaś o to, co mnie odmieniło - a była to pewna dziewczyna. Jej pewność siebie, żywiołowość, wytrwałość i odwaga - słowem, całe jej podejście do życia - absolutnie mnie zainspirowały. Chciałam być taka jak ona. Stała się dla mnie wzorem do naśladowania i tak, powoli i nieśmiało, zaczęłam to robić. Gdy trafiałam na sytuacje, które mnie przerastały i przez które jeszcze kiedyś chowałabym się w sobie i uciekała, zadawałam sobie pytanie, co ona by zrobiła, po czym sama tak postępowałam. Gdy dobijała mnie codzienność i szara rzeczywistość, myślałam o niej i o tym, co by teraz mogła robić. Z czasem zauważyłam pozytywne zmiany w swoim usposobieniu, które zaczęły przedkładać się na pozytywny odzew otoczenia.

Lubię ją rysować, czasem uczeszę się jak ona i po prostu cieszę się, że ktoś taki jak ona zaistniał.

Głupio się tylko przyznać na głos, że chodzi o fikcyjną, w dodatku animowaną postać... A jeśli was to interesuje - zmienić swoje życie na lepsze pomogła mi Anna z "Krainy lodu". Wiecie, nie mam problemu z tym, że jednym z moich hobby jest oglądanie bajek, ale uczynienie jednej z ich bohaterek swojej idolki trochę mnie zawstydza.

#goLJG

Jestem menadżerem w maku.
W naszej restauracji pracują głównie młodzi ludzie, którzy są studentami (ja również studiuję) i przy tym totalnie sympatycznymi i inteligentnymi ludźmi.
To, z jakim chamstwem spotykamy się codziennie ze strony naszych gości, doprowadza mnie do szału.

Czy Wy, jako klienci, wychodzicie od razu z założenia, że jak mak, to pewnie debile? Bardzo trudno utrzymać mi spokój i cierpliwość, kiedy za każdym razem spotykam się z wyzwiskami i totalną chamówą, bo ktoś nie dostał ketchupu albo w coli jest lód, a miało nie być. I te wszystkie komentarze "no tak, przecież tu czytać nie umieją". Serio? Klienci w maku zachowują się jak jakieś bydło, a wobec siebie oczekują uprzejmości. Ulewa mi się słuchania tych pierdół (z których i tak później się śmiejemy, bo co nam pozostaje?). Kompletnie nie ma przecież problemu z rozwiązaniem problemu czy wymianą czegokolwiek, wystarczyłoby normalnie zgłosić pomyłkę i tyle. ALE LEPIEJ ZROBIĆ OD RAZU AWANTURĘ I WYRWAĆ JAK NAJWIĘCEJ ZA DARMO. Wyzwać od idiotów, debili, rzucić czymś, czy też rozrzucić jedzenie. Albo wytykanie palcem ludzi innego koloru czy obcokrajowców? Żenujących zachowań jest od groma. Zawsze staję w takich sytuacjach w obronie pracownika i tym samym jestem mieszany przez gości z błotem. Praca w maku (wbrew utartym stereotypom) do łatwych nie należy - wszystko w ogromnym pośpiechu, częste braki kadrowe, a przy tym duży ruch. Smutne jest, jak bardzo ludzie nie szanują pracy innych, bo przecież "to tylko mak".

#AW0zB

Kiedy miałem kilka lat, a w telewizorze były 2, góra 5 kanałów, z utęsknieniem czekałem na 2 rzeczy: bajki i filmy przyrodnicze (najlepiej z Davidem Attenborough). Kochałem przyrodę i wszystkie zwierzęta, co dawało ciekawe skutki: nie chciałem jeść kotleta na obiad - bo to ze świnki, która kiedyś żyła. Gdy dostawałem kanapki z szynką lub kiełbasą, mięso zdejmowałem i dawałem podwórkowym kotom. Nie dawałem się myć gąbczastą myjką, bo byłem przekonany, że została zrobiona z ciała jakiejś niewinnej, oceanicznej gąbki.

Gdy pewnego razu przed świętami (miałem może z 6-7 lat) zobaczyłem na środku kuchni wielką balię wypełnioną wodą, a w niej dorodnego, żywego karpia, od razu zapaliła mi się czerwona lampka. Postanowiłem, że muszę ocalić tę biedną rybę, a żeby się to udało, wprowadziłem w życie dość wyrachowany plan: zacząłem się zachwycać, że Mikołaj spełnił moje marzenie i podarował mi pod choinkę rybkę. Obwieściłem całej rodzinie, że karp dostał na imię Wojtek, że od tej pory będzie moim najlepszym przyjacielem. Spędzałem z nim mnóstwo czasu, czule do niego przemawiałem, karmiłem chlebem, dolewałem świeżej wody i z niewinnymi oczami sugerowałem dorosłym kupno jakiegoś większego akwarium i świeżych wodorostów. Moja starsza o 8 lat siostra i babcia uważały to oczywiście za urocze i dość zabawne i nie wyprowadzały mnie z błędu. Mama i dziadek starali się nie komentować. Wierzyłem, że moja protekcja wystarczy by uratować karpia i moi bliscy ze względu na mnie nie zrobią mu nic złego.

Niestety tradycji musiało stać się zadość i 24 grudnia odnalazłem poćwiartowane zwłoki Wojtusia w lodówce. Przepłakałem całą wigilię, szczególnie spazmatycznie, gdy podano ciało mojego przyjaciela w panierce i dziadek kazał mi przestać marudzić i zjeść ("Boże!!! zjadacie Wojtusia!" "jak mogliście!"). Nie dawałem się pocieszyć ani wytłumaczyć. Dostałem w końcu opieprz od mamy i usadzili mnie pod choinką z klockami Lego. Wywalczyłem tyle, że od tej pory nigdy więcej nie pojawił się w domu żywy karp - zaczęli kupować już wypatroszonego.

Nie mam z tego powodu jakiejś wielkiej traumy, jak łatwo się domyślić, zostałem w dorosłym życiu wegetarianinem, choć (i tu najbardziej anonimowa część) raz na kilka, kilkanaście miesięcy, gdy nikt nie patrzy, upijam trochę rosołu lub wsuwam małe sushi. Moi bliscy na prawie każdej wigilii wspominają historyjkę jak myślałem, że kupiono mi rybkę pod choinkę i jaki to byłem słodki i naiwny.

#cOF7w

Piszę to wyznanie i targają mną okropne emocje. Opowiem Wam historię mojego życia i o tym, jak zabrano mi ukochaną osobę.

Moja dziewczyna zaczęła się skarżyć na bóle w podbrzuszu, miewała plamienia i czasem krwawiła po stosunku. Jak najszybciej wysłałem ją do ginekologa. Dziewczyna tłumaczyła, że czasem kobiety tak mają, że to się zdarza. Zwyczajnie nie chciała iść. Przekonałem ją po długich rozmowach. Na NFZ nie było co czekać, poszła więc prywatnie. W trybie pilnym skierowano ją na cytologię. Po około 10 dniach mamy wynik. Rak szyjki macicy. Złośliwy. Tutaj żadne pieniądze nie grały roli. Prywatna klinika. Chciałem, żeby ktoś ją ratował.

Z tych 6 miesięcy pamiętam niewiele. Widziałem tylko ból w jej oczach i strach. Tak okropnie się bała... Miała operację, radioterapię, chemioterapię. Nic - stan mojej dziewczyny ciągle się pogarszał. Ten skur...el nie dawał za wygraną. Wycięto jej macicę. Niestety wszystko to na nic. Pojawiły się przerzuty do płuc. Zawaliłem uczelnię, zwolniono mnie z pracy, bo ciągle u niej siedziałem. Kochałem ją tak mocno... Nie mogłem patrzeć, jak leżała taka blada, z sinymi, suchymi ustami. Jej zapadnięte oczy wołały o pomoc. A ja nie umiałem pomóc.

Próbowała walczyć, czasami wyglądała, jakby nic jej nie było. Wierzyłem, że jest na tyle silna, że jej się uda. I tutaj nie będzie dobrego zakończenia. Zmarła. Najważniejsza osoba w moim życiu. Kochałem do granic, całym sobą. Planowaliśmy dom, rodzinę. Codziennie chodzę na jej grób. Dziś miałaby 23 lata. Śpij, mój Aniołku.

#3IkwL

Od kiedy pamiętam moja matka dręczyła mnie psychicznie i fizycznie. Każdy błąd, gdy tylko coś poszło nie tak, kończył się krzykiem, serią wyzwisk albo uderzeniem. Nigdy to nie był "wychowawczy klaps". Dostałam po twarzy, kijem po żebrach czy ciągnięciem za włosy. Milczałam, przebaczałam każde jej zachowanie, nigdy nawet nie próbowałam się bronić. Mimo trójki rodzeństwa (nie mieszkają już w domu, jestem najmłodsza) nikt nie wiedział, nawet nie podejrzewał. Ojciec raz na jakiś czas coś widział, jakoś próbował uspokoić, ale nigdy nie było to skuteczne.

Okres świąteczny, wiadomo - gotowanie, sprzątanie, układanie, pakowanie. Pech chciał, że rozchorowałam się. Zapalenie pęcherza i zapalenie oskrzeli. Męczyło z dwóch stron, więc leżałam w łóżku całymi dniami. Dla mojej rodzicielki moje wycieńczenie i choroba nic nie znaczyło. Mam jej pomagać w sprzątaniu i koniec, a nie będę się tylko lenić. Odmówiłam, pierwszy raz chciałam się do końca wykurować i nie miałam siły. Dostałam złapanym laciem w twarz i szykowała się na kolejny cios. W tamtym momencie coś we mnie pękło. Cały ból, nienawiść wybuchły. Odepchnęłam ją od siebie. Moja matka straciła równowagę, ślizgając się na panelach i uderzyła plecami w kant komody. Ryk, kwik, ja dostałam w twarz od ojca, bo "uderzyłam matkę". Mamie nic się nie stało, lekko obite plecy i siniak. Wszystkim zdążyła się poskarżyć, że w domu ma potwora, że własną córka ją bije.Cała rodzina chce mnie zgłaszać na policję, procesy zakładać, bo "jestem agresywna" Powiedziałam, że już nie mogłam wytrzymać. Że matka mnie 17 lat biła, a ojciec nawet o pomocy nie wspomniał. Wszyscy albo udawali, że nie widzą, albo chcieli widzieć. Nikt mi nie uwierzył. A ci, którzy uwierzyli usprawiedliwiają matkę, że tak jest wychowana, że ja powinnam być mądrzejsza.

Jestem potworem w rodzinie, bo pierwszy raz się obroniłam. Bo odepchnęłam kogoś, kto robił mi krzywdę przez lata. Ale to nikogo nie obchodzi, bo podniosłam rękę na "mamę".
Dodaj anonimowe wyznanie