Parę lat temu miałam dość spory kryzys emocjonalny, więc moje przyjaciółki wyciągnęły mnie na imprezę do jakiegoś badziewnego klubu. Zupełnie nie mój klimat, nie mój typ muzyki i nie moje towarzystwo. Jednak miło się zaskoczyłam, bo jeszcze tego samego wieczora poznałam tam Adama - przemiłego faceta, który nie tylko był bardzo inteligentny i przystojny, ale i ujął mnie swoją troskliwością.
Przegadaliśmy parę godzin. Troszkę się upiłam, puściły hamulce i wylądowaliśmy u mnie w domu i co tu dużo mówić - przespaliśmy się ze sobą. Rano, kiedy Adam wychodził do siebie, zapytałam go, czy spotkamy się kiedyś jeszcze raz. Powiedział, że nie, bo „gardzi łatwymi laskami z dresiarskich klubów”.
Od zawsze chciałam mieć zwierzyniec w domu - psa, najlepiej dwa, jakieś gryzonie i być może kota. Uwielbiam zwierzaki, a partner, z którym mieszkam od dłuższego czasu to marzenie podzielał. Sam od dziecka miał wspaniałego psiaka, którego rok temu niestety trzeba było uśpić - starość, niewydolność wątroby i stawów niestety za bardzo go męczyły.
Zwierzyniec mamy, a jakże, ale niekoniecznie celowo - zaczęło się od mojego domowego psa, po drodze wpadły szczury (wybór był prosty - albo je zgarniamy, albo lecą na karmówkę). Rok temu doszedł też porzucony szczeniak, który miał być na tymczas, ale za bardzo skradł serca nasze i naszego starszego psiaka, aby go wydać gdziekolwiek.
I wszystko byłoby super, spacery, opieka i reszta to dla mnie sama przyjemność.
Uwielbiam spędzać z nimi czas, szkolić, bawić się i przytulać przy oglądaniu serialu. Jednak mój luby czuje się zazdrosny i pominięty. Twierdzi, że czulej odnoszę się do zwierzaków, że chętniej je poprzytulam i popieszczę, niż skupię się na nim. To nie tak, że go ignoruję czy po prostu żyję obok niego, każdy w swoim świecie. Fakt - pracuję także w weekendy i skokowo, raz ranki, raz popołudnia, co trochę utrudnia regularne przesiadywanie razem. Jednak staram się i robię co mogę, aby i związku nie zaniedbać.
Ostatnimi czasy, zirytowana wytykami i narzekaniami, zaczęłam traktować go jak pupila. Drapałam za uszkiem, pod szyjką, gilgotałam niczym szczurki po brzuszku. Zwracałam się równie czule i pieszczotliwie jak do psiaków. Brakowało tylko szkolenia i sprzątania kuwet, ale nawet spacer (oczywiście luzem) zaliczyłam.
Podziałało. Od miesiąca jest cisza na temat nierównego traktowania, sam więcej czasu poświęca na pomaganie przy zwierzakach. Można powiedzieć, ze oboje wygraliśmy - ja mam spokój, on dzięki wkładowi własnemu ma mnie częściej i na dłużej.
Właśnie odkryłam, że w mieszkaniu, które wynajmuję od ponad pół roku, znajdują się kamery umieszczone wymyślnie wewnątrz LED-ów w podwieszanym suficie. W łazience oraz sypialni, po której często chodzę nago. No, chodziłam.
Człowiek, jak idzie na pierwsze studia, nie jest jeszcze mentalnie dorosły. No - zazwyczaj, bywają wyjątki, ale ja nim nie byłam. Przez pierwszy rok byłam studentką-nastolatką, miałam nastoletnie zachcianki, mało kiedy byłam poważna (nie chodziłam codziennie na imprezy, nie ten typ człowieka).
Moje studia nie są kierunkiem popularnym, na drugim semestrze (a więc letnim semestrze PIERWSZEGO roku) zostało nas sztuk piętnaście. Mimo to na ćwiczeniach z przedmiotu matematycznego rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Tam, gdzie ja poszłam, było na starcie 7 osób, ale w kwietniu już tylko trzy. Z różnych powodów ludzie odchodzili, najczęściej dlatego, że to jednak trudne studia.
Właśnie na tym przedmiocie prowadzącego ćwiczeń polubiłam aż za mocno. :') Prowadzący młody, mający naprawdę ogromną wiedzę, ale będący trochę nieśmiałym człowiekiem. Często uśmiechał się, kiedy ja próbowałam przekazać swoje myśli w sposób bardzo chaotyczny i... chyba to urzekło mnie w nim najbardziej. Niestety, widziałam na jego palcu obrączkę, więc wielkich nadziei sobie nie robiłam - ot, cieszyłam się z zajęć z nim.
Jednego kwietniowego (a może majowego? nie pamiętam) dnia przyszłam na zajęcia dość śpiąca, mająca jedno zadanie. Tak się zdarzyło, że byłam sama, zaś po przedstawieniu zadania dostałam kolejne, trudne i żmudne, a śpiący mózg nie pomagał. Ale się udało, przeliczyłam.
I wiecie co zrobiła moja nastoletnia osoba po skończeniu obliczeń? Odłożyłam kredę, odwróciłam się do stojącego obok wykładowcy i go przytuliłam. Ot tak, po prostu, zdziwiony był niesamowicie, ale ostatecznie nie zganił mnie ani nie nawiązał do tego słownie.
Po trzech latach na innym przedmiocie znów dostałam tego prowadzącego na ćwiczenia. W jego obecności nie do końca wiem jak się zachować. Widzę, że on też ma ten problem. Chyba dalej to pamięta. :')
Nigdy nie grzeszyłam gracją ani zwinnością. Wiem, że pewnego dnia zabije mnie podłoga.
Przechodząc do rzeczy: chodzę do liceum. Jak to w życiu bywa, moja najlepsza przyjaciółka poszła na profil ścisły, a ja humanistyczny, a co za tym idzie trafiłyśmy do innych klas. Tego dnia akurat miałyśmy lekcje w salach obok. Jej klasa weszła już do środka i czekała na nauczycielkę, a jako że mój nauczyciel ma taki sam problem z punktualnością jak ja z chodzeniem, to postanowiłam zajść do klasy koleżanki. Zajęłam miejsce obok niej i kontynuowałyśmy nasze rozmowy o problemach żywcem z polskich seriali paradokumentalnych. Pogaduchy trwały w najlepsze, aż do czasu wejścia nauczycielki. Nawet na mnie nie zerknęła i zaczęła grzebać w swoim biurku. Postanowiłam wykorzystać okazję i przyjmując przygarbioną pozycję mohera commando zaczęłam skradać się do drzwi. Będąc już przy ostatnim skręcie i wyciągając rękę w stronę klamki wiedziałam, że misja skończy się niepowodzeniem, zdążyłam schować tylko zęby. Łupnęłam na ziemię z takim hukiem, że aż zadzwoniło mi w uszach. Podniosłam głowę, rozejrzałam się dookoła i dostałam napadu śmiechu. Nie wyglądało to chyba dobrze, bo uczniowie zaczęli ruszać z pomocą w moim kierunku. Zanim zdążyli cokolwiek zrobić, już mnie nie było.
Od teraz osoby, których nawet nie znam, pytają, czy mi pomóc, gdy idę korytarzem...
Tak mi się świątecznie wspomniało, łzy w oczach mam do dziś, gdy o tym pomyślę.
Gdy byłam w czwartej klasie podstawówki, moja mama zaczęła poważnie chorować. Zaczynało się od bólu brzucha, który potem, jak się okazało, okazał się nowotworem złośliwym. Nie przejmowałam się tym za bardzo, bo oczywistym był dla mnie fakt, że skoro jeździ na chemię, to z tego wyjdzie prędzej czy później. Miałam tylko nadzieję, że będzie to właśnie "prędzej", ze względu na to, że część obowiązków domowych spadła na mnie. Często musiałam siedzieć sama całymi dniami, zdarzało się też, że mój tata spędzał noce w innym mieście, żeby rano od razu siedzieć przy mamie w szpitalu.
Dwa lata później, jesienią, moja mama zmarła. Ogromnie to przeżyłam, bo nie pożegnałam się z nią, a co więcej - pokłóciłam tego samego wieczoru, kiedy zabrano ją do szpitala.
Minęło kilka miesięcy, przyszło Boże Narodzenie. Żeby mnie uszczęśliwić, rodzina podarowała mi ogromnie dużo prezentów. W skład wchodziły jakieś skarpetki, kosmetyki, większe czy mniejsze drobiazgi, ale wszystkie trafione. Kilka dni po świętach tata zapytał mnie, czy prezenty mi się podobały. Odpowiedziałam, że tak. I właśnie wtedy mój rodzic oznajmił mi, że większość prezentów była od mamy, która pół roku przed śmiercią myślała o tym, żeby jej dziecko dostało od niej coś fajnego na Gwiazdkę.
Rzecz działa się na pierwszym roku studiów w dużym mieście oddalonym o 200 km od rodzinnego domu. Na uczelnię poszłam razem z dobrą koleżanką, czy nawet przyjaciółką. Taka przyjaźń od podstawówki. Wynajęłyśmy też razem mieszkanie, zaraz przy uczelni. To były te czasy, kiedy mieszkanie 45-metrowe kosztowało tyle, ile teraz pokój w dużym mieście. Mimo wszystko były to i tak spore pieniądze, nawet na pół, ale rodzice obiecali płacić. Koleżanka nie miała finansowych problemów, dodam tylko, że wtedy do ręki dostawała 2 tysiące od rodziców, i to tylko na własne wydatki. Studia ją wciągnęły, ale inaczej niż mnie. Miałyśmy wspólne towarzystwo, na początku było dużo imprez, domówek, jak to na pierwszym roku. Po pierwszym semestrze miałam dość, bo zazwyczaj imprezy odbywały się u nas, jako że uczelnia blisko. Pogadałyśmy, zrozumiała, że trzeba przystopować i wziąć się do nauki.
Niestety, towarzystwo miało silniejszą moc przyciągania. Teraz to ona włóczyła się po imprezach, klubach, czasem z nią poszłam potańczyć, ale domówki odpuszczałam. Nasze relacje się popsuły. Zaczęła mieć do mnie pretensje, że z nią nie chodzę, nie chcę się napić, pobawić... Mówiłam jej, że sesja, że razem posiedzimy, pouczymy się przy piwku, ale nie chciała. Zaczęła znikać na całe noce i dnie. Pojawiała się na uczelni na kacu, albo jeszcze wczorajsza, razem z całym towarzystwem. W mieszkaniu tylko się mijałyśmy, ale o dziwo naprawdę nikogo tam nie sprowadzała i byłam jej chociaż za to wdzięczna.
Później zaczął się koszmar. Słyszałam na uczelni jak mówi, że ktoś ukradł jej torebkę na rynku. Innym razem ktoś znowu ja okradł, nawet nie zdążyła dokumentów wyrobić. Po cichu myślałam, że to raczej z jej winy - pewnie pijana zostawiła gdzieś i tyle. W końcu nadszedł ten dzień. Na uczelni poruszenie, od razu parę osób mnie zasypało pytaniami co z koleżanką. Nie wiedziałam o co im chodzi, a co ma być? Zrozumieli, że nic nie wiem. Otóż wracała pijana po kolejnej imprezie i ktoś ja napadł. Nie została zgwałcona, ale pobita, poszarpana... Jakiś taksówkarz ją znalazł. Trafiła do szpitala na kilka dni. Na szczęście nie było to nic poważnego. Bardzo bałam się do niej iść w odwiedziny, bo myślałam, że mnie znienawidzi, ale okazało się, że nic nie pamiętała.
Mam wyrzuty sumienia. Dzwoniła do mnie tej nocy. Nie raz, nie dwa, ale kilka razy. Odebrałam po którymś z kolei telefonie. Płakała do słuchawki, żebym po nią przyszła, że nie wie gdzie jest, za chwilę powiedziała, że jedzie autobusem, ale nie wie gdzie. Byłam zła. Słyszałam, że jest nawalona, powiedziałam jej, że śpię i na pewno nie ruszę się z łóżka, żeby jej po mieście szukać. Strasznie płakała, ja mało rozumiałam, kazałam jej wziąć taxi i przyjechać. Rozłączyłam się i poszłam spać. Ona do dziś nie pamięta, że dzwoniła. Telefon jej ukradli.
Dwa dni temu spotkałem na ulicy zmarzniętą staruszkę w brudnym ubraniu, taszczącą torby wypełnione zgniecionymi puszkami. Zrobiło mi się jej szkoda, było naprawdę zimno, wiał lodowaty wiatr, a ona bez czapki i rękawiczek, sine ręce ściskały ciężkie torby. Popatrzyłem na swoje nowe skórzane rękawiczki i natychmiast postanowiłem je oddać tej biednej starszej pani. Podszedłem do niej, zdjąłem je z dłoni i podałem jej, a ta... zrugała mnie, że jestem niewychowany i chamski, że ona sobie sprzeda puszki i jak będzie chciała, to sobie kupi, nie chce takich po kimś...
Poczułem się jak jakiś czub.
Zatrudniliśmy w firmie kilku stażystów. Przez błąd w kadrach jeden z nich, Marcin, dostał na konto nie tylko swoją wypłatę, ale też kolegi ze stażu. Bank rozłożył ręce, w efekcie sprawy zostały jak stały. Pan Marcin nie zgodził się na zwrot wynagrodzenia współpracownika, więc zrobiono nowy przelew dla pokrzywdzonego i zadecydowano, że Marcin dostanie kolejną wypłatę z pominięciem kolejnego miesiąca. Nie wiem, jak Marcin to sobie wykombinował, ale po upływie owego miesiąca stawił się przed szefem z prośbą, a nawet groźbą przelania kolejnej wypłaty i z zapewnieniem, że "on przecież odda te pieniądze swojemu koledze".
Gdy miałam 18 lat, zmarła moja mama. Od lat borykała się z nowotworem piersi, którego lekarze nie potrafili nawet dobrze zdiagnozować. I tak pomimo szkoły, zajęć itp. jeździłam z nią zawsze na wszystkie badania, ogółem wszędzie. Było mi bardzo ciężko, ale dla mamy zawsze udawałam, że jestem silna, że się nie boję (choć bałam się jak cholera), zawsze obdarzała mnie pięknym uśmiechem choć wiem, jak bardzo przeżyła chemioterapię, po której wypadły jej piękne włosy. Szkoda było mi na nią patrzeć, nie mogła już praktycznie chodzić, po operacji usunięcia guzku leżała tygodniami w szpitalu, czekając na kolejną operację, gdyż lekarze wycięli guza nie z właściwej piersi, choć do dzisiaj się zarzekają, że taki był plan.
Została nam również przydzielona pielęgniarka z opieki paliatywnej, strasznie jej nie lubiłam, była wścibska i strasznie nieuprzejma. Zamiast zajmować się mamą, wciskała nos w nie swoje sprawy, szperając po szafkach, na czym ją niejednokrotnie przyłapywaliśmy. I tak mama leżała na łóżku z wielkimi bólami pleców, kręgosłupa, odleżynami, choć staraliśmy się opiekować się nią najlepiej jak potrafiliśmy.
Nigdy nie pochodziłam z zamożnej rodziny, więc w większości czasu na nic nie starczało, lekarstwa z tygodnia na tydzień stawały się coraz droższe, czasami było to 500 zł za 2 opakowania leków, które starczały może na 3-4 dni, a w innym czasie ich koszt dochodził nawet do 1000 zł, a jedynym pracującym był tata, starsza siostra choć mogła nie poszła do pracy, jak twierdziła chciała zajmować się mamą, co w rzeczywistości robiłam ja, a ona siedziała cały dzień przed telewizorem udając, że nie słyszy jęków mamy i pośpieszając mnie. Czułam się wtedy jak lokaj, żadnego wsparcia z jej strony. Czas mijał, aż w końcu siostra zapragnęła spełnić marzenie mamy i podała jej papierosa (moja mama była palaczem), co poskutkowało udarem. Sparaliżowało całą lewą stronę jej ciała, twarzy, co przyczyniło się do zaniku mowy. Już się nie ruszała, patrzyła tylko w 1 punkt przez większość czasu, nie chciała jeść ani pić. Bardzo się martwiliśmy.
Po miesiącu, w godzinach porannych (4-5 rano) zaczęła oddychać inaczej, płytki oddech, drgawki... Bałam się. Zadzwoniliśmy do pielęgniarki, żeby przyjechała, na co ona zbyła nas słowami "to już nie ma sensu, proszę się przygotować, mamusia umiera, zadzwońcie po księdza". To był szok, wieki szok, nikt nie wie jak można się poczuć po takich słowach....
Zadzwoniliśmy po księdza, na niego, tak mi się wydaje do dziś, czekała mama. Była osobą bardzo wierzącą, po ostatnim namaszczeniu, 2 minuty po tym, jak wyszedł z domu ksiądz, mama zmarła spoglądając na mnie. Do końca jej dni byłam z nią, a w dniu śmierci trzymałam za rękę. Widziałam, jak uchodzi z niej życie, jej matowe oczy i malutki uśmiech na twarzy.
Dodaj anonimowe wyznanie