#AW0zB
Gdy pewnego razu przed świętami (miałem może z 6-7 lat) zobaczyłem na środku kuchni wielką balię wypełnioną wodą, a w niej dorodnego, żywego karpia, od razu zapaliła mi się czerwona lampka. Postanowiłem, że muszę ocalić tę biedną rybę, a żeby się to udało, wprowadziłem w życie dość wyrachowany plan: zacząłem się zachwycać, że Mikołaj spełnił moje marzenie i podarował mi pod choinkę rybkę. Obwieściłem całej rodzinie, że karp dostał na imię Wojtek, że od tej pory będzie moim najlepszym przyjacielem. Spędzałem z nim mnóstwo czasu, czule do niego przemawiałem, karmiłem chlebem, dolewałem świeżej wody i z niewinnymi oczami sugerowałem dorosłym kupno jakiegoś większego akwarium i świeżych wodorostów. Moja starsza o 8 lat siostra i babcia uważały to oczywiście za urocze i dość zabawne i nie wyprowadzały mnie z błędu. Mama i dziadek starali się nie komentować. Wierzyłem, że moja protekcja wystarczy by uratować karpia i moi bliscy ze względu na mnie nie zrobią mu nic złego.
Niestety tradycji musiało stać się zadość i 24 grudnia odnalazłem poćwiartowane zwłoki Wojtusia w lodówce. Przepłakałem całą wigilię, szczególnie spazmatycznie, gdy podano ciało mojego przyjaciela w panierce i dziadek kazał mi przestać marudzić i zjeść ("Boże!!! zjadacie Wojtusia!" "jak mogliście!"). Nie dawałem się pocieszyć ani wytłumaczyć. Dostałem w końcu opieprz od mamy i usadzili mnie pod choinką z klockami Lego. Wywalczyłem tyle, że od tej pory nigdy więcej nie pojawił się w domu żywy karp - zaczęli kupować już wypatroszonego.
Nie mam z tego powodu jakiejś wielkiej traumy, jak łatwo się domyślić, zostałem w dorosłym życiu wegetarianinem, choć (i tu najbardziej anonimowa część) raz na kilka, kilkanaście miesięcy, gdy nikt nie patrzy, upijam trochę rosołu lub wsuwam małe sushi. Moi bliscy na prawie każdej wigilii wspominają historyjkę jak myślałem, że kupiono mi rybkę pod choinkę i jaki to byłem słodki i naiwny.
Jak miałam jakieś 4-5 lat rodzice trzymali żywego karpia w wannie. Wiedziałam, że ma być na wigilię, ale dałam mu na imię Edek, karmiłam, często odwiedziałam w łazience. Na serio wierzyłam, że rodzice widząc jak się do niego przywiązałam, nie zabiją go tylko z nami zostanie. Przy stole wigilijnym była histeria pod tytułem "Nie będę tego jeść, to jest Edek!". Ryb od tamtej pory nie lubiłam i unikałam jedzenia ich jak tylko mogłam.
Jednak karp wigilijny, to pikuś przy tym, że raz na obiad podali mojego królika o imieniu Lusia. Kocham moich rodziców, ale tego im do dzisiaj nie wybaczyłam.
To okropne z tym królikiem, masakra :(
tez tak mialam, dziadek na dzialce hodowal kroliki, kazali mi wybrac sobie jednego, wiec zrobilam to, dostal imie, glaskalam go, karmilam trawka
myslalam, ze zabiore go do domu
byl na obiad w niedziele
O matko też miałam królika Lusie i też w pewnym momencie podano mi go na obiad.
W dzisiejszych czasach zwyczaj kupowania żywego karpia jest bestialski. Przerażone zwierzę w maleńkiej ilości wody i bezpośrednim narażeniu na światło, wyjmowany gołymi rękami z tej wody żeby mu urżnąć łeb... No piękna tradycja, naprawdę. Wiem, że w hodowlach i rzeźniach zwierzęta pewnie wcale nie są traktowane lepiej, ale juz chęć robienia tego zwierzęciu osobiście to obrzydliwość.
"Chęć robienia tego zwierzęciu osobiście to obrzydliwość" - dokładnie tak. Też chyba nigdy nie zrozumiem tego zwyczaju. Osobiście jadam mięso, ale jakbym nagle z jakiegoś powodu straciła możliwość kupienia go w nieżywej postaci, to zwyczajnie, bez bólu bym z tego zrezygnowała i zmieniła dietę na wegetariańską.
Traktowane lepiej może nie są, ale przynajmniej oszczędza im się cierpienia przy śmierci. Jak jeszcze mieliśmy karpia na wigilii (dawno, dawno) to pamiętam, że nigdy nie zdarzyło się tak, żeby ten karp został bez problemu i szybko zabity.
Lunathiel Ale twoje porcje mięsa też były wcześniej częściami żywych kiedyś zwierząt, które zabito, żebyś mogła je zjeść. Nie myślisz chyba, że jest inaczej. Albo godzisz się ze śmiercią zwierząt do zjedzenia, albo nie jesz mięsa
@MamFajnegoKota
No były, ale Lunathiel nie mówi, że przeszkadza jej jedzenie mięsa, tylko że sama nie potrafiłaby zabić zwierzęcia. Jedno nie wyklucza drugiego.
Ohlala - o naiwności, zwierzęta w rzeźniach cierpią często o wiele bardziej, niż te karpie.
Nie będę tutaj pisać tych najdrastyczniejszych sytuacji, co się z takimi zwierzętami wyprawia, ale polecam przeczytać książkę Rafała Gębury "Otwórz oczy", pierwsza historia to właśnie praca rzeźnika od środka.
@ohlala - Otóż to.
Nie mówię, że się z tym nie godzę - po protu jestem świadoma, że zabijanie ogromnych ilości zwierząt na mięso ma miejsce. I że tak, może uda się to zmienić, ale do tego potrzeba czasu i jeszcze wielu inicjatyw, żeby to miało globalnie jakiś wpływ na dietę większości. Więc póki co pozostaję bierna, tak jak w wielu innych sprawach - bo życia by mi nie starczyło, żeby martwić się o wszystkie ważne problemy społeczne. I uważam że na razie najważniejszą rzeczą o którą trzeba walczyć w tej kwestii jest nie "nawracanie" innych na wegetarianizm, tylko nagłaśnianie spraw hodowli w których warunki dla zwierząt są poniżej norm. Musimy zacząć przykładać do tego większą wagę jako państwo. I wiem, że to podniesie ceny mięsa, ale nie przeszkadza mi to ani trochę, bo może wtedy przerzucę się na inne potrawy :)
A wracając do karpi. Tradycja z zabijaniem ich osobiście jest okrutna nie przez samo zabijanie ich, ale przez fakt, że większość kupujących takiego żywego karpia nie ma pojęcia jak zrobić to szybko i sprawnie.
Ale wiesz, że kupowanie żywej ryby to nie jest kwestia tradycji tak rzeczywiście? W krajach byłego ZSRR, gdzie ryby są trochę bardziej szanowane w kuchni niż u nas, tak się je po prostu sprzedaje, bo to najlepszy sposób na sprzedaż świeżych ryb. Te legendy o PRLu i ministrze Mincu jako
początku wszystkiego nie są przecież nic warte.
"Jeśli skazujesz kogoś na śmierć to miej odwagę zadać ją osobiście" Od zawsze mamy żywego karpia którego zabijamy i patroszymy osobiście, zawsze zabijamy je szybko (nie będę opisywać szczegółów bo wiem że nie wszyscy chcą o nich czytać) ale dzięki temu mamy też pewność że mięso jest świeże, a nie masz tej pewności gdy kupujesz w sklepie. Poza tym zawsze trzymamy je w dużej wannie, w piwnicy gdzie mają na co dzień ciemno... nie wrzucaj więc wszystkich do jednego worka
Ja się wychowałam na wsi, gdzie zwierzęta się zabijało i zjadało. Nigdy nie robiło to mnie wrażenia, kiedy mama ucinała łeb kurze czy kaczce. Ale też kiedyś polubiłam jednego koguta, bo był ładny i kolorowy. Bardzo cierpiałam kiedy został skazany na rosół. O tyle dobrze, że mama była wyrozumiała i pozwoliła mi nie jeść tego dnia obiadu.
Przepraszam, ale twoi bliscy są naprawdę podli.
Już minus fakt, że uważam takie przedłużanie cierpienia ryby za okrucieństwo.
Nie wyobrażam sobie jak można pozwolić dziecku przywiązać się do stworzenia, pocieszyć ryja jakie to urocze, po czym to stworzenie zabić i kazać dziecku zjeść. To jest jeszcze bardziej chora wersja kociej zabawy myszą.
Wcale nie twierdzę, że powinni zachować rybę jako zwierzątko. To że nie powinni go zmuszać do jedzenia to jedno, ale dlaczego dali mu się przywiązać? Nie mogli ich "Odseparować"?
Od czasu gdy zobaczyłam karpia pływającego w wannie, nie wezmę do ust. Podobnie jak węgorza, bo tata łowił i mieszkały żywe w zlewie.
Świetnie Cię rozumiem. Jadam mięso, bo mnie do tego zmuszano siłą, gdy byłam mała. Też nie chciałam, ryczałam potwornie, ale nie było zmiłuj. Jedynie do czarniny mnie nie zmusili, wymiotowałam za każdym razem, gdy siłą wlewano mi do ust. Gdy dorosłam dwa lata byłam wegetarianką, ale w końcu stwierdziłam, że moje ciało jednak lepiej się czuje, gdy jem mięso.
A co do Twojego sushi czy rosołu. Mam kumpelę. Jedyna osoba, którą znałam pół roku, jadałyśmy razem często a ja nie zauważyłam, że ona jest wegetarianką. Nigdy o tym nie mówiła, nie robiła żadnego halo przy stole. W przeciwieństwie do reszty znajomych wegetarian.
I ona raz na parę miesięcy jada wątróbkę. Mówi, że czuje potrzebę, że jej ciało się domaga. Może chodzi o żelazo, może o coś innego. W każdym razie na luzie wcina cały talerz wątróbki, gdy tylko ciało zamelduje jej zapotrzebowanie. I też nie robi z tego halo, nie uważa, że jej to coś ujmuje, że jej opinia na tym ucierpi. Ma to gdzieś.
Nie znam drugiej osoby, która by miała tak doskonały kontakt z własnym ciałem jak ona.
Też miałam podobnie. Od dziecka chciałam zostać wegetarianką ale ten pomysł był mi "wybijany" z głowy dopóki się nie wyprowadziłam. Do dziś nie potrafię zrozumieć tego w jakim kłamstwie co do własnych czynów i konsekwencji jesteśmy wychowani. Moja siostrzenica ma 9 lat a moja siostra nadal utwierdza ja w przekonaniu że szyneczka magicznie się na stole pojawia.
"Utwierdza ja w przekonaniu że szyneczka magicznie się na stole pojawia" - Łał. Dobra metoda wychowawcza, nie ma co. U mnie akurat było tak, że nikt nikogo nie próbował oszukiwać, i myślałam że tak samo jest w większości domów. Od zawsze wiedziałam, że mięso które jem jest mięsem takiego czy innego zwierzęcia. Akurat mi to nie przeszkadzało. Ale już moja siostra w wieku kilku lat miała epizod fascynacji kurami, bo zobaczyła je na wsi (chciała nawet hodować kury u nas w domu, mówiła że "są słodkie" :')) i wtedy nie jadła kurzego mięsa. Nikt nie miał z tym problemu. Więc nie rozumiem czemu niektórzy rodzice oszukują dzieci i zmuszają je do jedzenia czegoś czego nie chcą. Może to przez ten mit, że mięso jest niezbędne do rozwoju człowieka? Bo jakimś cudem wielu ludzi nadal w to wierzy.
@Norskekatten - No właśnie taki, że nie tyle "potrzebują mięsa", tylko składników odżywczych zawartych w mięsie, których przyswajanie stricte w postaci mięsa nie jest wcale niezbędne. Jest na ten temat już naprawdę wiele badań, opinii pediatrów z całego świata, no i wnioski są takie, że "owszem, da się" - w sensie na każdym etapie rozwoju z mięsa można rezygnować i zastępować je innymi produktami.
Ale rzecz jasna ogarnięcie takiej diety wegetariańskiej która będzie naprawdę odpowiednia dla dziecka jest dużo trudniejsze niż powiedzenie Brajankowi, żeby zjadł kotlecika xD Także osobiście, jakbym miała kiedyś karmić jakiegoś bombelka, to chyba nie czułabym się na siłach żeby ogarniać wszystkie witaminki których trzeba mu dostarczyć z "alternatywnych" źródeł.
Dzieci "potrzebowały mięsa" w PRLu jak do wyboru na obiad był mielony z ziemniakami albo suche ziemniaki. W dzisiejszych czasach od berbecia można jeść bez mięsa i rosnąć zdrowo, chociaż będzie wymagało od rodziców to dużo uwagi - dużo strączków, surowych warzyw, kiszonek i tak dalej. Ale w dzisiejszych czasach większość rodziców serwuje dzieciom z lenistwa niedobory, bo po co ugotować obiad jak można zjesc w marcu, po co na deser owoce jak można kupić taniej baton, etc.
To u mnie rodzice trochę lepiej rozwiązali problem. Pewnego dnia u nas w wannie zamieszkał karp i razem z siostrą nazwałyśmy go Pieszczoch i uznałyśmy za swoje zwierzątko. Rodzice widząc to powiedzieli nam, że zawieźli Pieszczocha nad jezioro i wypuścili z powrotem do wody. Dopiero po latach załapałam, że najprawdopodobniej wcisnęli nam kit, aby uniknąć histerii, a Pieszczoch wylądował ostatecznie w naszych brzuchach. Tak czy siak uniknęłyśmy traumy i już nigdy więcej nie było żywego karpia w domu.
Dziwne że nie zdech od tego karmienia chlebem. Z tego co słyszałam, karpie nie mogą jeść chleba, bo coś tam im się dzieje i po spożyciu na drugi dzień pływają ale grzbietem do dołu
Też tak miałam w dzieciństwie. Juz jako kilkulatka odmawiałam jedzenia mięsa, bo mniej więcej wtedy zaczęłam łapać, że jest zrobione z martwych zwierząt. A moi mądrzy rodzice postanowili zwyczajnie mnie oszukiwać. Mama podawała kotlety i mówiła mi, że są to kotlety sojowe (to była jedyna alternatywa mięsa na tamte czasy). Ja wtedy chętnie wszystko zjadałam, nawet nie przepuszczając, że własna matka może mnie okłamywać i że w rzeczywistości są to mięsne kotlety.
Pamietam jak najstarszy brat kiedyś nie wytrzymał i powiedział mi prawdę. I w sumie to, że przez ten cały czas jadłam mięso zabolało mnie mniej, niż to, że rodzice mnie tak perfidnie okłamywali. Zamiast porozmawiać, wytłumaczyć, cokolwiek... Do dziś dnia mam traumę i żal do nich o to, a mam już prawie 30 lat.
Mama kiedyś kupiła żywego karpia, był w reklamówce. Zrobiło mi się go żal przez to, że się dusił, więc postanowiłam mu ulżyć i napuściłam wody do miski. Woda była troszkę ciepła, ale to wystarczyło, by biedak szybko zmarł [*]
Może to wcale nie było od zbyt ciepłej wody (chociaż to możliwe), tylko zbyt długo był w reklamówce i już było zbyt późno, żeby mu pomóc.