Wczoraj pojechałam na zakupy do pobliskiego sieciowego spożywczaka. Zaparkowałam na miejscu dla inwalidów. Kiedy wysiadłam z samochodu, stanęłam oko w oko z czerwoną ze złości kobietą, która z miejsca wyzwała mnie od, delikatnie mówiąc, niezbyt ceniących się pań uprawiających najstarszy zawód świata. Zostałam też powiadomiona, że moja rodzicielka także para się tym rodzajem zarobkowania, a ja jestem źle wychowaną, pozbawioną empatii ścierką podłogową i dla takich jak ja przygotowano specjalne miejsce w piekle. „Zajmowanie inwalidom miejsc parkingowych dla nich przeznaczonych to po prostu zwykłe kur#wstwo!” - ryknęło babiszcze i na odchodne złośliwie przejechało mi kółkiem sklepowego wózka po lewej stopie.
Na szczęście nie poczułam bólu, bo mój układ nerwowy nie obejmuje protezy nogi...
Mam wstręt do jedzenia, wręcz go nienawidzę.
Do tego stopnia, że potrafię zrezygnować z przyjmowania pokarmów na cały dzień, byleby nie czuć tych kawałków jedzenia w buzi, tego jak się rozdrabniają na mniejsze papki i wędrują do żołądka. Też nie znoszę odczuwać smaku, ale z tym różnie bywa, gdyż czasem lubię jeść słodycze i owoce oraz jakieś obiady, no ale to nie wszystko, aby zapewnić sobie energię na cały dzień.
W dodatku jestem cholernie wybredny i mam psychiczną blokadę. Odmawiam sobie większość posiłków jak jestem u kogoś, bo tego nie lubię, tego też nie, tamtego też. Nie chodzę do restauracji, bo Bóg wie co podadzą. Owszem, wielokrotnie próbowałem jeść na siłę, czyli agresywnie wpychanie widelca do ust i żucie na mniejsze kawałki i pchanie je w tył gardła, ale zwykle skończyło się na tym, że albo wypluwam jak najszybciej, albo biegnę do toalety zwymiotować. Zjem tylko jakieś mięso i kartofle albo sam ryż. Nie pozwalam nikomu gotować dla mnie, bo wiem, że sprawię tej osobie wielką przykrość, kiedy odsyłam jej nie pusty, a pełny talerz, bo nie jestem w stanie tego zjeść do końca. Nawet jeśli to był normalny posiłek.
Podróże za granicą odpadają, bo chodziłbym głodny cały dzień.
No i kiedy jestem głodny, to już robię się osłabiony i agresywny jednocześnie, pocę się i ogólnie to nie czuję się dobrze, więc muszę coś sobie przegryźć - ale przecież nie chcę jeść! I wpadam w błędne koło nienawiści i rozpaczy, jedząc samą bułkę z łzami, myśląc czemu nie mogę być normalny jak inni.
I co najzabawniejsze, głównie myślę o jedzeniu, czy to w pracy, czy to w domu, czy to na spotkaniach z ludźmi. Ale nie w pozytywny sposób, jak inni. Patrzę na to jak na coś do przeżycia i energii, jak w grach.
Przez to mam niedowagę i anemię, nie chcę nigdzie wychodzić i raczej nie jestem przez to w życiu szczęśliwy.
Nie do końca anonimowe, ale bardzo na czasie. W odniesieniu do corocznej histerii pt. "nie strzelam w sylwestra".
Sama mam psa - zwykłego, pospolitego kundla przygarniętego z ogłoszenia na gumtree.pl za symboliczną złotówkę (żeby się lepiej chował ;)). Mając w pamięci dramatyczne opowieści znajomych, postanowiłam od szczenięcia przyzwyczajać moje wymarzone Szczęście do petard. Zaczęłam w domowym zaciszu - poprzez wspólne oglądanie filmów na YouTube z głośnikami podkręconymi na maksa ("hue, hue, aleś Ty głupiutka!"), a następnie siedząc razem przy oknie w sylwestrową noc i tłumacząc "patrz, jakie ładne światełka". I kurde nie mam najmniejszego problemu!!! Nawet, gdy podczas spaceru jakiś osiedlowy śmieszek nieoczekiwanie puści kilka petard w połowie grudnia, to mój pies co najwyższej na moment nieruchomieje, ale wtedy mówię "światełka" i idziemy dalej jak gdyby nigdy nic. W Sylwestra jedynie nie wychodzimy na spacer o północy, bo taka ilość skumulowanego huku jest dla psich uszu wręcz bolesna. Dbam też, żeby futrzak nigdy nie został w domu sam w tę noc.
Mam natomiast pierdyliard znajomych, którzy nie robią absolutnie nic w tym kierunku i tylko słyszę durne teksty "no zobaczymy, bo to będzie pierwszy sylwester Burka, nie wiemy jak zareaguje" albo biadolenie "Ty to masz fajnie, a nasz Azor, to się tak trzęsie pod stołem, że często aż sika po nogach".
No ja pier...! Mieć psa od małego i go nie przygotować? Zdaję sobie też sprawę z tego, że wiele osób ma psy schroniskowe, po przejściach lub po prostu zaniedbało tę kwestię i już się nie da nic zrobić. Jednak na to też jest rada - wystarczy iść do weterynarza po hydroksyzynę i psiak spokojnie prześpi trudny czas.
Więc ludzie ogarnijcie się w końcu - to nie jest tak, że się czegoś nie da, tylko trzeba się po prostu trochę zaangażować.
Mam staroświeckie imię typu Genowefa, co jest istotne, lubię stare filmy z pierwszej połowy XX wieku.
Założyłam konto na pewnym portalu randkowym, gdzie poznałam chłopaka o imieniu Edward. Rozmawialiśmy na różne błahe tematy, aż doszliśmy do filmów. Posiadał ten sam gust do kinematografii jak ja.
Pisaliśmy około trzy miesiące i okazało się, że mieszkaliśmy niedaleko siebie.
Umówiliśmy się na spotkanie, ja uznałam to za randkę.
Na miejscu czekał na mnie pan około siedemdziesiątki, podeszłam i się przywitałam z pytaniem: o co chodzi?
Pan Edward zamieścił swoje zdjęcie, tylko że było sprzed pół wieku. Sądził, że ja również zamieściłam zdjęcie z młodości, a po imieniu uznał, że jestem dużo starsza. Nigdy nie rozmawialiśmy o wieku. Czemu? Nie mam pojęcia.
Zostałam, rozmawialiśmy o filmach, rodzinach. Pisaliśmy dalej do siebie i dzwoniliśmy. On traktował mnie jak wnuczkę, ja go jak dziadka. Z portalu oboje się wypisaliśmy.
Na urodzinach pana Edwarda poznałam jego wnuka. Z Frankiem jesteśmy parą, planujemy ślub.
Tylko nikt w rodzinie nie wie, jak poznałam dziadka. Każdy myśli, że poznaliśmy się przez sąsiadkę mojej babci (sąsiadka wyprowadziła się do syna, 150 km dalej).
Kilka lat temu wyjechałam do Londynu. Wraz ze znajomym otworzyliśmy firmę, która okazała się ogromnym sukcesem i przynosiła naprawdę dobre pieniądze. Powodziło mi się świetnie, przyznam, że zarobiłam całkiem dużą sumę i wciąż się rozwijałam. Była to sytuacja zupełnie odwrotna do mojej rodziny, która została w Polsce.
Rodzice i dwójka młodszych sióstr wciąż mieszkali na wsi, nie przelewało im się i nie mogli sobie pozwolić na jakąkolwiek wygodę i przyjemności. Poza przelewaniem im pieniędzy na rachunki co miesiąc, postanowiłam, że skoro mnie stać, to zrobię im jakiś porządny prezent, który przyda się całej rodzinie.
Padło na samochód. Ojciec miał starego golfa, którym strach było jeździć, bo się rozsypywał, dlatego praktycznie wszędzie poruszali się pieszo, co naprawdę bywa problematyczne, gdy mieszka się na mało cywilizowanej wsi, gdzie gdy czegoś potrzeba, trzeba jechać prawie godzinę do miasta. A więc kupiłam im samochód. Nie jakiś super luksusowy, ale nowy, z salonu, aby uniknąć dodatkowych kosztów ewentualnych napraw. Wszyscy byli zachwyceni prezentem. Strasznie się ucieszyli. Ja zresztą też.
Jednak gdy jakiś miesiąc później zadzwoniłam do nich z pytaniem jak się sprawuje nowe auto, dowiedziałam się, że ojciec je sprzedał. Za otrzymane pieniądze kupił jakieś bzdety typu złoty zegarek, resztę stracił w kasynie albo przepił. Oczywiście wpadłam we wściekłość i zrobiłam awanturę. Tylko co ja mogę wobec postawy mojej matki i sióstr, które wychodzą z założenia, że facet podejmuje decyzje i zarządza gospodarstwem, więc one nie mają nic do gadania przy decyzjach ojca. I tym doprowadzili do tego, że żadnych prezentów już nigdy ode mnie nie dostaną.
Z okazji Bożego Narodzenia tu i tam pojawiają się artykuły o bezdusznych dzieciach zostawiających swoich rodziców w podeszłym wieku w szpitalach na święta. Co jakiś czas można też natrafić na dyskusje w komentarzach, jakim okropnym człowiekiem trzeba być, by oddać rodziców do domu opieki na starość.
Wiecie co? Co zasiałeś, to zbierasz. Czemu oczekujesz od swoich dzieci troski i bliskości, jeśli sam jedyne co dałeś, to materialny byt? Czemu oczekujesz rodzinnych świąt, jeśli wtedy, gdy dzieci były małe, święta były okazją do suto zakrapianej alkoholem imprezy z rówieśnikami, gdzieś tam z potomstwem w tle? Czemu oczekujesz, że dziecko zrezygnuje z pracy, by się tobą opiekować, jeśli sam nigdy nie wziąłeś wolnego, by być z dzieckiem w ważnym dla niego dniu? Czemu spodziewasz się, że dorosłe dziecko spędzi z tobą swój urlop, podczas gdy ty swoje wolne dni spędzałeś przed telewizorem, pokrzykując, by dzieci ci nie przeszkadzały?
Oczywiście zostawienie starszej osoby na święta w szpitalu to skrajnie niepoprawne społecznie zachowanie. Tylko może spójrzmy na to przez pryzmat statystyk, ile rodzin w czasach sprawności dzisiejszych staruszków było dotkniętych alkoholizmem? W ilu rodzinach była obecna przemoc domowa?
Można czasem w komentarzach poczytać narzekania umysłowej geriatrii na stawianie małego dziecka w centrum życia, bo kiedyś to dzieci same się wychowywały gdzieś tam obok dorosłych. W takim razie i wy na starość spodziewajcie się, że gdzieś tam "obok" będziecie sobie żyć. Zapewniłeś temu niewdzięcznemu gówniarzowi chleb i dach nad głową? Gratulacje, ale i dokładnie tyle spodziewaj się na starość. Nie dawałeś bliskości i szacunku, to i się ich nie spodziewaj.
Co zasiejesz, to zbierzesz.
Jestem poważnym doktorem.
Wchodzę do sklepów z zabawkami sprawiając pozory i zatracam się w rozmaitościach ofert. Ponadto lubię czasami włączyć sobie w domu MiniMini+, czekając aż rybka zaśnie, aby zasnąć razem z nią i poczuć, że wcale nie leży w moich rękach czyjeś życie.
Pozdrawiam. Nigdy nikomu nie powiem.
Znajoma dodała post na Facebooku, że prowadzona jest zbiórka na kota. Kot bez nosa z niedrożnym kanałem nosowym, uszkodzonym okiem, w leciwym wieku, wychudzony itd itp. Kocham zwierzęta, ale jak dla mnie to już znęcanie. Przecież ten kot cierpi, nie może jeść, nie mogą zbić temperatury ani przeprowadzić szczegółowych badań. Co prawda uzbierali blisko 4 tysiące, ale przecież te pieniądze można lepiej wykorzystać - dla zwierząt, które mają realne szanse na lepsze życie i znalezienie domu.
Po co tak się znęcać i skazywać na cierpienie biedne zwierzę, no po co?
Już ładne parę lat temu, razem z moją licealną klasą wybraliśmy się na zagraniczną wycieczkę do jednego ze wschodnich sąsiadów. Zakwaterowali nas w wielopiętrowym, naprawdę dużym hotelu.
Było już po 22, razem z przyjaciółką siedziałyśmy na recepcji totalnie zapominając, że dawno powinnyśmy być w pokoju. Zadzwonił do nas kolega, że wychowawczyni nas szuka i mamy szybko do niej biec jeżeli nie chcemy kłopotów (nauczycielka była mało pobłażliwa). No to siup wsiadamy do windy, by jak najszybciej jej się zameldować. Jako jedyna z całej wycieczki mieszkała chyba na 7 piętrze, do tego na samym końcu bardzo długiego, ale wąskiego korytarza. Wysiadłyśmy z windy i nieśpiesznym korkiem przemierzałyśmy korytarz.
Nagle otworzyły się jedne z drzwi i wyszło 3 wielkich facetów. Nawaleni w trzy dupy jak nie więcej, spoceni i bardzo rozweseleni. Gdy tylko nas zobaczyli od razu zaświeciły im się oczy. Zostawili nam drogę, nie miałyśmy jak się przycisnąć. Byłam przerażona, totalnie wryło mnie w ziemię, zdołałam tylko chwycić przyjaciółkę za rękę. Mężczyźni zaczęli nas zagadywać, my po rusku ani słowa, do tego zaczęli wyciągać swoje obrzydliwe łapska w naszą stronę. Wbiłam wzrok w ziemię, a w głowie miałam tylko to, aby przycisnąć się pomiędzy nimi i dostać się do pokoju nauczycielki jak najszybciej. Chyba to, że nie zareagowałyśmy w żaden sposób, pozwoliło nam się przedostać dalej. W panice zaczęłyśmy walić w drzwi i wołać nauczycielkę. Nikt nie odpowiadał, a faceci dalej stali na korytarzu wołając nas coraz nachalniej.
Byłam już bliska histerii, odwróciłyśmy się i w miarę spokojnym krokiem, żeby ich nie sprowokować, próbowałyśmy przedostać się do windy. Gdy mijałyśmy tych mężczyzn, otworzyły się kolejne drzwi. W środku siedziało kilkunastu wielkich chłopów, gołe klaty, obwieszeni złotymi łańcuchami, wszędzie stały butelki po wódce i czarne torby. Tego już było dla nas za wiele, ruska mafia czy inna patologia, to już nie były żarty. Dostałam takiego motora w dupie jak nigdy, przysięgam. Winda przestała nas interesować, rzuciłyśmy się pędem do klatki schodowej, a każde półpiętro pokonałam jednym susem, przeraźliwie wrzeszcząc. Jeden z nich ruszył w pościg, odpuścił na szczęście jak już byłyśmy na schodach, ale wcale się nie uspokoiłam. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, że nie połamałam nóg.
Na samym dole wpadłyśmy w ramiona naszej nauczycielki. Ledwo wydukałyśmy co się stało. Kazała się nam zabarykadować w pokoju, a sama posłała przewodnika, aby zgłosił to do recepcji i poszedł z nimi porozmawiać. To już znam z opowieści, ale wiem, że byli bardzo agresywni, a na zarzuty odnośnie ich zachowania odpowiedzieli, że bardzo im się spodobałyśmy i po prostu chcieli nam to powiedzieć. Do tego drugi nauczyciel stwierdził, że TO NASZA WINA, BO JĘZYKA NIE ZNAMY. Noc jakoś przetrwałyśmy, śpiąc oczywiście razem, a hotel opuściłyśmy w eskorcie kolegów.
Traumy nie mam, pozostała tylko niechęć do krajów wschodnich, bo niestety nie była to jedyna nieprzyjemna sytuacja...
Moja przyszła teściowa miesiąc przed ślubem zatruwała mi życie. Wszystko robiła po to, aby zostawić swojego synka jedynego w domu. Knuła okropne intrygi. Potrafiła np. przekupić kuzyna i ciotkę męża, aby ten opowiadał mi historię o narzeczonym z innymi kobietami, które działy się podczas trwania naszego związku. Poprzez jej zachowanie, między nami przestało się tak pięknie układać. Ciągłe kłótnie, łzy, nerwy. Brakowało mi sił.
Dzień przed ślubem odezwał się do mnie mój były. Był to mój pierwszy, poważny chłopak kiedyś. Rozstaliśmy się wtedy w zgodzie, a powodem była spora odległość - 400km. Zaproponował mi, abym zrezygnowała z ślubu i przyjechała do niego na wakacje na 2 tyg. Powiem szczerze, że wtedy było to dość kuszące. Miałam okropny mętlik w głowie, a na dodatek potrzebowałam wsparcia. Mimo zachęty jednak nie skusiłam się. Do ślubu doszło. Dziś jestem szczęśliwą żoną i matką. Teściowa troszkę spuściła z tonu. Choć jej dalej nie ufam. Gdy jedziemy w odwiedziny do niej, to razem. Nie "puszczam" męża samego, bo kilka razy potrafiła go bardzo zbuntować przeciwko mnie. Mam nadzieję, że ja nie będę taką zaborcza matką nigdy...
Dodaj anonimowe wyznanie