Jako mała dziewczynka nie czułam potrzeby szykowania się czy strojenia. O ile w podstawówce traktowanie się w klasie było równe, o tyle w gimnazjum było to dla mnie udręką. Byłam zaliczana do tych grzecznych dziewczynek, które się nie biją, nikogo nie obrażają, no dobrze się uczą. Tak postrzegała mnie większość nauczycieli - poza moją wychowawczynią, która nie dość że nigdy nie pomogła, to jeszcze "podkładała świnie".
Do klasy w gimnazjum chodził ze mną D. Ponoć miał stwierdzone ADHD - choć ja uważam, że tylko wykorzystywał swoją sytuację, bo mógł robić co chce - m.in. bić mnie i wyśmiewać, na co wychowawczyni nie reagowała, bo przecież D jest chory.
Gdy kolejny raz wróciłam do domu z siniakiem, rodzice się wściekli i tato stwierdził:
- Uderzy cię? Oddaj mu, skoro rozmowy nie pomagają (rodzice byli wcześniej w szkole porozmawiać o problemie).
Tak też zrobiłam. Gdy na przerwie jadłam kanapkę, on mi ją wyrwał i kopnął mnie, na co ja wstałam i ile miałam siły w rękach, tak mocno dostał ode mnie z pięści w twarz. Następnie szybko uciekłam, a moi rodzice zostali oczywiście wezwani do szkoły. Na skargę wychowawczyni na mnie, moja Mama odpowiedziała:
- No cóż, moja córka już taka jest :) - dyrektor obecny na rozmowie tylko się cicho zaśmiał i obiecał, że sprawę rozwiąże.
Po kolejnym incydencie D został zawieszony w prawach ucznia, a wychowawczyni dostała naganę dyrektorską za brak reakcji w problemie :)
Nie wiem czy to wyznanie się tu nadaje, ale mam ochotę to z siebie wyrzucić, bo nie mogę powiedzieć tego żadnej, nawet bliskiej osobie, ponieważ nikt z nich mnie nie zrozumie (czego mogę oczekiwać skoro sama siebie nie rozumiem).
Jestem młodą dziewczyną, przede mną jeszcze niecałe 2 lata szkoły, którą jestem świadoma, że muszę skończyć i chcę to zrobić. Oceny mam całkiem dobre, z czego się cieszę, bo idzie mi o wiele lepiej niż wcześniej. Mam też chłopaka, z którym jestem już (w tym wypadku TYLKO) prawie półtorej roku.
Co w tym anonimowego, czego nie chcę nikomu mówić?
A to, że strasznie chciałabym mieć dziecko. Za każdym razem mam cichą nadzieję że coś pójdzie nie tak i zajdę w ciążę. Wiem, że jestem jeszcze na to za młoda chociaż, że jestem pełnoletnia. Wiek nie definiuje mojej dojrzałości i jestem tego świadoma. W dodatku wiem, że jeśli to się stanie, nie będę w stanie dokończyć szkoły lub będzie mi naprawdę bardzo ciężko połączyć to wszystko. Staż mojego związku również nie jest zbyt długi i nie wiem czy to jest ten jedyny, mimo iż naprawdę mocno go kocham i jest cudownym człowiekiem, który posiada także wiele wad, ale każdy je ma. Nie wiem dlaczego tak szybko i mocno obudził się we mnie ten instynkt macierzyński. Wiem, że muszę się najpierw ustatkować zanim zacznę myśleć o tak poważnych sprawach jak dziecko, bo to jest bardzo wielki obowiązek, który wymaga ogromnego poświęcenia i jestem świadoma, że to nie jest zabawka, która mi się znudzi i pójdzie w kąt.
Bardzo boję się reakcji rodziców gdy moje ciche marzenie się spełni szybciej niż powinno. Często musiałam wysłuchiwać ich wywodów na temat ukończenia szkoły i bycia odpowiedzialnym podczas stosunku żeby nie skończyć jak te "lafiryndy po samym gimnazjum" i nie chcę ich zawieść.
Ale największa rzecz jakiej się boję to, że mogę być bezpłodna. Miałam już kilka sytuacji, podczas których byłam z partnerem bardzo nieostrożna (wręcz powinnam być już dawno w ciąży), ale nic się nie stało. Trzymajcie kciuki żebym wytrzymała i nie zrobiła jakiejś głupoty, której mogę później żałować! Napisałabym żebyście powstrzymali się od hejtu, ale wiem że to jest najzwyczajniej niemożliwe. Przyjmę tę krytykę na klatę.
Pozdrawiam ciepło i żegnam kochani anonimowi.
Mój ojciec jest królem skąpców. Mam mnóstwo historii i januszowych patentów, które wcielał w życie, żeby zaoszczędzić kasę, chciałabym opowiedzieć o jednym.
Jako dziecko mieszkałam z rodzicami w niedużej miejscowości, w domu po dziadkach. Ojciec nie pozwalał używać w domu spłuczki. Do spłukiwania wody kazał nam przynosić wodę ze studni, która znajdowała się za domem (trzeba było przejść kawałek, nieważne jaka była pogoda czy pora dnia). Do 10 roku życia nie miałam pojęcia, że wodę spuszcza się po każdej wizycie w łazience. U nas spłukiwaniem zajmowali się rodzice, a dopiero potem jak już byłam na tyle dorosła, że sama zrozumiałam o co chodzi, ganiałam z wiadrem. Dopiero jak byłam nastolatką zrozumiałam, że jest to coś dziwnego, czułam się zażenowana jak musiałam nabierać wody, miałam wrażenie, że wszyscy sąsiedzi mnie widzą i wiedzą, że byłam na dwójce.
Nigdy nie potrafiłam sprzeciwić się ojcu. Sama nie potrafię wyjaśnić dlaczego. Mimo tego, że on nigdy nawet na mnie nie krzyknął, boję się jego gniewu.
Żeby tego było mało, ojciec w naszej spłuczce wyregulował ciśnienie wody, tak żeby nawet jeśli komuś przyszłoby do głowy użyć spłuczki, woda leci tak mizernie, że nie ma szans na pozbycie się dwójki.
Poza tym byliśmy w miarę normalną rodziną, z bardzo dziwnymi zwyczajami, które mogłyby się złożyć na parę ładnych wyznań.
PS. Wyprowadziłam się z domu po szkole, spłuczki używam zawsze, dzięki tym dziwnym przyzwyczajeniom nawet z tego umiem się cieszyć jak głupia.
Zawsze fascynował mnie czar, który zdaje się opadać na dorosłych spacerujących z małymi dziećmi, gdy spotykają swoich znajomych i zaczynają z nimi plotkować, jakby dzieci były siatami z zakupami, które nie słyszą, nie rozumieją i nie mają lepszych rzeczy do roboty jak stać na środku drogi i być kompletnie ignorowane. O ile większość tych pogaduszek dla dziecięcych uszu faktycznie można by bez większej różnicy zamienić na dźwięki gdakania kurczaków lub szurania gazetami, czasami wpadają interesujące kawałki.
Nie zapomnę nigdy pięknego letniego popołudnia ponad 20 lat temu, gdy babcia zabrała mnie i moją siostrę na spacer na działkę i po drodze spotkała swoją jakąś kuzynkę/koleżankę, z którą zaczęły ku mojemu największemu znudzeniu i zniecierpliwieniu swoje zwyczajowe trajkotanie. O zgrozo kuzynka/koleżanka zamiast pójść w swoją stronę, dołączyła do naszej wyprawy po czerwone porzeczki i zrozumiałem, że z miłego spaceru z babcią nici.
Opowiedziała jednak historyjkę, na miarę fabuły "Mody na sukces", która utknęła mi w głowie: jej córka podczas jazdy pociągiem trafiła do przedziału z kobietą, która zaczęła po prostu płakać. Pocieszana zwierzyła się, że jako młoda mężatka, poznała na wycieczce, delegacjach czy czymś takim przystojnego Araba i zdradziła z nim męża. Co gorsza, zaszła z nim w ciążę. Uszło jej to na sucho, bo choć syn, który się urodził miał czarne włosy, oczy i ciemną karnację, nie wyróżniał się za bardzo i nie wzbudzał podejrzeń otoczenia, rodziny czy męża, który całe życie (w trakcie opowieści kobieta była już wdową) uważał go za swego biologicznego syna. Było to ich jedyne dziecko.
Gdy chłopak dorósł, zakochał się i związał z śliczną dziewczyną, którą kobieta z radością zaakceptowała jako swoją synową. Problem nastąpił gdy dziewczyna zaszła w ciążę i urodziła potomka, któremu wyglądem znacznie bliżej było do Mulata niż rdzennego Słowianina. Mąż był absolutnie rozbity i wściekły, oskarżył ją o zdradę z Murzynem, natychmiast ją zostawił i zażądał rozwodu, pomimo, że dziewczyna płacząc przysięgała mu, że zawsze była mu wierna i jest to jego dziecko. Kobieta z pociągu właśnie była w drodze do syna, by powiedzieć mu prawdę o jego pochodzeniu i spróbować uratować jego małżeństwo.
O ile przygody Brooke Logan-Forrester, oglądane regularnie przez moją babcię upłynniły się w moim mózgu w nicość, ta historyjka nadal tam siedzi. Choć nie uważam, że pozostawiło to jakąś wielką skazę na mej dziecięcej psychice, myślę, że lepiej jednak uważać o czym się papla przy dzieciach. Moja młodsza siostra, która wtedy z nami była, też to pamięta! :D
Kilka miesięcy temu przeprowadziłam się, czego skutkiem była zmiana pracy. Wszystko układa się wyśmienicie, zajęłam na wstępie dość wysokie stanowisko, a i z szefem dobrze się rozumiemy (jest niewiele starszy ode mnie).
Któregoś popołudnia siedziałam po godzinach nad projektem, który nie dość, że był skomplikowany, to jeszcze nie miałam wystarczających informacji, więc utknęłam w martwym punkcie. Szef wysłał mnie do domu, po czym jednak zaproponował pomoc. Pojechaliśmy do mnie, projekt skończyliśmy i wszystko byłyby dobrze gdyby nie otwartość mojego przełożonego.
Mój błąd, bo gdy zaproponowałam mu coś do picia i poprosił o alkohol - nie odmówiłam. Wypił na tyle, że nie zdążyłby wytrzeźwieć, więc przygotowałam mu kanapę aby mógł na niej przenocować.
Nie, do niczego między nami nie doszło, ale zastanawiam się nad kolejną zmianą pracy.
Szef przyznał się, że tej nocy poszedł do łazienki, wyjął z kosza na pranie moją bieliznę po czym zrobił sobie dobrze, mówiąc kolokwialnie. Jestem zmieszana jak nigdy, nie wiem jak po urlopie tam wrócę...
Ostatnio bardzo męczył mnie katar, wręcz ciężko było mi codziennie funkcjonować. Postanowiłam wybrać się na testy alergologiczne. Okazało się, że jestem uczulona na kocią sierść. Mam 4 koty.
Miałem kiedyś kolegę, nazywał się Kuba (imię zmienione). Nie mieliśmy z sobą najlepszego kontaktu, traktowaliśmy siebie jako kolegów, też co za tym poszło, często się nie odwiedzaliśmy lub widzieliśmy. Ale tylko, gdy się poznaliśmy, momentalnie moi rodzice uznali go za mojego najlepszego przyjaciela, choć może to jest za delikatne słowo. Bo w pewnym momencie zaczęło dochodzić do dziwacznych, wręcz chorych sytuacji, wręcz z dnia na dzień. (postaram opisać je jak najkrócej).
Nagle nie mogłem iść na czyjeś urodziny lub się z kimś spotkać, bo "jeśli Kuby nie ma, to nie ma mowy". Spotkania z innymi znajomymi przestały wchodzić w grę, tolerowali tylko spotkania z Kubą, i to bez innych osób. Próbowałem nieraz kłamać, że Kuba będzie, ale gdy tylko raz to się wydało, zrobili mi w domu taki raban, że postanowiłem nie podejmować dalszych prób.
Wyjazdy gdziekolwiek bez Kuby też nie mogły mieć miejsca.
Do dziś pamiętam pewną sytuację. Zdarzyło się tak, że (jakoś w czwartej klasie podstawówki) miałem jechać na dwudniowy wyjazd. Kuba z wyjazdu musiał zrezygnować dzień przed (jeśli dobrze pamiętam, zmarł mu ojciec). Jakimś cudem usłyszeli o tym fakcie moi rodzice i już godzinę później zadzwonili do mojej wychowawczyni, mówiąc jej, że nie pojadę, bo zachorowałem. O tym, że nie jadę, dowiedziałem się rano, w dniu wyjazdu. Nie ukryłem załamania, ale już nie miałem szans ich przekonać do zmiany zdania, bo za mnie wszedł już ktoś z listy rezerwowej.
Doszła do tego wszystkiego jedna rzecz. Nagle, w ich opinii, każdy wolny dzień miałem wykorzystywać na spotkania z Kubą. Gdy tylko zdarzało się, że miałem wakacje, a rodzice pracowali rano (przez co rano byłem sam w domu) dzień wcześniej, wieczorem, dział się cyrk. "Zadzwoń do Kuby i spotkajcie się, co będziesz robił sam w domu?!'. Takie coś działo się wręcz codziennie. I nawet ich nie obchodziło to, że jeszcze rano się z nim widziałem. Jeśli im się sprzeciwiłem, zaczynali koncert durnych pytań w rodzaju "pokłóciliście się?", "Co się stało?", "Co to za problem, odwiedzić się?"
Ten horror trwał bardzo długo, mniej więcej do drugiej klasy gimnazjum, a przytoczone historie są tylko małym ułamkiem wszystkich sytuacji, które miały miejsce. Po drodze co chwilę z nimi rozmawiałem; stwierdzając, że to co robią jest dosyć nienormalne, ale oni uważali, że "wynika to z ich troski".
W końcu tupnąłem nogą i powiedziałem, że nie mam zamiaru już wysłuchać ich poleceń i nie będą decydowali za mnie, z kim się odwiedzam. Moi rodzice pokrzyczeli na mnie, że nie doceniam ich troski, ale odpuścili dopiero wtedy, gdy Kuba urwał ze mną kontakt.
Ale do dziś o nim wspominają jako o moim najlepszym przyjacielu.
Mam bardzo specyficzną sytuację rodzinną. Zacznę od tego, że jestem dzieckiem "ze zdrady".
Moja mama pochodziła z bardzo religijnej rodziny, z małej wsi. Miała starsze rodzeństwo. Młodo wyszła za mąż i zaraz po ślubie mąż zaczął ją bić, poniżać. Przez 3 lata starali się o dziecko, ale się nie udawało i jej ówczesny mąż zwalał winę na nią. W końcu spakowała się i wjechała do pobliskiego miasta do pracy, aby się uniezależnić. Tam, nieopodal restauracji, w której pracowała jako kucharka, poznała mojego ojca - starszego od niej o 10 lat mechanika i właściciela pobliskiego warsztatu samochodowego. Szybko się sobą zauroczyli, mieli romans.
Ojciec miał żonę i dwie nastoletnie córki. I również miał ciężką sytuację w domu. Kochał swoje córki, ale te gdy weszły w wiek nastoletni zaczęły go traktować tak samo jak jego żona - z pogardą. Żona wykształcona, ojciec po zawodówce. Żona musiała zrezygnować z kariery, bo dzieci, dom, a ojciec cały czas miał jeden nędzny warsztat. Dodatkowo codzienne musiał dojeżdżać w tę i z powrotem do pracy - domu ponad 70 kilometrów, bo żona nie chciała się przeprowadzić. Według wujka, najlepszego przyjaciela taty - bardzo odżył przy mamie, nabrał chęci do życia.
Po jakimś roku znajomości mama zaszła w ciążę i była przeszczęśliwa. Szybko rozwiodła się ze swoim mężem - było mu to na rękę, miał już inną, potulną kobietkę. Jednak jej cała rodzina ją wyklęła, rozwód, nieślubne dziecko - jak to ujęła jej mama - "była dla nich martwa".
Ojciec też się rozwiódł. Przepisał na córki mieszkanie w tamtym miasteczku, płacił alimenty dokąd się uczyły, ale one nie potrafiły mu wybaczyć. Jego była żona natomiast zaraz po rozwodzie przyprowadziła sobie nowego faceta. Jego rodzice natomiast też nie chcieli mieć z nim i ze mną nic wspólnego, zniszczył rodzinę, przestał się liczyć.
Rodzicom żyło się skromnie, ale dobrze. Doczekałam się dwóch młodszych braci. Dowiedziałam się wszystkiego jako nastolatka od najlepszego przyjaciela taty, naszego jedynego wujka. Wcześniej rodzice mówili, że nie mam dziadków bo nie mają dalszej rodziny. Potem skonfrontowałam to z rodzicami. Podobno byli u dziadków ze strony taty gdy miałam roczek, ale nie chcieli mnie widzieć na oczy. Jest jedynakiem, więc dziwi mnie ta postawa. Mama nie wybaczyła rodzinie.
Moje drzewo genealogiczne zawsze składało się z kilku gałązek. Na dzień babci i dziadka nie robiłam laurek. Teraz jestem na studiach i zastanawiam się, czy tak musi być? Zdobyłam adresy obydwojga dziadków i rozważam pojechanie tam, w tajemnicy przed rodziną. Od tego czasu minęło dwadzieścia lat. Nie wiem czy żyją, ale wiem, że gdzieś tam jest moja dalsza rodzina, którą chciałabym poznać. Chciałabym ich pogodzić. Siostry znalazłam na fb, napisałam do nich, zablokowały mnie i to podcięło mi skrzydła. Chcę działać, ale nie wiem jak.
Mam ochotę podzielić się tym z całym światem!
Mój ukochany oświadczył mi się w tegoroczne święta i wypełniło to moje serce miłością i radością.
Być może to banalne, że na oświadczyny wybrał sobie Wigilię. Być może to dla niektórych śmieszne, że wstawił na swój profil na Facebooku zdjęcie pierścionka. Może niektórzy powiedzą, że się nie postarał, bo pierścionek był bardzo skromny.
Ale wiecie co? Nie obchodzi mnie to! Jedyne, co się dla mnie liczy, to fakt, że facet, którego kocham na zabój, odwzajemnia moje uczucia i zdobył się na taki krok. Jestem szczęśliwie zakochana i wiem, że będziemy żyć razem już do końca – nie obok siebie, a prawdziwie, razem, na dobre i na złe. Tylko to się liczy!
Wczoraj pojechałam na zakupy do pobliskiego sieciowego spożywczaka. Zaparkowałam na miejscu dla inwalidów. Kiedy wysiadłam z samochodu, stanęłam oko w oko z czerwoną ze złości kobietą, która z miejsca wyzwała mnie od, delikatnie mówiąc, niezbyt ceniących się pań uprawiających najstarszy zawód świata. Zostałam też powiadomiona, że moja rodzicielka także para się tym rodzajem zarobkowania, a ja jestem źle wychowaną, pozbawioną empatii ścierką podłogową i dla takich jak ja przygotowano specjalne miejsce w piekle. „Zajmowanie inwalidom miejsc parkingowych dla nich przeznaczonych to po prostu zwykłe kur#wstwo!” - ryknęło babiszcze i na odchodne złośliwie przejechało mi kółkiem sklepowego wózka po lewej stopie.
Na szczęście nie poczułam bólu, bo mój układ nerwowy nie obejmuje protezy nogi...
Dodaj anonimowe wyznanie