Nikomu jeszcze tego nie mówiłem i jest mi strasznie wstyd za to, co robię.
Od kilku miesięcy mieszkam z moją dziewczyną i regularnie, wieczorami, kiedy ona już śpi, udaję się do toalety - po to, by… wąchać jej używaną bieliznę.
Ja wiem, że to trochę chore, ale nie potrafię się oprzeć! Bardzo to lubię. Czy to jest coś, z czego powinienem się leczyć, czy raczej to normalna sprawa? W końcu ją kocham, ubóstwiam i uwielbiam w niej wszystko. Mimo wszystko, boję się opowiedzieć o tym Ewie. Czy jest się czego wstydzić?
Dostałem tak niemożliwej biegunki, że aż trafiłem do szpitala z powodu odwodnienia. Udało mi się dostać pokój, w którym nie było żadnych innych pacjentów.
Wieczorem pojawiła się pani, zajmująca się sprzątaniem sal i przylegających do nich łazienek. Otworzyła drzwi do toalety, cofnęła się o dwa kroki, popatrzyła na mnie z obrzydzeniem i powiedziała "To ja może przyjdę później".
Kilka dni później zorientowałem się, że zostałem czymś w rodzaju legendy oddziału. Ja i smród, który po sobie zostawiałem.
Mam 21 lat i nigdy nie miałem dziewczyny. Z natury jestem bardzo nieśmiały i do tego urodziłem się z chorobą skóry, przez którą wyglądam dziwnie, żeby nie powiedzieć, odrażająco. Przez lata życia z depresją stałem się samotnikiem, który cały wolny czas spędzał grając w pewną grę. Żadnych przyjaciół, rozmowy rzadko kiedy, na czacie w grze. Każdy kolejny dzień taki sam, bez nadziei, bez sensu.
Pewnego razu poznałem w grze dziewczynę, zaczęliśmy rozmawiać, od słowa do słowa otwierałem się przed nią coraz bardziej. Polubiłem ją i ona mnie też, co jest dla mnie zupełnie nowe. Pomaga mi w trudnych chwilach, wspiera mnie w wychodzeniu na prostą. I choć nigdy nie spotkaliśmy się w realu, to jest moim ideałem. Nieraz nachodzą mnie naiwne myśli, że nawet moglibyśmy kiedyś być razem. Gdyby tylko nie miała chłopaka, z którym jest mega szczęśliwa... Gdybym tylko był normalny... Ale dobrze wiem, że to nigdy się nie wydarzy.
Czasami wieczorami włączam sobie romantyczne bluesowe kawałki. Przytulam poduszkę i włączam jej zdjęcie na telefonie trzymanym w dłoni. Wyobrażam sobie, że te wolne tańce przytulańce tańczę właśnie z nią. Marzenia, w których widzę nas w miłosnym uścisku. A w rzeczywistości ja, w ciemności, sam.
Krótko o tym, jak dziwnym dzieckiem byłam.
Mając jakoś 4-5 lat bałam się chodzić do łazienki, w której były pająki (do tej pory się ich brzydzę), więc wpadłam na genialny pomysł i postanowiłam robić siku w kąt łóżka. Przykrywałam to poduszką i przez jakiś czas jakimś cudem udawało mi się to ukryć.
Niestety nie pamiętam momentu, gdy moja rodzicielka się o tym dowiedziała. A szkoda, może opowieść byłaby ciekawsza.
Od jakiegoś czasu słyszałem od pewnego kolegi, że jest ze mną coś nie tak. Jak się okazało, nie była to obelga, tylko dość trafna diagnoza.
W szkole uczyłem się dość przeciętnie, zdałem maturę, skończyłem licencjat - takie średniak ze mnie. Jednak zawsze czułem, że inni mają łatwiej w pewnych sprawach - zwłaszcza w kontaktach międzyludzkich, w poznawaniu nowych osób i sytuacji.
Od dzieciaka miałem pewne grono dwóch czy trzech znajomych, z którymi się widywałem, ale miałem wrażenie, że mi bardziej zależy na tym koleżeństwie niż im. Najbardziej dawało mi w kość przebywanie wśród większego grona ludzi: z reguły palnąłem coś, co nie pasowało do danej sytuacji, obraziłem kogoś, wywyższałem się. To mi stwarzało (i stwarza) ogrom problemów na co dzień.
W związku ze spiętrzeniem się pewnych złych sytuacji w moim życiu zapisałem się na terapię do psychologa. Okazało się, że cierpię na zespół Aspergera. Mam objawy z najlżejszego stopnia autyzmu.
Piszę to tutaj po pierwsze, aby się wygadać, po drugie, abyście wzięli pod uwagę to, że inni ludzie spotykani na co dzień też mogą na to cierpieć (jedna osoba na 100-200 w społeczeństwie). Osoba taka jest w pełni rozumna, ma dobrą pamięć, ale czasami palnie coś takiego, że nie wiadomo do czego to przyczepić. Oni po prostu "nie czują" tego, co można powiedzieć i jak to zostanie odebrane. Zachowują się nieadekwatnie do danej sytuacji - czego później żałują.
Jestem brzydki jak noc. Od dłuższego czasu spotykam się z dziewczyną, którą bardzo kocham, mimo że ona również nie należy do osób szczególnie atrakcyjnych. Dobraliśmy się idealnie, chociaż uczciwie przyznaję – razem nie wyglądamy zbyt estetycznie.
Chcecie wiedzieć jak bardzo jest źle? No to sobie wyobraźcie, że moja ukochana ma na biuście więcej włosów niż ja na całej klatce piersiowej, natomiast ja mam od niej zdecydowanie większy biust…
W tym roku skończę 18 lat w kwietniu. Mam troje rodzeństwa: 15-letnią siostrę, 12-letniego i 2-letniego brata. Mowa tutaj będzie o tym 12-letnim.
Nie jesteśmy ludźmi ani bogatymi, ani biednymi. Nasi rodzice starają się nam zapewnić wszystko. Brat jest jednak typem rozpieszczonego dziecka. Denerwuje się za każdym razem, kiedy mu się czegoś odmówi, jest strasznie irytujący i łatwo go zdenerwować.
Od paru lat za każdym razem kiedy zaczynam się z nimi kłócić, rzuca się na mnie. Potrafi w trakcie kłótni polecieć po nóż i grozić mi nim. Rodzice w momencie kiedy on zaczyna mnie wyzywać od dziwek, debili etc. oraz zaczyna wyzywać moich znajomych i mojego chłopaka nic z tym nie robią, bo przecież on z tego wyrośnie. Nie mogę go uderzyć, bo jest młodszy, ale on za to tak. Mam dość, ale ilekroć rodzicom to mówię, oni mają to totalnie gdzieś, bo takie kłótnie są w rodzeństwie normalne. Tak, ale nie gdy młodszy brat rzuca się na ciebie z nożem, a ty nic nie możesz zrobić, bo ty dostaniesz opierdol. Jestem załamana tym i mam dość już.
Jestem dorosłą kobietą, bliżej mi do trzydziestki niż dwudziestki. I codziennie od przynajmniej dekady gram w gry dla dzieci, które pozbawione są kamerki. Do swojego nawyku kilka lat temu zakupiłam sobie "mocny" komputer, na którego wydałam dwie wypłaty.
Co w tym wszystkim anonimowego? Gram w gry jedynie po to, by "wyłapywać" osoby, które są smutne. Nie jestem żadnym pedofilem i nie pytam o nagie foty. Zawsze zaczepiam te wycofane dzieciaki i nastolatki, by z nimi pogadać lub popisać. Przedstawiam się różnie, mam wiele imion, a w formie pisemnej nieraz kreuję się jako facet. Zależnie od rozmówcy, raz mam 13 lat, innym razem 15, 17 czy nawet 22. Nigdy nie podaję do siebie dalszego kontaktu, więc nie wykracza on poza grę, a nasze rozmowy najczęściej urywają się po jednej konwersacji.
Rozmawiam z tymi dzieciakami o wszystkim, zaczyna się niewinnie od standardowego "co tam", ewentualnie kogoś po przegranej rozgrywce pocieszam albo mówię, by się nie poddawał i próbował do końca. Zawsze trafię na kogoś, kto cierpi z powodu kłócących się rodziców, nieszczęśliwej miłości albo innych problemów. Dzieci i nastolatki bardzo chętnie się wygadują, dzielą swoim życiem, często nieuważnie podają za wiele szczegółów, po których spokojnie szłoby je "wytropić" na fejsbukach i innych tam snapczatach. Zawsze staram się coś doradzić, dzielę się radami z własnego doświadczenia i przede wszystkim słucham - czy to serio na słuchawkach czyjegoś głosu, czy to daję komuś się rozpisać.
Potrafię zarwać nockę pomimo pracy, byle z kimś dokończyć rozmowę, wesprzeć, pokibicować, posłuchać czyjegoś spojrzenia na daną sytuację. Mam tak dobry kontakt z dzieciakami i nastolatkami, że aż jestem w szoku, że te tak szybko mi zaczynają ufać i pytać o zostanie ich przyjacielem w świecie którejś z gier.
Nie uważam siebie za psychologa, moje rady odnoszą się do tego, co sama przeżyłam. Głosu nie zmieniam podczas rozmów przez mikrofon, jednak "grając" osobę młodszą, popełniam, niekiedy rażące, błędy językowe. Jestem miła, cierpliwa, nie krzyczę ani nie nakazuję niczego. Zadaję wiele pytań, robię notatki i razem z osobą rozważam wiele wyjść z sytuacji. Czasem są one błahe, innym razem niekoniecznie, jednak każde zasługują na poświęcenie im uwagi.
Od wielu lat oszukuję wszystkich najbliższych, czasem także znajomych - jeśli sytuacja mnie zmusi.
W czym rzecz?
Cała moja rodzina myśli, że od dziecka mam lęk wysokości. Jednak to nie jest prawda. Ostatnio byłam na wycieczce w górach i pierwszy raz spotkałam tam człowieka z takim problemem. Zdecydowanie ja go nie mam, ale nie wyobrażam sobie tłumaczyć ludziom, że to nie "bycie wysoko" powoduje mój płacz, drżenie, mdłości, a po prostu ryzyko upadku. Tak, panicznie boję się upadać i przewracać, dlatego wszystko, co nie jest stabilne mnie przeraża. Choćby było to chwiejne krzesło, niemające więcej niż pół metra - moje kolana automatycznie zaczną szaleć, a to tylko rozhuśtuje taki obiekt mocniej, przez co moja panika jest większa. Zmysł równowagi mam bardzo słaby, dosłownie nie mam żadnego wyczucia. Tak długo, jak nie grozi mi upadek z dużej wysokości, albo mogę się chociaż czegoś podtrzymać, tak jeszcze dam radę na czymś stanąć/po czymś przejść bez większych emocji poza rozdrażnieniem i drgawkami, których pohamować za nic nie mogę. Wyżej położone przeszkody mają już mocniejszy wydźwięk.
Pozdrawia dorosła kobieta, mająca problem, by stanąć na poduszce sensomotorycznej bez komentarzy rehabilitanta "Nie bój się! Przecież to nic strasznego! No i było tak źle?" na widok trzęsących się nóg. Takie komentarze to dla mnie dodatkowy stres, bo ja się nie boję, chciałabym nie mieć żadnych fizycznych objawów, ale ciało wie swoje. Już wolę okłamywać wszystkich i siebie, że tu chodzi o wysokość, a nie ryzyko upadku, najczęściej działa.
Rzecz, która mnie ostatnio rozczuliła.
Byłam z tatą w mieście. Jedziemy przez próg zwalniający, tuż obok chodnika. Szedł po nim staruszek. Przejeżdżaliśmy przez próg, a mnie i tatę podrzuciło do góry. Dziadzio myślał, że się z nim witamy, więc się nam ukłonił :)
Dodaj anonimowe wyznanie