Jestem w ciąży. Niesamowicie z mężem cieszyliśmy się z tej wiadomości, ale z każdym dniem coraz bardziej się boję. Boję się tego, że nie będę mogła dać naszemu dziecku odpowiednio dużo miłości.
Wychowałam się w patologicznej rodzinie. Ojciec był alkoholikiem, ale to wcale nie stąd się ta patologia wzięła. Był najlepszym człowiekiem na świecie. Pił prawie codziennie, wiedziałam o tym, ale pijanego widziałam go może ze dwa razy na jakimś weselu. Kiedy pił po pracy, wracał zazwyczaj na tyle późno, żebyśmy już spali i cicho sam się kładł do siebie. Zawsze też wstawał z samego rana, żeby przygotować mnie i rodzeństwo do szkoły. Nie pił też nigdy w niedziele, bo ten dzień zawsze poświęcał dla rodziny. Cały problem leżał w matce, która nie kochała swoich dzieci. Ona robiła też awantury tacie, że pije, nie daje jej pieniędzy, w niczym nie pomaga. Kłótnie zawsze były jej inicjatywą. Zaznaczę, że tata faktycznie nie dawał jej pieniędzy, ale też ich nie przepijał. Zawsze pilnował, żeby w domu niczego nam nie brakowało, żebyśmy mieli w czym chodzić, mieli książki do szkoły i żeby rachunki były opłacone. Mamie nie dawał pieniędzy, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafiła się z nimi kompletnie obchodzić.
Oprócz kłótni z tatą, mama wyżywała się też na nas. Do dzisiaj pamiętam dzień, gdzie bawiłam się z siostrą, a ona zabrała nam zabawki i wyrzuciła je do pieca, bo nie dajemy jej odpocząć, oczywiście nie wspominając nam wcześniej, żebyśmy zachowywały się ciszej. Mama też nie potrafiła z nami rozmawiać. Kiedy dostałam pierwszy okres, to do taty dzwoniłam z płaczem, że coś jest nie tak. Zwolnił się wtedy z pracy, kupił po drodze paczkę podpasek i wyjaśnił wszystko. Z młodszą siostrą też on później przeprowadził rozmowę na ten temat, żeby oszczędzić jej stresu, który ja przeżyłam, bo mama uważała, że nie ma sensu rozmawiać z dziećmi na temat dojrzewania.
Tata niestety zmarł, nie zdążył poznać mojego męża, z mamą nie mam od dawna kontaktu. Teraz panicznie się boję tego co będzie. Nie chcę być taka jak ona, nie chcę, żeby moje dziecko miało wsparcie tylko w jednym z rodziców, nie chcę go nienawidzić, ale boję się, że tak właśnie będzie, bo ja sama nie zaznałam matczynej miłości. Do tego boję się, że sobie nie poradzę. Nie mam żadnego doświadczenia w obchodzeniu się z dziećmi, nie mam też kogo prosić o pomoc. Rozmawiałam z mężem, on twierdzi, że nie mam się czym martwić, że będę świetną matką, ale ciągle gdzieś w głowie słyszę głos, który powtarza, że będę taka jak ona. Mam wrażenie, że niedługo przez to oszaleję. Gdyby tata żył, to z pewnością by pomógł, a bez niego czuję się w tej chwili strasznie samotna i bezsilna.
Mam 34 lata i odbyłam już kilkadziesiąt wizyt u ginekologa. Dziś podczas wizyty po raz pierwszy fantazjowałam o lekarzu. Był to młody, przystojny lekarz. Podczas wstępnego wywiadu i pytania o powód wizyty był bardzo miły. Gdy leżałam na leżance, a on nakładał gumkę na głowicę aparatu USG, przeszła mnie myśl, że może nagle założy ją na siebie i zrobimy to.
Czuję się teraz fatalnie. Co ja sobie wyobrażam? Sytuację rodem z filmów dla dorosłych? Phi!
Kilka lat temu wydarzyła się historia, która zmieniła coś w moim życiu.
Kiedy zaczęłam studia, poznałam chłopaka, który studiował na innym kierunku, ale codziennie się widywaliśmy. Pewnego dnia kiedy wychodziłam po zajęciach odezwał się do mnie i w sumie szliśmy w tym samym kierunku, więc częściowo odprowadził mnie do domu. W ten sposób zaczęła się nasza znajomość. Z każdym dniem zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej i chciałam wiedzieć o nim wszystko i wiedziałam, że jemu też zależy, żeby poznać mnie jak najlepiej.
Po około miesiącu zaczęliśmy oficjalnie być razem. Byłam pewna, że to ten jedyny. Po około pół roku z dnia na dzień wyjechał, nie odbierał telefonów, tylko napisał, że nie może ze mną być i że to koniec. Nasz kontakt urwał się.
Skończyłam studia i zaczęłam pracę w firmie, gdzie poznałam Kamilę, zaprzyjaźniłyśmy się bardzo szybko. Często się spotykałyśmy. Wiedziałam, że ma męża i dziecko, ale nigdy nie miałam okazji ich poznać. Któregoś dnia zaprosiłam ich wraz z moim obecnym partnerem do siebie na kolację. Wtedy się okazało, że mężczyzna, który był mężem Kamili, to ten sam, z którym kiedyś się spotykałam. Najlepsze jest to, że udawał, że mnie nie zna... Nie wiedziałam co mam zrobić.
Następnego dnia zadzwonił do mnie, ale ja już nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Wytłumaczył, że musiał odejść z powodu ciąży Kamili, bo zostawił ją, kiedy poznał mnie, a okazało się, że ona była w ciąży. Ich rodziny naciskały, żeby szybko wzięli ślub. Powiedział, że nadal mnie kocha i nigdy nie przestał.
Wciąż go kocham, ale nie mogę zburzyć czyjegoś życia tylko dla mojego szczęścia. Postanowiłam zmienić pracę, aby nie mieć kontaktu z Kamilą i zacząć układać sobie życie z moim obecnym partnerem, choć ciągle czuję, że nie jest to do końca dobre rozwiązanie.
Odczuwam pewnego rodzaju satysfakcję i ekscytację oglądając filmy typu gore. I nie mam tu na myśli horrorów, a prawdziwe materiały. Im bardziej widać cierpienie i strach ofiary, tym lepiej.
Oprócz tego gram w brutalne gry. Daje mi to te same emocje co wyżej wymienione filmy, a do tego bawi.
Lubię też czytać (najlepiej prawdziwe) historie kryminalne o różnych chorych zwyrolach, szczegółowe opisy tego, co robili. W pewnym sensie fascynują mnie ci ludzie (jednak bardziej jako przypadek psychologiczny)
Czy w prawdziwym życiu krzywdzę ludzi? Nie.
Jednak jako dziecko zdarzało mi się straszyć młodsze dzieci, wkręcać im różne rzeczy. Miało to wywołać w nich różne uczucia, chodziło głównie o strach. Nic się nie wydało. Później doszedł trolling internetowy, ostatecznie wypierając poprzednie akcje, gdyż wraz z wiekiem moim i dzieci na osiedlu ryzyko problemów było coraz większe, a w internecie trudniej o to, aby coś się wydało.
Czy to psychopatia?
Wątpię, mimo braku wyrzutów sumienia i chyba empatii też, odczuwam dużo różnych, silnych emocji, potrafię mocno kochać.
Może sadyzm?
Nie wiem, nikt mnie nie diagnozował.
Czy sprawia mi to problemy?
Nie. Obecnie zostaję przy grach, filmach, kryminalnych tekstach i fantazjach i nie czuję potrzeby zmieniania tego.
Co w tym anonimowego?
W normalnym życiu jestem miłą, uczciwą, praktycznie bezkonfliktową, budzącą zaufanie osobą, sporo osób mi się zwierza i mnie lubi. Mojej drugiej strony nikt nie zna i pewnie się nie domyśla, a niektóre aspekty mrocznej części mojej przeszłości znają jedynie ofiary i ówcześni "współpracownicy".
Jednak bardziej anonimowe jest to, że głównym powodem niekrzywdzenia ludzi jest nieopłacalność - chwila pozytywnych emocji kosztem późniejszych problemów, w tym ostracyzmu, odrzucenia przez zranioną osobę, pogorszenia relacji społecznych, czyjejś zemsty, a może konfliktu z prawem? Prawie ten sam emocjonalny efekt osiągnę grami i filmami, ale bez przykrych konsekwencji, więc wybór jest prosty. Tym się nikomu nie pochwalę z wiadomych względów.
Gdy byłam mała, za każdym razem gdy posiłek jadłam sama to bardzo, ale to bardzo dokładnie mieliłam jedzenie zębami. Następnie "połykałam je", a właściwie to sprawiałam, by do kilka sekund stawało mi w gardle, po czym zwracałam to. Powstała papka oklejona była wtedy taką bardzo gęstą, obślizgłą śliną.
Następnie z powrotem to połykałam i jadłam.
W zależności od jedzenia, mogłam to robić jeden raz albo (jak w przypadku chleba/bułek) nawet kilkanaście. Mój rekord to 22 razy zwrócony środek bułki, który oczywiście na końcu ze smakiem zjadłam.
Czasy od gimnazjum do liceum. Wiek dorastania i zmiany w ciele. Pomimo że byłam ładną i zgrabną dziewczyną w tamtych czasach, to miałam jeden ogromny problem. Mianowicie moja cera. Masa wyprysków i oślepiający blask.
Jako dzieciak sama zaczęłam eksperymentować z kosmetykami i makijażem. Zaczęło się nakładanie fluidu (czasem kolor nawet nie był zbliżony do koloru skóry), co na pewno nie pomogło, ale chciałam zrobić wszystko, by tylko zakryć te kratery. Wycieczki co przerwę do łazienki, żeby przypudrować twarz, bo co chwilę się świeciła. Na mamę nie mogłam liczyć. Była OK, dbała o mnie i w ogóle, ale nigdy nie mogłam jakoś z nią porozmawiać o kobiecych sprawach. Raz zabrała mnie do dermatologa, dostałam jakieś maści i tyle. W pierwszej i drugiej klasie liceum było na tyle źle, że po prostu wstydziłam się chodzić do szkoły. Moje wagary tłumaczyłam znajomym wyjściami z ludźmi poza szkołą. Nauczyciele zaczęli się tym interesować i nawet podejrzewali, że u mnie w domu dzieje się coś złego. Trochę mnie to w sumie śmieszyło, ale jakoś przetrwałam.
Po jakimś czasie wszystko zaczęło się normować i moja cera w wieku 24 lat wygląda już o niebo lepiej. Jednak co przeżyłam, to moje. Totalny brak wiary w siebie i kompleksy. Przy znajomych udawałam, że wszystko jest OK, oni nigdy mi nie dali poznać, że źle wyglądam, jednak w głowie zawsze myślałam jakim cudem "ta dziewczyna" z mojej klasy ma tak piękną i gładką skórę, a ja wyglądam jak czekolada z orzechami.
Teraz inaczej patrzę na ludzi. Rozumiem i współczuję tym, którzy nie mają (pomimo szczerych chęci) wpływu na to, jak wyglądają. Z zewnątrz mogą wydawać się wesołymi ludźmi, jednak w środku maja poszarpaną samoocenę.
Lubię swój zapach. Lubię zapach mojej piżamy po nocy, zapach mojej bielizny i zapach potu. Najbardziej upodobałam sobie zapach spod pach, ten z pachwin i zapach za uszami. Kilka miesięcy temu mój przyjaciel powąchał moje włosy pierwszy raz, chciał zobaczyć jak pachnę. Kolejne były moje dłonie, cała twarz, szyja. Nieraz pytał, czy zdaję sobie sprawę jak pachnę. Zawsze zaprzeczałam, bo wydawało mi się dziwne, że lubię te zapachy. Tak naprawdę uwielbiam kiedy wącha moje włosy lub kiedy chwyta mnie za dłoń i przykłada sobie do nosa.
Cieszę się, że ktoś oprócz mnie docenia mój zapach.
Uciekłam z domu. Moi rodzice nawet nie zauważyli.
Jestem w zarządzie dużej spółki, tzw. dekoratorni. Trafiłem tam przez przypadek robiłem jakieś rysunki i zobaczył to na szkoleniu, nazwijmy go, Maciej. Gadka-szmatka, a po 2 tygodniach rzuciłem pracę jako korpo rysik i przeniosłem się.
Maciej ma żonę, 42-latka, bardzo zadbana, zgrabna i zabawna. Nadajemy na tych samych falach, jak ona to mówi - mamy ten sam zmysł estetyczny. Bardzo dobrze nam się pracuje. Moje projekty klienci doceniali i po jakimś czasie Maciej zaproponował mi wejście do spółki. Mam decyzyjność rozwoju firmy i większą kasę, ale robię nadal to samo.
Wyszło tak, że był deadline, monterzy i ekipy nie były w stanie ogarnąć kolejnego projektu i postanowiłem zrobić to sam. Sklep nieduży, z wyrobami cukierniczymi, ale taki hi-end, w Zagrzebiu. Pojechaliśmy tam ja i jego żona, nazwijmy ją Justyna. Tłukliśmy się z 11 godzin, no cały dzień. Na pace witryny i meble, więc powoli. Po drodze super rozmowa o projektach, wymysłach dizajnerskich czy nawet o codziennych sprawach. Na miejscu mieliśmy hotel, poszliśmy spać do swoich pokoi.
Rano zebraliśmy się do sklepu, na drugi dzień miało być wszystko poskładane. Sklep już na finiszu, około 4 rano, i jakoś tak wyszło, że w sklepie, w tym brudzie i wiórach i kurzu, bzyknęliśmy się. Ale tak bez żadnego słowa, czysty seks, taki trochę zwierzęcy. Bez słów robotę dokończyliśmy i wróciliśmy do kraju, po drodze rozmawiając jak wcześniej. Jakby nie było sprawy.
Klient był bardzo zadowolony, ale przez telefon Maciejowi powiedział, żeby pracownicy następnym razem byli ostrożniejsi, bo w lokalu są kamery. Nie powiedział, co robili, tylko wysłał kilka zrzutów ekranu... Od dwóch dni Maciej do mnie wydzwania, a ja nie odbieram, raczej nie wrócę do pracy. Zje.bałem po całości, tego nie da się naprawić. Nie wiem, co u Justyny, ale to była jednorazowa akcja.
Dostałem propozycję pracy w Krakowie, pisząc to pakuję rzeczy i lecę w ciemno, wynająłem mieszkanie i to chyba na tyle. Trochę mi smutno.
Będzie obrzydliwie, jak ktoś ma słaby próg, to nie czytać dalej.
Na samym początku nakreślę nieco sytuację. Jestem 24-letnią kobietą. Zawsze wyglądam bardzo elegancko, starannie robię makijaż i fryzurę. Generalnie wszystko dopięte. W ostatnią sobotę wybrałam się z przyjaciółką do pewnego baru w stolicy. Pijemy drinka, wszystko super, hej zabawa, chwilo trwaj. Nagle czuję, jak coś jeździ mi po brzuchu. W głowie przechodzi mi soczyste "o kur*a! ". Staram się przetrzymać pierwszą falę uderzeniową, ale to na nic, bo już po kilku minutach wraca kolejna ze zdwojoną siłą. Pot zaczyna pojawiać mi się na czole, na policzkach rumieńce, nogi tuptają z jednej na drugą, wiję się po krześle. W myślach jedno - no przecież się nie zesram w barze. Jako że bar raczej tych niższych lotów, była jedna toaleta, do której kolejka była ok. 7 osób cały czas. Ludzie wchodzili jeden po drugim. Mówię trudno, muszę iść, bo już nie wytrzymam. Czekam w kolejce, czuję, że zaraz popuszczę. Jest moja kolej, nareszcie!
Brak papieru. Wychodzę, myślę - dam radę. Wróciłam do stolika i nerwowo szukam czegoś, czym mogę się podetrzeć. Znalazłam paragon, czas wrócić i załatwić sprawę do końca. Zapobiegawczo wzięłam całą torebkę. Czekam kolejne 10 min w kolejce, wchodzę i na Małysza wypuszczam potwora na świat. Ulga, ogromna ulga. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to początek moich problemów... Spoglądam z góry na kibel, krew odchodzi mi z mózgu, przed oczami robi się biało, w dodatku dobija mnie pukanie zniecierpliwionych ludzi w kolejce. Prostuję nogi z paragonem w ręce, obracam się do muszli i widzę, jak bardzo nie trafiłam... Ku ścisłości - nie trafiłam wcale. Kupa była wszędzie, na całej muszli klozetowej i trochę na podłodze. Dylemat życia: podetrzeć siebie czy próbować wycierać to wszystko. Po lekkim podtarciu staram się usunąć brązowe placki z muszli. Po tym wszystkim zostałam bez paragonu, bez szczotki klozetowej, z brudnym kiblem i jeszcze bardziej brudną ręką. Zmierzając ku końcowi - ściągnęłam skarpety, wyczyściłam tyle, ile się dało, rękę wytarłam o dół muszli, po czym uciekłam z baru, zapominając o przyjaciółce.
Z tego miejsca chciałam bardzo przeprosić obsługę, jeśli ktoś czyta...
Dodaj anonimowe wyznanie