#6ptkl

Straciłam dosyć niedawno pewną bliską osobę na zawsze. Od tamtej pory, prócz normalnej modlitwy, modlę się również do niego. Tak sobie wmówiłam (chyba dla poprawy humoru), że on ma teraz wtyki u Pana Boga i mogą mi teraz razem pomagać przetrwać to moje życie na tym świecie. I w sumie... jest mi jakoś tak lepiej :)

#XoXD7

Parę dni temu rano postanowiłam wziąć prysznic. Mieszkam sama, a że pogoda była nieciekawa, wszystkie okna w mieszkaniu były pozamykane, więc przeciąg był niemożliwy.
Nagle, stojąc pod strumieniem gorącej wody, usłyszałam huk w kuchni — coś spadło. Jako że mam bardzo bujną wyobraźnię, zaczęłam sobie wyobrażać, że właśnie ktoś włamał się do mieszkania i okrada mnie z całego dorobku, a później wchodzi do łazienki, widzi mnie nagą i mokrą i postanawia wykorzystać.

Tak bardzo podnieciły mnie te fantazje, że musiałam sobie ulżyć, przez co spóźniłam się do pracy.

#NILTB

Straciłam w moim życiu wiele, między innymi niektórych znajomych (choć teraz wiem, że dobrze się stało), poczucie bezpieczeństwa, zaufanie do części rodziny i ich pozytywny obraz. To tylko część rzeczy, bo nie liczę czasu, zdrowia i pieniędzy (wszystko po trochę). Przez to zawsze, gdy mam coś dobrego, obsesyjnie obawiam się tego, że mogę to stracić. Staram się bardzo, żeby tak nie było i dbam o to. Jedna osoba w podeszłym wieku z rodziny od lat mówi, że niedługo będzie jej koniec i biorąc pod uwagę jej stan zdrowia, może mieć rację. Codziennie myślę o tym, że może umrzeć. Gdy nie mam z nią kontaktu (umie pisać SMS-y), myślę, że nie żyje. Mam tak jeszcze z inną starszą osobą, która jest dla mnie bliska, spoza rodziny i z jednym rówieśnikiem, który ma depresję i jest po paru próbach. Ciągle myślę, że mogę ich stracić. Obawiam się też utraty znajomych, moich studiów, a nawet jednej z moich prac.

Wiem, że to nienormalne. W życiu nie ma nic pewnego ani stałego. Stresuję się wieloma sprawami, nie tylko tą chorą obawą. Żyłam w stresie wiele lat, w domu rodzinnym, i wierzcie mi, były tego poważne i bardzo smutne powody. Być może geny, ale także taki tryb życia sprawiły, że w wieku 19 lat zaczęłam siwieć.

#lEZc8

Moja żona stosuje wobec mnie przemoc psychiczną. Jest najbliższą mi osobą i wie o mnie więcej niż ktokolwiek inny. Większość czasu zachowuje się normalnie i jest dla mnie dobra i wspierająca. Ale czasem zupełnie bez zapowiedzi coś jakby przestawiało jej wajchę w głowie i wtedy zamienia się kogoś pełnego gniewu i nienawiści. Potrafi po prostu wstać rano i obudzić mnie wrzaskiem i wyzwiskami. Ale nie zwykłymi wulgaryzmami (choć tym też) – są to rzeczy, które wie, że najbardziej mnie zdołują i wyprowadzą z równowagi. Dziesiątki razy słyszałem, że jestem śmieciem, obraża moją rodzinę, rozwodzi się nad tym, jak to według niej jestem złym synem, bo nie pomagam mamie robić herbaty, kiedy ją odwiedzam, że zostanę sam i wszyscy ludzie się ode mnie odwrócą (wyznałem jej kiedyś, że boję się samotności w starszym wieku), że jestem miernotą i głupkiem, bo myślę o sobie, że mam zdolności językowe (a znam tylko język angielski). Często słyszę, że jestem najgorszą osobą, jaką zna, że nic w życiu sam nie osiągnąłem i nie osiągnę, że nie zasługuję na szacunek i wszyscy mają mnie w dupie, bo jestem słaby.
Co robię, żeby sprowokować taką wiązankę? Czasem nie sprzątnę tak, jak ona by tego w tym momencie wymagała. Czasem zwrócę jej uwagę, że może coś odłożyć na miejsce. Raz zwróciłem jej uwagę, że przeklinanie publicznie podczas czekania na zamówione frytki nie jest OK. Innym razem podjechałem po nią 30 m za daleko i musiała dojść do samochodu...

Nienawidzę siebie za to, że powoli wierzę w jej słowa. Najbardziej jednak nienawidzę siebie za to, że kiedy nie mogę już wytrzymać i tłumaczę jej, że to, co do mnie mówi, jest bolesne i niezgodne z prawdą, a słyszę kolejny raz: „Nie popłacz się”, to coś we mnie pęka, i kiedy pęka, to sam staję się pełny nienawiści i okrutny. Sam zaczynam odpowiadać pięknym za nadobne. Nie mam już siły, nie mogę już tego wytrzymać.

#qzyK3

Moja siostra od lat igra ze śmiercią, kilku jej znajomych już umarło z przedawkowania lub zatrucia. Siostra miesza substancje, rzadko je, jest za chuda, pije alkohol.  
Ostatnio stało się coś strasznego – przyjaciel (chłopak?) mojej siostry przedawkował, przebywając w jej towarzystwie, we własnym wynajętym pokoju. Siostra zadzwoniła do naszego ojca, który jest lekarzem, i wezwała karetkę, ale pomoc przyjechała za późno, chłopaka nie udało się uratować. Jakkolwiek źle to zabrzmi, w jego śmierci zobaczyliśmy światło nadziei dla mojej siostry. Łudziliśmy się, że wstrząsający widok skłoni ją do refleksji, że będzie próbowała się otrząsnąć, ogarnąć. A gdzie tam. Siostra po dwóch dniach od śmierci swojego towarzysza imprezowała w najlepsze, nawet nie myśląc o niebezpieczeństwie, nie czując żałoby. Nie stawiła się na komisariat. O tym, co się u niej dzieje, dowiadywałam się z relacji z insta jej koleżanki. Bałam się, że będzie próbowała dołączyć do swojego świętej pamięci kolegi, dlatego dzwoniłam, kontrolowałam. Ale nie. Ona nawet nie jest zdolna do odczucia żałoby i smutku, do pomyślenia o życiu. Nie mam na celu, by była smutna po czyjejś śmierci, ale przeraża mnie, że wszystko spływa po niej jak po kaczce. A jedyne emocje pokazuje, gdy chce wyłudzić pieniądze od rodziców. I nie są to prawdziwe emocje. Jedynie złość jest prawdziwa, gdy spotyka się z odmową.

#33wPq

Choruję na dość powszechną i bardzo niszcząca chorobę – zazdrość, która na dodatek jest skierowana w kierunku najmłodszego członka mojej rodziny.

Ala urodziła się, kiedy ja byłam w wieku 11 lat. Wcześniej byłam najmłodsza, chociaż bliscy dawali uwagę i mojej starszej siostrze. A potem nagle BAM wiadomość o ciąży i zachwyty nad zdjęciami USG. Starałam się zrozumieć, że to duże szczęście i radość, ale wszyscy dostali fiksa na punkcie Ali. Tłumaczyli mi, że kochają mnie tak samo, chociaż to tak nie wygląda. Próbuję z nimi rozmawiać, sprawić, żeby troszkę uwagi poświęcili mnie, ale gdy pojawia się Ala, nikogo już nie interesuje to, że mam problemy lub chcę porozmawiać z kimś tak po prostu. I dlatego jestem zazdrosna. Chorobliwie zazdrosna o czas i uwagę poświęcane temu dziecku i rozpieszczanie jej w każdy możliwy sposób. Nie potrafię dostosować się do tego, że kiedy przyjeżdżam w odwiedziny, jestem tylko gościem, który powinien dzielić się własnymi rzeczami z Alą, jeśli ona tego zapragnie. Czuję się zepchnięta na bok, bo nawet moja starsza siostra dostaje trochę bliskości. Jestem wredna, bo chcę zwrócić na siebie uwagę, chcę, żeby ze mną rozmawiali i słuchali choć połowicznie, co do nich mówię.

A potem każdy ma do mnie problem, że nie chcę odwoływać spotkań ze znajomymi tylko po to, aby pozachwycać się, jak Ala je rosół i nakarmić ją jajkami-niespodziankami.

#ycWGe

Od pół roku czuję się jak podstarzała Grażyna, która znudziła się swojemu mężowi, z którym jest w związku od wielu lat. Problem w tym, że mam 31 lat i jestem ze swoim chłopakiem od 2 lat.

Wiadomo, seks nie jest najważniejszy, ale żeby nie uprawiać go wcale? I to w dodatku od pół roku? Z góry zaznaczam, że nie uważam się za osobę nieatrakcyjną czy zaniedbaną, ale oczywiście na początku szukałam winy w sobie. Zaczęłam więc chodzić częściej na siłownię, kupiłam sobie nową, bardzo ładną bieliznę. Pomogło? Nie. Cały czas wykazywał kompletny brak zainteresowania sprawami łóżkowymi. Tylko sen i basta! Naturalnie, próbowałam przejmować inicjatywę, ale nic to nie dawało, twierdził, że jest zmęczony albo że po prostu nie ma ochoty. W moim umyśle zaczęły rodzić się podejrzenia, bo kto wie, może mnie zdradza? Uważnie go obserwowałam, ale nic nie wydało mi się niezwykłe. Wracał z pracy o normalnej porze, nie chronił przede mną telefonu, nie znikał na całe noce. Wiele razy próbowałam z nim rozmawiać na ten temat, ale nie usłyszałam nic prócz zapewnień, że wszystko jest okej, że bardzo mnie kocha i tak, podniecam go cały czas, tylko... on po prostu nie ma ochoty.

Postanowiłam zacisnąć zęby, nie upokarzać się więcej zachęcaniem go i poczekać. I wiecie co? Czekam tak sobie do dzisiaj, nadal ze sobą mieszkamy, spotykamy się ze znajomymi i staramy się spędzać ciekawie wolny czas. Tylko ja czuję się, jakbym żyła z dobrym kolegą, z którym czasem się całuję i przytulam. 


Nie mam komu o tym powiedzieć, nie przyznaję się nikomu. Myślałam, że może mój luby jest chory albo ma depresję, ale jak napomknęłam o moich podejrzeniach, zostałam wyśmiana i olana. Czuję się jak egoistka, bo brakuje mi zbliżeń, i choć wiem, że nie to jest najważniejsze, to nie mogę przestać o tym myśleć.

Co się takiego stało, że nagle seks przestał go interesować? Przez tę całą sytuację czuję się nieatrakcyjna, moja pewność siebie jest już praktycznie zerowa. Bardzo go kocham, martwię się o niego, ale nie wiem, czy zaraz się nie okaże, że po prostu się mu znudziłam i już mnie nie chce.

#J57uM

Moje wyznanie zaczyna się 18 lat temu w podstawówce, miałam wtedy 13 lat.

Do chyba każdej szkoły chodzi takie wredne babsko, co zawsze krytykuje i obraża innych, nawet ich nie znając. Do mojej klasy wtedy chodziła taka dziewczyna, nazwijmy ją Marta. Marta była najchudszą i najładniejszą dziewczyną w klasie, piła piwo, które kupował jej starszy brat, i paliła papierosy. Do tego zawsze do szkoły się malowała i ubierała dość wyzywająco. Oczywiście nauczyciele zwracali uwagę jej rodzicom oraz jej samej, ale tak szczerze wszyscy mieli to gdzieś.

W tamtych czasach byłam osobą grubszą. Większość mojej klasy była naprawdę wspaniała i nie zwracała uwagi na mój wygląd, zawsze starałam się być dla każdego kulturalna i miła. Tak zostałam wychowana. Marta oczywiście nie mogła pozwolić, aby jakiś grubas chodził bezkarnie po jej szkole. Na każdym kroku mnie obrażała i wyzywała, ale ja i tak starałam się być dla niej miła i każdy docinek ignorowałam. To chyba jej się nie spodobało. Gdy byłam w toalecie i myłam ręce, przyszła i walnęła moją głowę tak, że uderzyłam czołem o kran. Zaczęłam płakać, a ona się ze mnie wyśmiewała.
Zaczęłam dostawać od niej pogróżki, miałam się wynosić ze szkoły, bo nie mieszczę się w drzwiach. Tak zrobiłam. Irytowało mnie to, że nauczyciele są bezradni wobec niej. Przeniosłam się do innej szkoły.

Ostatnio spotkałam się ze swoją dawną przyjaciółką. Opowiadała mi ona o tym, że spotkała Martę ostatnio na schodach jednego ze sklepów, pijaną i strasznie zaniedbaną. Znajoma mówiła, że gdyby nie znamię, które Marta ma na lewym nadgarstku, dałaby sobie rękę uciąć, że to nie ona.
Jestem szczęśliwa i cieszę się, że przetrwałam te szkolne lata. I wstyd przyznać, ale cieszę się, że Marta ma za swoje.
Dodaj anonimowe wyznanie