Próbując pozbyć się roztopionego wosku ze świecznika, wlałam go do zlewu. To był chyba najgłupszy pomysł w moim życiu.
Jakiś czas temu zdiagnozowano u mnie raka skóry (czerniaka). Od tego czasu wyszukuję na Instagramie profile ludzi z całego świata, z dużą ilością pieprzyków, przeglądam ich starsze posty i porównuję z nowszymi. Piszę do nich, żeby tego nie lekceważyli i poszli do dermatologa. Ciemne pieprzyki na jasnej skórze to bomba z opóźnionym zapłonem.
PS Trzymajcie za mnie kciuki.
Wapuję, czyli zaspokajam nałóg nikotynowy za pomocą tzw. elektronicznego papierosa. Historia, jaką chciałbym się podzielić, jest związana z wizytą w tzw. Vape Shopie, czyli miejscu, gdzie można nabyć akcesoria do wapowania (urządzenia, płyny, grzałki itp.). Ogólnie takie vape shopy zwykle są strefami Vape Free, czyli na ich terenie istnieje przyzwolenie na wapowanie wewnątrz sklepu.
Koniec wstępu.
Historia właściwa:
Wchodzę do Vape Shopu, dostrzegam sporą kolejkę wijącą się po wnętrzu. Staję na końcu i jakoś tak w chwili zapomnienia zaciągnąłem się trzymanym w dłoni e-papierosem. Gdy się zaciągnąłem, uświadomiłem sobie, że nie każdemu może odpowiadać zapach mojego liquidu, więc wypuściłem dym z płuc w stronę ściany, obok której stałem, kierując dym do dołu. Tak, aby nie rozszedł się po całym pomieszczeniu.
Gdy to zrobiłem z grupki ludzi stojących w kolejce i oglądających asortyment sklepu wyłoniła się matka z kilkumiesięcznym niemowlęciem na rękach. „Mógłbyś się powstrzymać, tu jest małe dziecko!” Zdziwiony wycedziłem przeprosiny, choć byłem nieco zmieszany tą sytuacją. Gdy myślałem, że już po problemie, uśmiechnąłem się z lekka pod nosem, gdyż rozbawił mnie fakt, co mogło kierować tą kobietą, że przybyła do takiego miejsca, gdzie zwykle panuje gęsta od aromatyzowanego dymu atmosfera, z małym szkrabem na rękach. W tej chwili objawił się oczekujący w kolejce najprawdopodobniej partner wspomnianej kobiety – jegomość, który agresywnie zaczął mnie dopytywać, czy mnie coś bawi i czy mam jakiś problem. Z każdym kolejnym pytaniem sam bardziej się nakręcał. Odpowiedziałem, że nie, dla swojego spokoju, bo cytując internetowego klasyka – „Nie dyskutuj z debilami...”.
Nie mogę zrozumieć, co trzeba mieć w głowie, aby przychodzić do takiego miejsca z małym dzieckiem na rękach i oczekiwać, że wszyscy zebrani dopasują się do tego, że jaśnie pani postanowiła dotrzymać wraz z dzieckiem towarzystwa swojemu wybrankowi, gdzie mogła spokojnie poczekać przed wejściem w ciepłym wnętrzu centrum handlowego na pobliskiej ławce dla klientów. Nie pojmuję takich ludzi.
Ostatnio burza z potężnymi grzmotami wyrwała mnie ze snu, w którym właśnie odbywała się wojna. Miałam wrażenie, że na budynki wokoło zrzucane są bomby, ja sama jestem poważnie ranna, a moje łóżko jest całe we krwi.
Szczęście w nieszczęściu tylko to ostatnie okazało się prawdą...
Nie ma to jak przedwczesny okres.
Pochodzę z bardzo religijnej rodziny, zwłaszcza mama głęboko wierzy w Boga i wszystko z nim związane. Rodzeństwo trochę mniej, jednak wciąż trzyma się Kościoła. Poza jednym bratem, który chyba jako jedyny z rodziny nie chodzi do kościoła poza naprawdę ważnymi wydarzeniami, ale nigdy oficjalnie nie uznał się za ateistę z tego co wiem. Ja mam 17 lat i nie wiem, jak wyznać swojej rodzinie, że nie wierzę w Boga. Już od dzieciństwa wątpiłem we wszystko, co związane z religią, nie rozumiałem, po co rodzina zmuszała mnie do chodzenia do kościoła, zwłaszcza właśnie mama, która zawsze używała swoich ulubionych słów: „Póki jesteś niepełnoletni, to ja za ciebie odpowiadam i masz chodzić do kościoła”. Znając ją, jak już skończę osiemnastkę, to zmieni się to na „póki u mnie mieszkasz”. W każdym razie im dłużej żyję, tym bardziej nie rozumiem całej religii. Po prostu nie potrafię uwierzyć w Boga. Kiedy już muszę uczestniczyć we mszach, nigdy nie potrafię się skupić. Nie rozumiem, o czym na nich opowiadają, dla mnie i tak większość z nich to zwykły nonsens. Czasami nawet hipokryzja.
Próbuję mamie zakomunikować małymi słówkami, że mogę nie być taki religijny co ona, ale to do niej nie dociera. Raz nawet się pokłóciliśmy, podniosło jej się ciśnienie i nawet zasugerowała, czy to przez jej wychowanie taki jestem. Kocham ją całym sercem i nie chcę jej skrzywdzić, ale czuję się tym wszystkim zmęczony. Naprawdę nie mam pojęcia, jak łagodnie zakomunikować rodzinie, że jestem ateistą.
Mieszkam na parterze, można powiedzieć, na rogu bloku, kilka centymetrów od mojego pokoju jest uliczka wjazdowa na osiedle. Serio, centymetrów. Powinny być jakieś normy czy coś, ale nieważne. Za to z okna jest wspaniały widok na parking i śmietniki po drugiej stronie ulicy.
Kojarzycie to zaciekawienie, z jakim kilkuletnie dziecko przygląda się śmieciarce podczas podnoszenia kontenera? To było dla mnie lepsze niż telewizja. Starszy brat to wykorzystał. Gdy przyglądałam się, on przychodził do mojego pokoju po cichu i spokojnym głosem oświadczał: „Przyjechali po ciebie”. Nie wierzyłam mu do momentu końca pracy przy „naszych” kontenerach. Gorzej było, jak śmieciarka już wyjeżdżała z parkingu. Wtedy pojawiał się strach – a może miał rację? Co jeśli serio sprzedał mnie śmieciarzom i teraz chcą mnie zabrać? Strach narastał coraz bardziej, a panowie musieli jechać do kolejnych kontenerów na osiedlu, choć ja o tym nie wiedziałam. Za to widziałam, że skręcają w uliczkę, która – jak mi się wtedy wydawało – prowadzi przez ścianę do mojego pokoju! Już się żegnałam ze wszystkimi pluszakami, chciałam się pakować, bo za chwilę wjadą przez okno po mnie. Tylko coś było nie tak... Śmieciarka już dawno powinna rozwalić ścianę! Gdzie ona jest?! Panika, strach jeszcze większy, ale i lekka ulga, że może jednak nie chcą mnie, zostanę w domu z misiami.
I tak było za każdym razem. Skargi do mamy nic nie dawały, strach pozostał. A brat ma z tego ubaw cały czas i nie rozumie kiedy chcę przejść na drugą stronę ulicy, ponieważ śmieciarka stoi. Tyle dobrego, że się nade mną ulitowali i zamieniłam się na pokoje z bratem.
Mam 16 lat i boję się śmieciarek. Dziękuję, kochany braciszku. :)
W technikum zdarzyła się nam śmieszna sytuacja na filharmonii. Ogólnie spodziewałem się spokojnego występu, byłem nastawiony na słuchanie bez jakichkolwiek przeszkód, gdyż uwielbiam muzykę klasyczną. Przez pół godziny było naprawdę miło. Aż do momentu gdy kolega siedzący kilka miejsc dalej doznał problemów. Otóż miał gazy. Jego plan, który zdradził nam później, polegał na puszczaniu cichaczy i udawaniu, że ktoś inny się zesmrodził. Ja pewnie się domyślacie, cicho nie było. Całkiem spora grupa z nas to słyszała i oczywiście zaczęły się śmiechy. Mało tego, on sam się śmiał z poczuciem zażenowania, a w rytm śmiechu puszczał kolejne dźwięczne bąki.
Mimo woni mieliśmy solidny ubaw, do którego dołączył się bębniarz z orkiestry. Pewnie nie wiedział, o co chodziło, ale widok śmiejącej się grupki uczniów mocno mu się udzielił i stojąc przy tych bębnach, sam śmiał się pod nosem, co jeszcze i nam się udzieliło po tym, jak jeden nas go zauważył. Wszyscy próbowaliśmy przestać się śmiać, ale nie mogliśmy, bo co chwila dokładało nam węgla do tej lokomotywy śmiechu. Sam nauczyciel nam ostro zwrócił uwagę, wtedy kolega powiedział: „Ale on się zje**ł”, a to wystarczyło nam, by turlać się po podłodze.
Jeśli ktokolwiek z tamtej orkiestry to czyta, to najmocniej przepraszam, to nie było dojrzałe z naszej strony. No i kolega nasmrodził w sali.
Jestem biedna. Zawsze też z tego powodu niestety byłam wyśmiewana. Dziewczynom z mojej klasy nie podobały się moje ubrania oraz brak kosmetyków, że się nie malowałam i ogólnie odstawałam od reszty. Chłopcy też nie zwracali na mnie uwagi, ale co się dziwić, zwykła szara myszka, byle jak ubrana. Mimo tego, że pracowałam, ile mogłam, by pogodzić to ze szkołą, nie starczało mi pieniędzy na drogie ciuchy i kosmetyki. W domu miałam ciężką sytuację. Większość zarobionych pieniędzy wolałam dać rodzinie na zakupy, by mieć co jeść, lub młodszemu rodzeństwu, by też mieli na drobne rzeczy. Bałam się chodzić do szkoły. Nie tylko uczniowie odnosili się do mnie źle, nauczyciele woleli towarzystwo bogatych dzieciaków, a mnie mieli gdzieś i też potrafili uprzykrzyć mi życie. Wiele wagarowałam. Uważałam, że to niesprawiedliwe, że jedni mogą mieć wszystko bez wysiłku, a ja na wszystko muszę sobie sama zapracować.
Pewnego dnia gdy tak sobie wagarowałam, postanowiłam, że pójdę do lumpeksu. Zazwyczaj nie chodziłam do takich sklepów, brzydziłam się ich. Jednak zmieniłam zdanie, gdy znalazłam tam tak zwane perełki modowe. Po prostu nie mogłam uwierzyć, że za kilka złotych mogłam mieć tak piękne rzeczy. Od tamtej pory chodziłam tam parę razy na miesiąc. Miałam modne ubrania za grosze. Za swoje odłożone pieniądze kupiłam kilka najtańszych kosmetyków i zaczęłam się malować, tak lekko. W szkole w końcu przestali mi dokuczać. Dziewczyny odpuściły, a nawet zaczęły się trochę ze mną przyjaźnić. Nauczyciele też mają o mnie lepsze mniemanie. „Koleżanki” nawet zaczęły się pytać, gdzie kupuje takie super ubrania, lecz ja im nie powiem, nikomu, bo wiem, że mnie by wyśmiały.
Teraz mam tyle ciuchów, że codziennie mogę chodzić w różnych. Bardzo mi się to podoba. Nawet polubiłam ten klimat second handów. Podoba mi się to, że mogę trafić na coś, czego inni nie mają.
Mając około 30. zostałam prostytutką i uważam, że była to najlepsza decyzja mojego życia. Moja decyzja nie była podyktowana skrajną biedą, patologicznym dzieciństwem, brakiem wykształcenia czy potrzebą zarobku np. na dziecko. Nie, jestem w miarę wykształcona, znam język obcy, od zawsze miałam normalne prace, zazwyczaj w którymś z zawodów wyuczonych, z tym że z dość słabymi zarobkami. Prace te nie pozwalały mi na zrealizowanie mych celów. Miałam również epizod pracy za granicą, normalnej jak Pan Bóg przykazał... Było fajnie i zawsze mam tam możliwość powrotu, wybrałam jednak powrót do kraju. Ostatnia praca przed zmianą profesji dała mi porządnie w kość z racji porządnego mobbingu, wylądowałam nawet na terapii, a gdy ją zakończyłam podjęłam decyzję — AGENCJA. I była to najlepsza decyzja mojego życia. W kilka lat wcale nie intensywnej pracy (ok tyg. w miesiącu) udało mi się zrealizować swoje marzenia, których nie zrealizowałabym nigdy, pracując jak wcześniej. Poza tą pracą mam jeszcze inną, legalną, z tym że bez presji związanej z tym, że muszę ją utrzymać. Płacę składki i podatki, odkładam na emeryturę, choć pewnie i tak trzeba się będzie wspomóc inwestycjami z lepszych czasów. Dzięki pracy w agencji pozbyłam się wszystkich kompleksów związanych z własnym ciałem, przeżyłam wiele fajnych chwil, widziałam wiele ciekawych miejsc. Nigdy, przez kilka lat nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego. Stałam się niezależna, pewna swojej wartości i wiem, że poradzę sobie w życiu, jeżeli tylko ja i moi najbliżsi będziemy zdrowi. Wszystko inne ogarnę.
Jakiś miesiąc temu z mojego zeszytu do fizyki zrobiłem sobie podkładkę pod drzwi, by nie trzaskały, gdy jest przeciąg.
Nigdy nie miałem bardziej skutecznej podkładki pod drzwi.
A kiedyś myślałem, że fizyka mi się w życiu nie przyda :D
Dodaj anonimowe wyznanie